Rozdział I: Niedopałek
Rozdział I
Niedopałek
- Na pewno nie chcesz zostać dłużej? - chłopak wsparł się na przedramionach i poprawił okulary, które co chwila zsuwały się z nosa.
Bacznie obserwował dziewczynę, która stała plecami do łóżka. Zarzuciła ramiączka od stanika na swoje ramiona. Zajęło jej to parę sekund, ale w końcu udało jej się uporać z zapięciem stanika. Z ust Valentiny wydobyło się głośne westchnięcie, a jej ramiona opadły, jakby ciało zostało pozbawione wszelkich sił. Obróciła się, aby mogła spojrzeć na chłopaka, który w dalszym ciągu leżał w łóżku, przykryty do pasa kołdrą.
- Wybacz słonko, ale nie zostanę. - położyła dłonie na biodrach, które opinały skórzane spodnie. - Noc dobiegła końca, a ja wracam do siebie.
- Moglibyśmy zjeść jakieś śniadanie. - chłopak w dalszym ciągu nie dawał za wygraną. Przetarł dłonią obolały kark, na którym znajdowały się czerwone ślady, które jeszcze długo będą przypominać mu o dzisiejszej nocy. - Przygotowałbym Ci coś. Nie wiem co dokładnie lubisz jeść, ale coś wymyślę.
W jego głosie można było usłyszeć ekscytację, jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a kąciki ust powędrowały aż po sam sufit. Nie można było powiedzieć tego samego o Val, która pośpiesznie zaczęła ubierać się w białą koszulę. Uciekała wzrokiem, byleby tylko nie spojrzeć na gospodarza mieszkania. Jej ruchy były chaotyczne, a biżuteria co chwilę wypadała jej z rąk. Chciała jak najszybciej ewakuować się do swojego mieszkania.
- Posłuchaj. - wystawiła ręce przed siebie, jakby w obronnym geście. - To była tylko jedna noc. Nic z tego nie będzie. - z początku chciała być miła, wystarczyłoby zbyć go i zerwać kontakt, ale skoro chłopak wziąć uparcie trwa przy swoim, to trzeba obrać inną taktykę. - To był jednorazowy, niezobowiązujący seks, nic więcej, rozumiesz? - wróciła dłońmi do guzików koszuli.
- No ale... - zaczął widocznie zmieszany. - Przecież było nam tak dobrze. - chłopak podniósł się i teraz siedział wyprostowany.
Valentina w ostatniej chwili stłamsiła śmiech, który próbował wyrwać się z jej ust.
"Komu było dobrze, temu było dobrze" - pomyślała.
- Od samego początku mówiłam, że to nie będzie nic zobowiązującego. Sam przystałeś na tą propozycję, chyba nie byłeś aż tak pijany, żeby tego nie pamiętać.
- No... Nie jestem w stanie powiedzieć, czy taka sytuacja miała miejsce. - zwiesił głowę.
Wyglądał teraz jak smutny szczeniaczek, który ewidentnie coś przeskrobał. Chłopak jeszcze chwilę wodził wzrokiem po kołdrze, po czym podniósł głowę.
- Ani cienia szansy, że zostaniesz?
- Nie. - Valentina odpowiedziała krótko, z słyszalną irytacją w głosie.
Nawet na niego nie spojrzała. Chciała jak najszybciej opuścić to miejsce, więc w ekspresowym tempie założyła jeansową kurtkę, zarzuciła torebkę na ramię i ruszyła w stronę drzwi.
- No, miło było, ale uciekam. - zgarnęła szpilki, które leżały przy drzwiach wyjściowych. - Także do zobaczenia! - rzuciła na odchodne, chociaż wiedziała, że już nigdy więcej się nie zobaczą.
Wyszła z mieszkania i od razu pożałowała, że nie założyła butów. Syknęła, gdy zimna podłoga zetknęła się z jej stopami. Sporymi krokami ruszyła do windy i dopiero w środku zaczęła zakładać szpilki. Dopiero teraz poczuła, jak zmęczone jest jej ciało. Pulsujący ból stóp nie dawał jej spokoju. Nie musiała nawet na nie spojrzeć, czuła, że ma obdartą skórę, a na palcach już zaczęły tworzyć się pęcherze. Zdrętwiała szyja i obolałe plecy były spowodowane spaniem na kiepskim materacu. Całe ciało wołało o chociaż odrobinę odpoczynku, ale impreza w obozie była już nie do odwołania.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
- Serio było aż tak źle?
- A czy ja ci wyglądam na kogoś zadowolonego?
Dziewczyny stały na balkonie w mieszkaniu Valentiny. Obie opierały się o barierkę i wpatrywały się w powoli budzące się miasto.
- Patrząc na to, że wypalasz jednego papierosa za drugim i nawet nie palisz ich do końca to tak, to było głupie pytanie. - Isabella spojrzała się na popielniczkę, która leżała między nimi na balustradzie. - Już zaczyna się z niej wylewać, a ty marnujesz pety kobieto.
Val popatrzyła na popielniczkę. Była już przepełniona niedopałkami, a na samym szczycie małej górki, znajdowały się cztery papierosy, które były wypalone ledwo do połowy. Już miała wyciągać kolejną sztukę z opakowania, jednak widok pełnej popielniczki odsunął ją od tego pomysłu. Schowała papierosa do pudełka i weszła do mieszkania, zostawiając przyjaciółkę za sobą.
- Tłumaczysz człowiekowi od samego początku, że to jest przelotne, że to jest jedna noc, a ten jak głupi się szczerzy i proponuje mi śniadanie, masz pojęcie?
- Widocznie miał nadzieję na coś więcej. - Isa weszła do środka.
Popatrzyła na Val, która opadła na jeden z foteli, w kolorze mlecznej bieli. Prawie cały salon łączony z kuchnią był urządzony w tym kolorze. Jasny beż był kolorem zarezerwowanym dla podłóg, stolików i lamp.
- Przecież po to im to wszystko tłumaczę. Żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Jeżeli ktoś nie gustuje w jednorazowych przygodach, to nie mam z tym problemu. - dziewczyna uniosła ręce do góry, jakby w obronnym geście. - Tyle że spora część z tych facetów jest głucha. Rano i tak poproszą cię żebyś została jeszcze chwilę i będą robić maślane oczka. - przetarła przekrwione oczy dłońmi, nie zważając na resztki makijażu. - Jestem po prostu zmęczona tym wszystkim. - westchnęła, a ręce opadły bezsilnie na jej uda.
- Facetami? - Isabella usiadła na końcu długiej, skórzanej kanapy.
- W pracy mam taki zapieprz, że nie mam chwili wytchnienia. Co chwilę przychodzą jacyś pacjenci, którzy proszą, żebym wypisała im jakieś prochy. Uprzykrzają ci życie, gdy tylko chcesz im coś wytłumaczyć, rzucają się do ciebie z mordą, bo jak ty śmiesz mieć czelność się odezwać. - zamknęła oczy, aby dać im chwilę wytchnienia. - Po takich dniach w pracy lubiłam pójść do baru, napić się, poznać kogoś, miło spędzić noc i z nową energią wrócić do pracy.
- Tyle że chyba coś ostatnio ten plan nie daje pozytywnych efektów. - Isa brodę o dłonie, a łokciami wsparła się na udach.
- Ani trochę. Rano wracam do domu jeszcze bardziej poirytowana, niewyżyta seksualnie bo ja muszę się wszystkim zajmować. Mężczyzna nawet nie kiwnie palcem, a jeśli próbuje przejąć stery, to... a wolę nawet nie kończyć. - otworzyła oczy i zaczęła powoli kreślić palcem niewidzialny okrąg. - Więc wkurwiona wracam do roboty, tam pacjenci mnie dobijają i koło się zamyka.
Między kobietami zapadła cisza. Isabella wstała z miejsca, a po chwili wróciła z dwiema szklankami wody. Podała jedną przyjaciółce, a sama usiadła na swoim miejscu.
- Wiesz, znamy się tyle lat i pewnie to, co teraz powiem będzie trochę głupie.
- Nie pierdol, tylko mów. - Val przystawiła szklankę do ust i wzięła spory łyk wody, która okazała się zbawieniem w tej sytuacji.
- Nie myślałaś kiedyś nad stałym związkiem? - Isa zarzuciła niepewnie, bawiąc się szklanką - Może taka stabilność będzie lepsza niż skakanie z kwiatka na kwiatek.
- Przecież ja nie nadaje się do stałego związku. Czy ty przez te wszystkie lata widziałaś mnie z kimś więcej niż raz? - zapytała, unosząc przy tym brwi.
- Chyba nie... - odparła niepewnie. - A ta dziewczyna od ciebie z pracy? Ta w prostych, czarnych włosach?
- To już dawno nie aktualne. - odpowiedziała niemal natychmiastowo. Ona nie była dobrym tematem do rozmów. - Zresztą to nie ważne. Nie jestem osobą, która pakuje się w stałe relacje. To nie jest w moim stylu i tyle.
Val wydawała się podirytowana całą rozmową. Mocno zaciskała palce na szkle, a jej usta wykrzywiały się w dziwnym grymasie, jakby specjalnie przygryzała wnętrze policzka.
- Skąd wiesz, skoro nigdy nie spróbowałaś?
- Po prostu.
- Też mi argument. - Isa pokręciła głową i odłożyła szklankę na stolik kawowy, który rozdzielał przestrzeń pomiędzy telewizorem, a kanapą.
- Mówi to dziewczyna, która od paru lat nie może sobie nikogo znaleźć.
Valentina momentalnie pożałowała swoich słów. Ostrożnie podniosła wzrok i spojrzała na przyjaciółkę. ta trzymała się się za ramiona i uciekała wzrokiem gdzie się da.
- Isa przepraszam, nie chciałam tego powiedzieć. - dziewczyna wstała z miejsca i kucnęła przez przyjaciółką, kładąc przy tym dłonie na jej kolanach. - Nie powinnam się była wyżywać na tobie. Dużo emocji, problemów, powiedziałam to bez namysłu. Przepraszam kochana.
- Już w porządku. - Isabella pociągnęła nosem. Ostrożnie pozbyła się łez, które zgromadziły się w kącikach oczu. Westchnęła i spojrzała na przyjaciółkę. - Następnym razem proszę, ugryź się w język. - zaśmiała się cicho. - Jako jedyna wiesz co się wtedy wydarzyło. Nie chcę tego rozpamiętywać.
- Oczywiście. To co, przytulas na zgodę? - Val wyciągnęła ręce w jej stronę.
Dziewczyny zamknęły się w mocnym i szczelnym uścisku. Valentina karciła się w myślach za swoje słowa. Zamiast przemyśleć, co dokładnie powiedzieć, pozwoliła się ponieść emocjom i palnęła głupotę. Przecież dokładnie wie, dlaczego Isa nie spotyka się z nikim od czasu poprzedniego związku. Val nie była pewna, czy wspomnienie na temat "koleżanki" z pracy było punktem zapalnym. Pozostały jedynie domysły.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
- Nigdy w życiu nie spotkałam kobiety, która spędzałaby czwartą godzinę na szykowaniu się na imprezę.
- W takim razie źle szukałaś. - z ust Valentiny wyrwał się śmiech.
Dziewczyny przesiadywały już drugą godzinę w łazience. W porównaniu z resztą pomieszczeń, było to najciemniejsze miejsce w całym mieszkaniu. Czarne kafelki, płytki, umywalka. Za przeszklonymi drzwiami znajdowała się prysznic, a dokładniej kwadratowa deszczownica. W jednej ze ścian znajdowała się wnęka, która spełniała swoje zadanie jako półka na liczne kosmetyki. Ponad połowa z nich była nawet nietknięta, ale przynajmniej cieszyła oko. Val nachylała się nad umywalką, jednocześnie jeżdżąc pędzelkiem po swojej powiece. Cała powierzchnia blatu była zawalona kosmetykami. Walały się po niej różne paletki cieni, pomadki, nawet parę tuszy, które różniły się od siebie jedynie ceną. Zużyte płatki kosmetyczne, przyjmowały najróżniejsze odcienie brązów. Dziewczyna otworzyła kolejną pomadkę i przejechała aplikatorem po ustach.
- Za blado. - stwierdziła, po przejrzeniu się w wielkim lustrze. Nad całą jego długością rozciągała się lampa, która rzucała światło na pomalowaną twarz Val.
- To już szósta pomadka. Może ja ci coś wybiorę? - Isa podniosła się z kosza na pranie, na którym siedziała przez ostatnie parę godzin.. - Nie dziwne, że jest ci za blado, jak masz ciemne oko i ciemny outfit.
Dziewczyna dokładnie przyjrzała się całokształtowi. Valentina zawsze przykładała sporą uwagę do swojego wyglądu, ale dzisiejszego wieczoru zaszalała po całości. Nawet w taki dni, gdy impreza odbywała się w obozie, nie potrafiła ubrać się luźno i wygodnie. Zawsze wyglądała, jakby żywcem zgarnięto ją z wybiegu lub okładki magazynu. Dzisiaj postawiła na skórzane, czarne spodnie z wysokim stanem. Jeśli chodzi o górną część stroju, to był to jedynie czarny, głęboko wyprofilowany stanik i przezroczysta koszulka z długim rękawem, we wzorze przypominającym ten z kabaretek.
- Nie myślałaś może o bordowym? - spytała i bez czekania na odpowiedź, zaczęła przegrzebywać jedną z szuflad ukrytych pod umywalką. Wyciągnęła z niej dwie pomadki i jedną z nich podała przyjaciółce. - Spróbuj tej.
Valentina przejęła pomadkę i jednym ruchem otworzyła ją. Ponownie nachyliła się w stronę lustra, aby dokładnie nałożyć ją na usta. Wystarczyły da pociągnięcia i już w całości były pokryte przez lśniący, ciemno-bordowy kolor. Dziewczyna przejrzała się w lustrze, poprawiła włosy przeczesując je niedbale i zrobiła krok w tył, żeby zobaczyć całą swoją postać w lustrze.
- Pięknie! - powiedziała z entuzjazmem. - Bardzo ci dziękuję. Teraz możemy jechać.
- Rychło w porę. Jesteśmy i tak spóźnione pół godziny.
- Aj tam. powinni się przyzwyczaić, że nie należę do punktualnych osób.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
W noce takie jak ta, już z daleka można usłyszeć śmiech ludzi czy dudniącą muzykę. Obozowisko Węży jest oddalonym miejscem względem Night City. Pół godzinny jazdy motorem to minimalny czas potrzebny na przebycie drogi z centrum do obozu, zważając na to, że po drodze będzie się łamać wszelki przepisy drogowe. Dzisiejszego wieczoru kierowcą została Isabella, która należy do tej bardziej rozsądnej strony. Valentina siedziała za przyjaciółką i wspólnie przemierzały drogę do obozu. Światła miasta przygasały z każdym kilometrem, a na horyzoncie zaczął ukazywać się las, który w tych czasach jest istną rzadkością. Pojazd wjechał w las, pozostawiając za sobą pustynne tereny. Po dotarciu na miejsce, Isa zaparkowała swój motor w miejscu, z którego ludzie zrobili swego rodzaju parking.
- Myślałam, że już nigdy nie dojedziemy! - Val zeskoczyła z pojazdu i pozbyła się kasku, który był na nią odrobinę za mały. - Następnym razem biorę swój kask. Masz zdecydowanie za małą głowę.
- Spieprzaj. Jak ci nie pasuje to następnym razem możesz iść na piechotę. - Isa wyjęła kluczyki ze stacyjki i razem ruszyły w stronę głównego ogniska.
- Chyba cię pojebało, że będę iść tyle kilometrów o własnych siłach.
- Kogo pojebało?
Dziewczyny spojrzały na Nirama, który już leciał w ich stronę z piwem dla każdej z nich. Trochę bujało nim na boki, można by rzec, że szedł w ich kierunku dosyć tanecznym krokiem, co wyglądało dosyć dziwacznie. Ubrany w białą koszulę, której guziki odmawiały już posłuszeństwa, przez co połowa jego klatki piersiowej była odsłonięta. Jak na to ile kasy Niram trzyma na swoim końce bankowym, trzeba przyznać, że ubiera się dosyć skromnie.
- Isabele, każe mi zapierdalać na piechotę do obozu! - Val od razu poleciała ze skargą, podbiegając przy tym do chłopaka. Wyciągnęła ręce w stronę butelki, ale Niram podniósł ręce do góry. - A ty co? Już taki najebany?
- A może by tak jakieś dzień dobry? I przepraszam za spóźnienie? - wymownie uniósł brwi i zeskanował wzrokiem obie przyjaciółki. - Chociaż jeżeli obsuwa jest spowodowana waszym wyglądem to wybaczam, wyglądacie mega seksownie.
- Czyli dalej myślisz kutasem zamiast głową. - Val cmoknęła chłopaka w policzek w ramach przywitania, a w nagrodę otrzymała uścisk i butelkę zimnego piwa.
- Nic bardziej mylnego kochana. - zaśmiał się i w ten sam sposób przywitał się z Isą, po czym cała trójka zaczęła iść do centrum obozu.
Osoba z zewnątrz mogłaby stwierdzić, że jest to swego rodzaju małe miasteczko. Na wielkiej polanie, rozstawione są liczne kwatery, czyli wielki namioty, po jednym dla każdego. Nie licząc licznych miejsc na rozpalenie ognisk, drugim z kolei źródłem światła były beczki, w których palił się żywy ogień. Po całym terenie rozsiane są liczne punkty, takie jak mały gabinet ripperdocka, zbrojownia, kantyna. Oczywiście nie może zabraknąć małych spiżarni, które przechowywały w większości spore ilości alkoholu. Wszystko to otoczone gęstym lasem, który oddziela Węże od reszty świata.
Wokół głównego ogniska zebrała się prawie cała rodzina. Valentina przywitała się z wszystkimi po kolei, opróżniając przy tym pierwszą butelkę. Usiadła na jednej z ławek rozstawionych wokół płomieni i zaczęła obserwować tłum. Nomadzka rodzina Węży nie była pierwsza lepszą zbieraniną. No dobra... Może trochę tak jest. Wystarczy chociażby przelecieć wzrokiem po ludziach i spojrzeć na ich twarze. Isabella, czysta hiszpańska krew. Matt, który w tym momencie szeptał jej coś do ucha, jest mieszanką Ameryki i Brazylii. Parę metrów od nich w objęciach stały Sarang i Dayshia, kolejno koreańskie i amerykańskie korzenie. Niram miał w sobie coś z Francuza, a Yoshimi, który starał się trzymać przyjaciela w pionie, pochodził z Azji. Chociaż Yoshi nie był co prawda pełnoprawnym członkiem, to każdy traktował go, jakby od lat był jednym z nich.
W całym tym tłumie pijących, tańczących ludzi Val nie mogła wypatrzeć dwóch twarzy. Problem w tym, że jeśli ta dwójka spóźnia się na imprezę, wyjście jest jedno. Coś się musi odpierdolić. Jak na zawołanie z części parkingowej obozu zaczęły dochodzić dwa męskie głosy. Nie trzeba było się domyślać, kto zmierza w stornę obozowiska. Niepokojący był jedynie fakt, że nie było to wesołe wołanie. Brzmiało to bardziej jak kłótnia. Val wstała z miejsca i ruszyła w stronę dwóch zbliżających się sylwetek. Większy z mężczyzn trzymał w pasie tego drobniejszego. Ten drugi starał się wyrwać z uścisku, krzycząc coś raz po raz.
- Gdzie wyście się podziewali tyle czasu? - Matt wraz z Isą ruszyli w stronę znajomych. - I co żeście- O JAPIERDOLE.
Głosy niedowierzania, przekleństw rozniosło się po ludziach, gdy tylko światło ogniska padło na mężczyzn. Oboje mieli mocno zakrwawione twarze, poszarpane, ubrudzone ubrania i ledwo co trzymali się na nogach.
- Co wam się stało? - Val jako pierwsza podeszła do nich.
Hyram splunął na bok krwią, która lała się z jego wargi. Oddychał ciężko, starając się przy tym nie wypuścić z objęć drugiego chłopaka, który w dalszym ciągu wykrzykiwał przekleństwa.
- Można powiedzieć, że misja nie przebiegła po naszej myśli. Wszystko szło gładko, tylko odkryli kryjówkę Desmonda. Rzucili się za nami w pościg, a w pewnym momencie Des stracił przytomność i spadł z motoru. Trochę poszarpaliśmy się z tymi skurwysynami, ale od tamtej pory cały czas się tak zachowuje. - kiwnął na Desmonda, który szarpał się na wszystkie strony. - ¡Mierda, por fin cálmate! [Kurwa mać, uspokój się w końcu!]
Valentina musiała się pochylić, przy przyjrzeć się twarzy Desmonda, która praktycznie w całości została pokryta krwią. Źródłem krwotoku było rozcięcie łuku brwiowego i to widocznie dość głęboko.
- NIE MÓW MI ŻEBYM SIĘ USPOKOIŁ TY ZŁAMANY KUTASIE! - Desmond krzyknął w stronę Hyrama. - MUSZE TAM WRÓCIĆ I IM NAJEBAĆ! TO NIE MOŻE TAK BYĆ, ŻE ONI NAD GONIĄ PRZEZ PÓŁ MIASTA I LEDWO CO DOSTALI PO MORDACH.
Po tej wypowiedzi wiedziała dokładnie z kim ma do czynienia. Co prawda przez te wszystkie lata spotkała go jedynie parę razy, ale jest on najłatwiejszy jeśli chodzi o identyfikację.
- Casmir kochany komu chcesz najebać? - spytała łagodnym głosem, żeby jeszcze bardziej nie rozjuszyć przyjaciela.
- VALENTINA! - chłopak od razu zwrócił uwagę na przyjaciółkę. - JA MUSZE TAM WRÓCIĆ, MUSZĘ IM WSZYSTKIM-
- Casmir popatrz na mnie - przerwała mu spokojnie, a ten jak na zawołanie, uciszył się. - Myślę, że wystarczająco ich załatwiłeś. Strasznie krwawisz wiesz? Mogę na to zerknąć?
Chłopak przyglądał się jej twarzy z otwartymi ustami. Wzrokiem poleciał trochę niżej, na jej klatkę piersiową, a w jego wyrazie twarzy coś się zmieniło. Mięśnie zaczynały się rozluźniać, brwi opadły, a oczy złagodniały. Z każdą sekundą chłopak wydawał się coraz bardziej odpływać. Przestał reagować na jakiekolwiek wołanie, aż w końcu osunął się bezwładnie w ramionach Hyrama. Wraz z Val ostrożnie ułożyli go na ziemi, żeby nie narobił sobie większej krzywdy.
- Niech ktoś mi poleci w międzyczasie po apteczkę. - Val zawołała w stronę reszty Nomadów.
- Wiesz Val, jest taka sprawa... - jako pierwszy odezwał się Niram.
- Jaka sprawa, nie mów mi, że nagle wszystkie apteczki się skończyły.
- No tak.. jakby?
- Jak to jakby się skończyły, to nie ma czy są?
- Zawsze zużywaliśmy większość naszych szwów na Hyrama, a że on teraz woli latać do tej pani ripperdock to nie uzupełnialiśmy zapasów.
- SPIERDALAJ. - Hyram krzyknął, odchodząc od ciała Desmonda. - Pierdole to, musze się napić.
- Jak ja mam ich załatać jeśli nie mamy szwów? - Val wróciła do tematu.
- Jedna by się znalazła. - wtrącił się Matt. - Mam jedną u siebie, ale wszystko jest przeterminowane, nie wiem czy to dobry pomysł.
- Jak mu nie zszyje tego rozciętego łuku to będzie gorzej, ma całą mordę we krwi.
- Kto... ja?
Pytanie zadał nie kto inny jak Desmond, który właśnie odzyskał przytomność. Skrzywił się momentalnie, jakby ból w końcu dotarł do jego świadomości. Ostrożnie podniósł się z pomocą Val do siadu, a z jego gardła wydobyło się mruknięcie niezadowolenia.
- Właśnie wróciłeś z Hyramem do obozu. - zaczęła Valentina, kładąc ostrożnie dłoń na ramieniu chłopaka. - Coś poszło nie tak i cię znaleźli. Uciekaliście, ale po drodze rozpętała się bójka plus Casmir przejął stery na parę minut. Mocno oberwałeś i potrzebujesz zszycia, tylko mamy jedynie nici po terminie. Próbujemy? Przyjdziesz do mnie jutro wieczorem do gabinetu i założę ci świeży opatrunek.
- Hm? - Desmond jeszcze nie kontaktował w pełni i dopiero po paru sekundach kiwnął głową. - Hyram, a ty nie chcesz się skusić na szycie?
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. - Hyram machnął ręką, w której trzymał odpalonego już papierosa.
Obejmując się nawzajem w pasie, Valentina ruszyła z Desmondem w stronę jej kwatery. Po drodze zabrała jeszcze zakurzoną apteczkę od Matta. Gdy dotarli na miejsce, dziewczyna zapaliła wszystkie lampki.
- Usiądź sobie. - wskazała mały stołek. - Zaraz to ogarniemy.
Desmond usiadł na wskazanym stołku i przechylił głowę w bok, strzykając karkiem. Głowa go rozsadzała w bólu, a głosy kłócących się osobowości nie pomagały w jego sytuacji.
- Boże, ale łeb mnie boli... - westchnął. - Nie masz czegoś na ból, Val?
- Zależy co dokładnie masz na myśli. - rozłożyła na małej szafce apteczkę i spojrzała na jej zawartość. Otworzyła szufladę szafki, nachyliła się nad nią wypinając się nieznacznie tyłkiem w stronę chłopaka i przejrzała pudełeczka z lekami. - Mam leki przeciwbólowe o takim średnim działaniu i mam coś mocniejszego, tylko to jest dodatkowo środek uspokajający. Możesz być po nim trochę przymulony. Więc jak? - spytała i odwróciła głowę w stronę Desmonda.
- Daj mi te najmocniejsze. Najwyżej będę na haju. - uśmiechnął się do niej nieznacznie, uważnie patrząc na dziewczynę. - Ładnie dzisiaj wyglądasz, Val. - dodał po chwili.
Dziewczyna uniosła jedną brew i uśmiechnęła się znacząco. Wyciągnęła z szuflady opakowanie z podajnikiem do leków, ponieważ te silniejsze są podawane jedynie dożylnie.
- Dziękuję kochany, powiesz mi to samo po tym jak będę cała ubabrana w twojej krwi? - zaśmiała się i wyciągnęła dłoń jego stronę. - Dawał łapkę, muszę ci podać leki.
- Hah, myślę, że to by ci dodało trochę seksapilu. - zażartował z uśmiechem, podając jej swoją rękę. - Nie to żebyś już nie była seksowna. Znaczy-... Kurwa. - Desmond się zaczerwienił i odwrócił wzrok, podśmiechując się sam z siebie.
- Aj Desmond Desmond. - zaśmiała się. - Chyba dostałeś wstrząśnięcia mózgu, po pierdolisz głupoty. - dodała, wbijając strzykawkę w zgięcie łokcia chłopaka. - Dobra, to mamy z głowy, postaram się jak najszybciej zszyć tą ranę, tylko najpierw musimy to wszystko oczyścić.
Całe szczęście, wszystkie rzeczy potrzebne do dezynfekcji Valentina miała pod dostatkiem. Obróciła sie z powrotem do szafki i wyciągnęła z niej coś do odkażenia, rękawiczki i waciki.
- Pamiętasz coś, zanim straciłeś przytomność na motorze? - spytała i wróciła do przyjaciela.
Spryskała płatki płynem do dezynfekcji ran, jedną dłonią ujęła brodę Desmonda, aby móc ułożyć jego twarz w wygodnej dla siebie pozycji. W drugiej trzymała waciki, którymi ostrożnie przemywała zakrwawioną twarz chłopaka. Przez swoją pozycję, a raczej kąt nachylenia, Des mógł mieć naprawdę przyjemny widok. Pod siateczkowatą koszulką, między piersiami wisiał naszyjnik w kształcie słońca. Zresztą, ten wisiorek był dobrze znany im obojgu. Desmond uważnie patrzył się w oczy Valentiny, gdy ta oczyszczała zarówno zaschniętą, jak i wciąż sączącą się krew z jego skóry twarzy,
- Pamiętam... Że celowałem w tą kobietę i nagle usłyszałem jak ktoś wyważa drzwi...
Gdy Val nachyliła się, jego wzrok instynktownie przeniósł się na jej naszyjnik i znajdujące się pod nim okazałe kształty dziewczyny. Des próbował odwrócić od nich wzrok i skupić się na rozmowie, jednak jego oczy co jakiś czas wciąż powracały do tego pięknego widoku.
- Zaczęli do mnie strzelać... Potem przyszedł Hyram, było ich za dużo, musieliśmy się wycofać...
- I wtedy zaczęliście uciekać. - dokończyła za niego, wyrzucając przy tym kolejny zużyty płatek kosmetyczny. - Wskoczyliście na motory i nagle straciłeś przytomność?
Po obmyciu twarzy, Val sięgnęła do apteczki po nożyczki i nici.
- Uwaga, może zaboleć. - ostrzegła i powoli zaczęła zszywać ranę nad okiem Desmonda.
Nie miała pewności, jak długo te szwy utrzymają ranę w zamknięciu. Miała jedynie nadzieję, że na kolejny dzień Des zgłosi się na jej dyżur i wtedy założy mu świeży opatrunek.
- Chyba leki zaczynają działać, bo ja tam nic nie czuję. Ah.... - odetchnął z ulgą i zamknął oczy. - Tak, zaczęliśmy jechać i głos Casmira stał się tak głośny i donośny, że po prostu odpłynąłem...
Dźwięk, który wydobył się z ust chłopaka rozlał się po ciele Valentiny, wprawiając ją w przyjemne dreszcze. Czyżby to jedno piwo wprowadziło ją w taki stan?
- I chyba wtedy cię dopadli. Ktoś musiał ci mocno czymś przywalić, rana jest bardzo głęboka i krwawi bardziej niż powinna. Nie wiem, na jak długo te szwy pomogą.
- Nie mam pojęcia... I szczerze, średnio mnie to teraz obchodzi... - ponownie odetchnął, z wciąż zamkniętymi oczami. - Na razie chłonę ciszę... Może częściej będę do ciebie przychodzić na taką kurację, hm? - uśmiechnął się i w końcu otworzył oczy, spoglądając na nią.
- tak musisz przyjść jutro do mojego gabinetu, żebym mogła poprawić ten opatrunek Założymy nowe szwy i przepiszę ci jakieś leki. I nie musisz dawać się pobić, żeby mieć pretekst do odwiedzin wiesz? I Zamknij to oko, lepiej żeby krew tam, nie wpłynęła, nie mam nawet czym go przepłukać.
- Tak jest, Pani doktor. Twe życzenie jest dla mnie rozkazem. - Desmond zamknął ponownie oczy. - A co, tak bardzo za mną tęsknisz, że chcesz, bym wpadał częściej??
- Szczerze?
Zastanowiła się przez chwilkę. Z jednej strony po co miałaby się zwierzać w takiej chwili Desmondowi? Przecież są ważniejsze sprawy niż jej prywatne problemy. Z drugiej strony, przecież to jej przyjaciel i prędzej czy później dowie się, że coś jest nie tak. Westchnęła głośno i na sekundkę przerwała pracę.
- Tak, trochę tęsknie. Nie wiem czy konkretnie za twoją osobą, czy bardziej za odpowiedzialną, męską ręką.
Słysząc tą wypowiedź Desmond uśmiechnął się szeroko. Podobało mu się w jaki sposób to ujęła.
- Czaję, hah. - prychnął, nie mogąc przestać się uśmiechać. Informacja, że Val za nim tęskni i że potrzebuje "odpowiedzialnej, męskiej ręki" podbiła trochę jego ego i pewność siebie w ich relacji, jakakolwiek by ona teraz nie była. - Możemy umówić się na jakiś wieczór filmowy, czy coś. Cokolwiek by ci pasowało, Val. Jestem cały twój. - powiedział spokojnym tonem i złapał ją za udo, które było na wysokości jego ręki, delikatnie gładząc jej skórę.
Ciepła dłoń Desmonda na udzie dziewczyny mogła wywołać tylko jedną reakcje. Zmęczona ostatnimi "przygodami" Valentina odetchnęła głośno. Chociaż na chwilę pozwoliła samej sobie rozkoszować się tym momentem. Po jej ciele przeleciał przyjemny prąd. Przez jej myśli przelatywały różne scenariusze, ale niektóre z nich... Nie nie nie. Przecież to jest jej przyjaciel. To nie powinno iść w tą stronę. Chociaż z drugiej strony od zawsze mieli się ku sobie.
- Desmond, pozwolisz mi założyć ostatni szew? - spytała, próbując przy tym nie zdradzić drżącego głosu.
- Przecież ja nic nie robię. - zaśmiał się. - Myślałem, że sięgam po twoją rękę, ale nie widziałem, bo ktoś kazał mi zamknąć oczy. Także to twoja wina. - odparł i zabrał rękę z jej uda.
- A w tej bajce były smoki. - zaśmiała się i wróciła do zakładania szwów. - Dobra, skończone.
Ostatni raz przemyła jego twarz, po czym wyrzuciła wszystkie zurzyte waciki, nożyczki i rękawiczki do kosza.
- Tylko proszę cię, baw się dzisiaj ostrożnie, dobrze?
- Tak jest, mommy. - zaśmiał się i wstał ze stołka, przeciągając się. - Dziękuję ślicznie za usługę. - chwycił jej dłoń i pocałował jej wierzch.
Valentina podążała wzrokiem za Desmondem, aż w końcu dotarł do ich znajomych, którzy bawili się przy ognisku. W dalszym ciągu czuła jego dłoń na swoim udzie, jakby wypalił w jej skórze niewidzialne znamię.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
Na miękkich nogach dziewczyna kroczyła w stronę swojego namiotu. Po odprowadzeniu Isabelli do jej kwatery, postanowiła od razu wrócić do siebie. Imprezę można było uznać za skończoną, głównie za sprawą śpiących na ławkach ludzi, czy dogasającego głównego ognisko. Całe szczęście kwatery przyjaciółek nie były od siebie zbytnio oddalone, więc po dwóch minutach Val dotarła na miejsce. Zanim jednak weszła do środka, przystanęła przed kwaterą, wyjęła z kieszeni paczkę papierosów, a z pudełka ostatnią sztukę. Od razu pomyślała o przepełnionej popielniczce, którą zapełniła samodzielnie wczorajszego poranka. Włożyła fajkę do ust, sięgnęła ponownie do kieszeni po zapalniczkę i odpaliła papierosa, to tak na dobry sen.
Bucha później zobaczyła znaną sylwetkę, która również chwiejnym krokiem wyłoniła się z cienia.
- A ty jeszcze nie w łóżku? - spytała, chociaż sklejenie tego zdania wymagało od niej sporych pokładów energii.
- Masz może szluga? - spytał i zaczął przetrzepywać swoje kieszenie.
- To ostatni. - odpowiedziała, unosząc dłoń z papierosem między palcami.
Desmond zaczął patrzeć się na nią niczym małe dziecko na cycka. Val przewróciła oczami i wyciągnęła dłoń z papierosem w jego stronę.
- Dzięęeki! - powiedział z dużym uśmiechem, usiadł na ławce przed kwaterą Val i w końcu zaciągnął się mocno papierosem, napełniając płuca "zabójczą" substancją, by po chwili wypuścić dym z ust. - Jesteś kochana, Val, wiesz o tym? - odparł i oddał jej szluga, kładąc głowę na jej ramieniu, gdy ta usiadła obok niego.
- Wyznajesz mi miłość tylko dlatego, że częstuje cię ostatnim papierosem? - zaśmiała się.
Noc wydawała się chłodna, jednak alkohol krążący po organizmie Val był wystarczającym źródłem ciepła. Możliwe też, że była zbyt pijana by zwrócić uwagę na temperaturę.
- Jak Pani ocenia dzisiejszy wieczór? - spytał ignorując jej odpowiedź.
- Mogłabym powiedzieć, że był taki jak zawsze. Chociaż dawno nie widziałam Hyrama skaczącego przez ognisko w samych bokserkach, więc ten wieczór był dość... Specyficzny. - stwierdziła finalnie, zaciągając się.
Odwróciła głowę w stronę chłopaka i przyjrzała mi się dokładnie. Jego twarz w dalszym ciągu była pokryta opuchlizną, szczególnie okolice prawego oka, ale nie na tym Valentina skupiła swoją uwagę. Jej uwagę przykuła fryzura Desmonda, długi, czarny warkocz, który nosił od niepamiętnych czasów. Czerwone pasemka dodawały mu dzikości i sprawiały, że cały Desmond wydawał się inny, nic przeciętny mieszkaniec Night City.
Chłopak zaśmiał się na wspomnienie o Hyramie, aczkolwiek takie zachowanie mężczyzny było całkiem "normalne" jak na niego, więc nie zdziwiło go to ani trochę.
- Haha! Cudowny chłop. Chociaż czasem zastanawiam się, co mu siedzi we łbie. - uśmiechnął się i podniósł się z jej ramienia. - Co tak się patrzysz, hm?? - zapytał.
Desmond uważnie obserwował, jak dziewczyna podziwiała i zaczęła bawić się jego warkoczem. Po chwili jednak dziewczyna walnęła go końcówką uplecionych włosów w oko, przez co Desmond się wzdrygnął i od razu zaczął śmiać.
- Według ciebie to najwyraźniej nie jestem wystarczająco poturbowany.
Kolejny raz przekazała mu papierosa, który z każdym zaciągnięciem stawał się coraz krótszy.
- Według mnie blizny są seksowne. - przyznała mu i w końcu wypuściła jego warkocz z dłoni. - I nie miej mnie za wariatkę, masa kobiet tak uważa. Dziwię się, że żadna się na ciebie nie rzuciła. - dodała i zaczęła oglądać swoje paznokcie, jak gdyby nigdy nic. Bujała się przy tym na boki, obijając się co jakiś czas o Desmonda.
- Mm, czy to ma być jakiś podtekst? - zapytał z uniesioną jedną brwią, a potem nachylił się nad nią, wydmuchując dym papierosa przez nos prosto na jej twarz.
-Zależy od twojej perspektywy, możesz to potraktować, jak tylko zechcesz. - ułożyła łokieć na swoim kolanie, a brodę podparła na dłoni. Wpatrywała się w przyjaciela z szerokim, nieco głupkowatym, pijackim uśmiechem.
- W takim razie, czemu się Pani jeszcze na mnie nie rzuciła? - szepnął niskim głosem, zakładając jej kosmyk włosów za ucho.
- Widocznie nigdy nie miałam dobrej okazji żeby to zrobić.
Desmond nie odpowiedział od razu. Przez krótką chwilę tylko się na nią patrzył, nieustannie przeskakując wzrokiem z jej oczu do jej ust. Jej uśmiech był rozbrajający — naiwny i prowokacyjny zarazem. I może to właśnie ta mieszanka, tak dobrze mu znana, przelała czarę.
Bez słowa zbliżył się z powrotem, powoli, bez pośpiechu, jakby sprawdzał, czy mu na to pozwoli. Jego dłoń powędrowała do jej policzka, opuszki palców musnęły skórę delikatnie, prawie ostrożnie, jakby nie chciał jej spłoszyć.
- Może właśnie teraz jest ta okazja - powiedział cicho, bardziej do niej niż do siebie.
A potem ją pocałował. Pewnie, ale bez nachalności. Nie było w tym ani żartu, ani prowokacji - tylko to, co wisiało między nimi od dawna, nierozwiązane, niewypowiedziane. Papieros dogasał w jego dłoni, ale chłopak nawet tego nie zauważył. W tej chwili nic innego nie miało znaczenia.
Dotyk Desmonda na jej policzku i usta w szczególności był czymś... Wyzwalającym. Jakby wszystkie wspomnienia ostatnich nocy nagle zniknęły z pamięci Val. Zamknęła oczy i nie myśląc dłużej po prostu oddała się tej chwili, na którą tak długo oboje czekali. Wiedziała, że żadne z nich nie było w stanie wypowiedzieć pewnych słów jako pierwsze. Przyznanie się do uczuć było równoznaczne z potwierdzeniem tych wszystkich domysłów, teorii, które snuli ich przyjaciele przez parę ostatnich miesięcy.
Valentina ostrożnie wyciągnęła dłoń w stronę chłopaka, nie przerywając przy tym pocałunku. Pozbyla się dogasającego papierosa i złączyła ich dłonie.
Pocałunek z każdą chwilą stawał się coraz bardziej zaborczy i agresywny - jakby te miesiące i lata czekania, pełnie niepewności i zawirowań sercowych, w końcu się opłaciły. W końcu wszystko zaczęło nabierać sensu.
Desmond przerwał na chwilę pocałunek, by zaczerpnąć powietrza, a potem znów rzucił się z desperacją na usta Valentiny. Lewą ręką delikatnie gładził jej odkryte udo, a potem zarzucił jej nogę na siebie i sprawnie posadził kobietę na swoim kolanach. Val mogła poczuć rosnące podniecenie chłopaka, przez co uśmiechnęła się i spojrzała na niego, przerywając pocałunek. Sama ledwo co oddychała, ale to było w tym momencie najmniejszym zmartwieniem. Przeskakiwała wzrokiem z jego ust na oczy, które błyszczały się w świetle dogasającej beczki, która spała nieopodal. Desmond za to wpatrywał się w jej oczy niczym głodne szczenię lub spragniony krwi wampir, czekający na swój posiłek.
- Val, ja... - spuścił wzrok na chwilę, obawiając się, że może trochę przesadził.
- Ci... Nic nie mów. - uciszyła jego obawy, kładąc dłoń na jego policzku. Przyjechała kciukiem po jego opuchniętych wargach i zapragnęła je mieć wyłącznie dla siebie. - Chodź za mną.
Sprawnie zeszła z jego nóg. W dalszym ciągu trzymając go za rękę weszła do swojego namiotu, a chłopaka pociągnęła za sobą. Gdy oboje znaleźli się w środku, Val zapaliła małą lampkę przy łóżku i szybko zasunęła wszystkie zamki, aby mogli mieć trochę prywatności. Skierowała ich w stronę łóżka, każdy krok był niczym kroczenie po chmurach, lekki, zwiewny i może nie do końca w pełni władny.
Desmond uśmiechnął się, zadowolony z takiego obrotu sprawy. Gdy byli już w jej kwaterze, chłopak delikatnie pchnął ją na łóżko, po czym zawisł tuż nad nią. Na początku pocałował ją namiętnie w usta, a po chwili jego pocałunki zaczęły schodzić do jej szyi i ucha. Wolną ręką powoli podwijał jej koszulkę do góry, a także szybko i sprawnie zajął się jej zapięciem od stanika. Gdy dziewczyna leżała pod nim półnaga, mężczyzna zaczął ją podziwiać, z widocznym efektem w spodniach. Nie mógł się jej napatrzeć, jednak nie chciał też zwlekać. Desmond nachylił się nad nią ponownie i zaczął obdarowywać pocałunkami jej górne kształty, próbując naznaczyć jej każdy centymetr ciała.
Valentina mimo sporej ilości wypitego alkoholu, dokładnie wiedziała co się dzieje. Każdy moment, w którym Des gładził jej skórę, czy składał delikatne pocałunki na jej ciele, był niczym oczyszczający rytuał. Wszystkie zmartwienia, które zakłócały jej codzienne funkcjonowanie, zaczynały się rozmywać. Nie myślała już o pracy, czy o nieudanych nocach. Teraz liczyli się tylko oni. Miała nadzieję, że zanim rano rozejdą się plotki o dźwiękach dochodzących z jej namiotu, chociaż przez parę godzin będą mogli nacieszyć się sobą.
Ta noc, chociaż przez chwilę była ich małą, słodką tajemnicą.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
Parę godzin później Val obudziły głosy znajomych. Widocznie wszyscy zdążyli już wstać i w miarę wytrzeźwieć. Dziewczyna otworzyła powoli oczy, ziewnęła, po czym wsparła się na łokciach. Dlatego było jej tak zimno? Spojrzała w dół i zobaczyła, że jej biust był całkowicie na wolności. Uniosła skrawek koca i zajrzała pod spód. Była całkowicie naga, ale nie to ją najbardziej zaskoczyło. W dalszym ciągu, u jej boku leżał Desmond. Przynajmniej on z ich dwójki był ubrany do pasa.
- No i odjebaliśmy. - powiedziała sama do siebie.
Popatrzyła się na chłopaka, który w dalszym ciągu spał, z ręką podłożoną pod głową. Opuchlizna zelżała, zaczerwienienie powoli ustępowało. Val opuściła nieco wzrok i zatrzymała się na ustach chłopaka. Chociaż one wydawały się nie zmienić przez tą noc. Przez głowę dziewczyny przeleciała myśl, że może warto to sprawdzić. Przysunęła się bliżej i delikatnie złączyła ich usta. Ciepłe, miękkie, dokładnie takie, jakie zapamiętała. Jak na zawołanie Desmond otworzył oczy, a jego usta wygięły się w uśmiechu.
- Dzień dobry śpiąca królewno. - Val zaśmiała się, nie odrywając przy tym wzroku od jego twarzy.
- Dzień dobry. - odpowiedział zadziwiająco spokojnie.
Dopiero gdy spojrzał niżej, jego źrenice rozszerzyły się. Podobnie jak Val chwilę temu, podniósł się do siadu, spojrzał pod koc i w lekkim szoku zerknął na przyjaciółkę.
- Val czy stało się to o czym myślę? - spytał z niepewnością w głosie,
- Jeżeli myślisz o tym, że zadowoliłeś mnie do takiego stopnia, że zasnęłam w ciągu paru sekund to tak, dobrze myślisz.
Desmond poczuł lekki niepokój, ale jednocześnie nie mógł się powstrzymać, by nie podziwiać, jak naturalnie wyglądała w porannym świetle, z tymi rozczochranymi włosami i niepewnym uśmiechem. Przeciągnął ręką po karku i odetchnął głęboko.
- Wiesz, ja dokładnie nie pamiętam tego co się stało. - zaczął, a Val również podniosła się do pełnego siadu. - Jeżeli ja... No wiesz, zrobiłem coś nieodpowiedniego...
- Nieodpowiedniego? - powtórzyła za nim nieco głośniej, jakby w szoku. - Desmond ja dzięki tej nocy zapomniałam o Bożym świecie, a cały stres ze mnie uszedł, jakbyś wypuścił powietrze z przepompowanego balonika. - powiedziała dość szybko i złapała chłopaka za rękę. - Nie zrobiłeś niczego wbrew mojej woli.
Kolejny raz przyjrzała się jego ustom. Teraz dopiero zobaczyła, że po wczorajszych pocałunkach, Desmond skradł odrobinę bordowej pomadki z z warg dziewczyny.
- Coś się tu zostało. - powiedziała, przejeżdżając kciukiem po jego ustach.
Między nimi zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosami ludzi z obozowiska. Gdy tak patrzyli na siebie, a gdy milczenie stawało się zbyt długie, ich kąciki ust uniosły się i oboje zaczęli się śmiać, jakby każde z nich było upalone. Radosne głosy nie miały końca, a przechodzący obok kwatery obozowicze zachodzili w głowę, co takiego mogło rozśmieszyć dwójkę skacowanych nomadów.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
- Jeszcze raz, czego dokładnie pan nie rozumie?
- Jak można być tak młodym jednocześnie tak głupim?! Czemu mi pani nie wypisze tych lekarstw!?
Przez ostatnie pół godziny Valentina siedziała zamknięta w swoim gabinecie z najgorszym typem pacjenta. Stary dziad, do którego nie docierają żadne słowa. Mężczyzna chodził po pomieszczeniu i co chwila wykrzykiwał coraz to nowsze obelgi w stronę młodej lekarki.
- Tłumaczę panu, że nie ma pan żadnych objawów. Wszystkie wyniki są prawidłowe, więc nie wypiszę panu tych zastrzyków.
- Niby dlaczego?! Jaki pacjent wymagam od pani pomocy, która nie jest mi udzielana poprawnie. Zaraz pójdę do ordynatora i złożę na pani skargę!
- Proszę bardzo. - Valentina wstała z fotela i wskazała na drzwi. - Wychodzi pan w prawo, korytarzem prosto aż do windy. Gabinet ordynatora mieści się na dwudziestym piętrze, pokój numer sześćdziesiąt dziewięć.
Krzyki i wyzwiska zaczynały niepokoić dziewczynę. Starała się niepostrzeżenie otworzyć szufladę, w której trzymała gaz pieprzowy, chociaż w tym mieście była to mało skuteczna forma samoobrony.
- Pokój sześćdziesiąt dziewięć? Pani sobie ze mnie jaja robi?
- Nie moja wina, że ordynator upublicznia swoje fetysze.
- Kobieto słuchaj mnie do kurwy nędzy. - facet podszedł do biurka i oparł się o nie dłońmi. - Wypisuj mi te leki.
- Są to bardzo silne środki przeciwbólowe i bardzo łatwo je przedawkować. Powiem to ostatni raz, nie przepisze ich panu.
- CIEBIE ZARAZ PRZEDAWKUJE TY-
Val trzymała już w dłoni buteleczkę z gazem. Nawet nie zdążyła unieść dłoni, ponieważ facet został odciągnięty do tyły i z hukiem upadł na podłogę. Dopiero po paru sekundach dziewczyna zorientowała się, co tak na prawdę się wydarzyło. Czarny warkocz przeleciał przed jej oczami, a chwilę później natarczywy pacjent został siłą wyrzucony z gabinetu.
- I ŻEBYM CIĘ TU WIĘCEJ NIE WIDZIAŁ! - Desmond zawołał do faceta, który prawdopodobnie biegł po szpitalnym korytarzu. Wrócił wzrokiem do dziewczyny i postawił parę kroków w głąb gabinetu. - Nic ci nie zrobił?
- Tylko wydarł mordę, ale zdążyłam się już przyzwyczaić. - westchnęła i wrzuciła gaz z powrotem do szuflady. - Rozumiem, że przyszedłeś na obiecaną kontrolę?
- Dokładnie tak, pani doktor. - na jego ustach zagościł uśmiech.
Valentina zaprowadziła chłopaka do wolnego pokoju zabiegowego. Desmond usadowił się wygodnie na kozetce, a w międzyczasie dziewczyna zaczęła zakładać rękawiczki.
- I jak mój dzielny pacjent się czuje? - spytała.
- Wiesz... Nie najlepiej. - przyznał niechętnie.
Val zmarszczyła brwi i podeszła bliżej. Dopiero teraz ujrzała w jakim stanie jej przyjaciel przyszedł na kontrolę. Jego twarz świeciła się od kropel potu, które miejscami uciekały z jego czoła, żeby spłynąć niżej niczym woda w wodospadzie. Sam Desmond nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone oczy, wydawał się nieco osowiały, a rana nad okiem wyglądała lekko mówiąc, paskudnie. Zszyty łuk brwiowy był przekrwiony, miejscami zebrała się ropa, a skóra zaczęła się łuszczyć. Val sięgnęła do szuflady po termometr. Przyłożyła go do czoła chłopaka, a mały wyświetlacz ukazał zawrotne 39.5 stopnia gorączki.
- Kochaniutki, mówiłam, żebyś się zgłosił tego samego dnia, kiedy miałam nocny dyżur. Czemu tak zwlekałeś?
- Sam nie wiem, miałem trochę spraw na głowie i nie miałem kiedy zajrzeć.
- Marna wymówka, wiesz? - pokręciła głową.
Szybkie zdezynfekowanie i zmiana szwów na niewiele się zdały. Valentina przez chwilę nie wiedziała co zrobić. Infekcja w dalszym ciągu mogła się rozwijać, więc głupotą byłoby wypuszczanie chłopaka do domu.
- Posłuchaj Des, zostaniesz w szpitalu na parę dni. - zaczęła. Usiadła na taborecie i przysunęła się do chłopaka, tak, aby być idealnie naprzeciwko. - Będziesz pod stałą opieką lekarzy i dostaniesz leki, żebyś mógł sprawnie zwalczyć infekcję.
- Rozumiem, że zostanę również pod twoją opieką? - spytał, unosząc brew, ale momentalnie na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
- Aż tak ci zależy na moim towarzystwie? - zarzuciła nogę na nogę, przez co jej czarna spódnica podwinęła się nieco.
- Inaczej bym nie pytał. - zaśmiał się i dłonią pomasował swój kark. - Nie będę kłamał, czasem wracam myślami do tamtego wieczoru w obozie.
- Cóż... Również bym skłamała, gdybym powiedziała, że o tym nie myślałam.
Od ostatniej imprezy minął tydzień. Oczywiście Isabella od razu zaczęła wypytywać, dlaczego wraz z Desmondem wyszli z jej kwatery. Val opowiedziała jej jak było, ale nic więcej. Przez kolejne dni, nie mówiła jej, jak często myślała o tej nocy, zanim kładła się spać po ciężkim dyżurze. Jak czasem jej dłoń samoistnie wędrowała między jej nogi, wyobrażając sobie to i owo. Te szczegóły, pozwoliła sobie zachować siebie.
- Może zabrzmię teraz jak jakiś nastolatek, ale czy propozycja wieczoru filmowego jest nadal aktualna.
Spojrzała na niego i zatrzymała się przy oczach. Kolejny raz wyglądał jak szczeniak, który prosił o dodatkowego smaczka.
- Wiesz co... Jak wyjdziesz ze szpitala, to wtedy ustalimy jakiś dzień.
- Serio?
- Serio serio.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
Kompletnie zapomniała o propozycji wspólnego wieczoru przy filmach. Paląc papierosa, przechadzała się przed gmachem szpitala. Czemu tak na prawdę się zgodziła? Rzadko spędzali czas jedynie we dwoje. Zazwyczaj spotykali się wraz z innymi, a teraz? Mogłaby potraktować tą słodką noc jak całą resztę. Jednorazowy wypad, nic więcej. Problem w tym, że zrobiła to z kimś, z kim znała się od lat. Wzajemnie otwierali sobie piwo kamieniami, opatrywali rany czy zwyczajnie wygadywali się sobie nawzajem. Dlaczego właśnie w tym przypadku, powinna postąpić inaczej?
- A niech szlag by to wszystko-
Urwała widząc nadchodzące połączenie od Hyrama.
- Val? - Jak sie trzyma Desmond?
- Jest w stabilnej kondycji, właśnie skończyłam mu zszywać ranę. - odparła.
- Wiesz kiedy go wypiszą ze szpitala?
- Przy dobrych wiatrach, jak rany będą się dobrze goić, to za kilka dni.
- Dobra, dzięki... Pozdrów go ode mnie i powiedz, że wpadnę jutro.
- Jasne, przekażę.
Połączenie zakończyło się. Val już miała włożyć papierosa do ust, ale zatrzymała się w ostatniej chwili. Fajka była już na wykończeniu, został ostatni buch. Dziewczyna zaśmiała się cicho i wyrzuciła niedopałek na ziemię, tak samo jak ostatniej nocy, gdy wytrąciła go z odpowiedzialnej, męskiej ręki.

Komentarze
Prześlij komentarz