Rozdział II: Kim jestem?

Muzyka do sceny: https://open.spotify.com/track/1O4aa9DOL7UZoqUlkaEUCe?si=fb75b2d7b1f54e11

Wszystko jest zamazane, otoczone w gęstej mgle. 
Nie wiem, gdzie jestem. Zgubiłem się.
Moje wspomnienia są jak puzzle, tysiące porozrzucanych po lesie puzzli.
Są częścią jednej wielkiej układanki, której do tej pory nie udało mi się rozwiązać.
Często patrzę w lustro i zadaję sobie pytanie: Kim jestem?
Kim jest osoba w moich wspomnieniach, której nie rozpoznaję?
Wygląda jak ja, ale... Nie czuję się wtedy sobą.
Jestem jak inna, nieznana siła, która nawiguje i prowadzi mnie przez ścieżkę wspomnień.
Oglądam film, fragment życia, które dawno zostało przeze mnie zapomniane.
Dlaczego? Dlaczego nic nie pamiętam?
Chciałbym przypomnieć sobie wszystko, zebrać wszystkie zgubione puzzle. 
Ale ten las jest za duży, zbyt gęsty i poplątany. Mgła nie ułatwia mi zadania.
Za każdym razem jak myślę, że jestem blisko, prawie dosięgam jednego puzzla, koło mnie pojawia się postać.
Mężczyzna z maską, w ciemnym, długim płaszczu. Przedstawił się jako Cyrus.

Mówił, że nie jestem jeszcze gotowy, by odkryć całą prawdę. Przytłoczyłaby mnie ilość informacji i ciężar, jaki one niosą.
Zapewniał mnie, że tak będzie lepiej. Bezpieczniej. 
Zaufałem mu. Nie wiem skąd, ale wiedziałem, że nie chce mnie skrzywdzić. 
Cyrus stał się moim przewodnikiem. Kompanem, który prowadzi mnie przez świat wspomnień, bym się nie zgubił. Jest tu ze mną od bardzo dawna. Jego obecność stała się dla mnie naturalna.

Las był jednym wielkim labiryntem, z dziesiątkami ścieżek prowadzących do kolejnych domen, w których były zamknięte moje wspomnienia.
Każda domena miała swojego właściciela - kolejną postać, kolejnego członka wielkiej sieci. 
Każdy miał swoją rolę i zadanie, każdy miał swój ciężar do udźwignięcia; swoją część puzzli, które były częścią jednej, wielkiej układanki.
Ciężar, którego źródłem stało się moje życie i wspomnienia.
A może raczej... nasze?
To była nasza wspólna, jedna, ogromna układanka do ułożenia i rozwikłania.

Cyrus powiedział, że wszystkie postacie, które spotkam, są ze mną powiązane. Wszyscy jesteśmy częścią jednej wielkiej sieci, wszyscy należymy do tego lasu. 
Lasu, który jest reprezentacją mego umysłu. To jest nasz dom. Przestrzeń, w której żyjemy.

Przestrzegł mnie też, że nie wszystkim powinienem ufać. 
W końcu, każda postać jest mym odbiciem, personifikacją emocji i bólu, dziedzicem określonej garstki wspomnień. 
Lecz zapewnił mnie, że będzie mnie chronić przed wrogimi postaciami. 
Ma nad nimi kontrolę, zamknął je w domenach, do których tylko on zna drogę. 

Zrozumiałem wtedy, że moje ciało, nie jest już tylko moją własnością. 
Jest to kolektywna własność wszystkich żyjących w tym lesie.
Lesie, którego mimowolnie stałem się częścią.
Musiałem się z nimi dzielić - ciałem, czasem, życiem. Wszystkim.
Przestałem istnieć jako odrębna jednostka. Od teraz byliśmy tylko "my".
Każda decyzja musiała być konsultowana. Każda zmiana - uzgadniana.

Z początku pomyślałem, że to niesprawiedliwe. Nie chciałem się z nikim dzielić.
Jednak Cyrus powiedział, że w zamian za to, te postacie będą mnie chronić. 
Pomagać mi z rzeczami i sytuacjami, które mogą mnie przerosnąć.
Nie miałem wyboru, musiałem przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy. 
Z czasem, zacząłem traktować ich na równi, dzielić się mym życiem i czasem bez wyrzutów i problemu.
Zrozumiałem, że oni też cierpią, tak samo jak ja. Nie pytali, by się pojawić w tym lesie.
Tak samo, jak ja nie prosiłem, bym został urodzony w tak popieprzonej rzeczywistości.
Przestałem traktować siebie jako najważniejszą, nadrzędną część tej sieci, która "zasługuje" na więcej niż pozostałe postacie.
Zacząłem lubić myśl, że jestem po prostu kolejnym członkiem, z własnym, przydzielonym mi zadaniem.
Ciężar odpowiedzialności stał się wtedy lżejszy, a relacje z postaciami pozytywniejsze.
W końcu byliśmy jednością.
Byliśmy jak jedna, pęknięta miska - nie dasz rady jej użyć, dopóki nie zbierzesz wszystkich części.
Pojedynczo, byliśmy nikim, nie byliśmy wystarczalni, kompletni.
Nawet bez jednej, małej części, miska przeciekała.
Ale wszyscy razem, tworzyliśmy jedną miskę - całość. Co prawda mocno pękniętą, lecz nadal zdatną do użytku.

Pierwszą postacią, jaką poznałem oprócz Cyrusa, był Zayden. To on mnie zapoznał z kolejnymi postaciami.
Zayden wraz ze swoim bratem, Casmirem, są obrońcami. To oni nas bronią przed złem, są naszą tarczą. 
Zayden jest spokojny i opanowany. Jest mistrzem dyskusji i manipulacji. Casmir natomiast - pełen wigoru, zawsze gotowy do walki. Są jak swoje największe przeciwieństwa, jednak dzięki temu dopełniają się. Jest jeszcze Davon, ale on to jest jedna wielka, długa historia... 

Akari i Aaren są moimi najbliższymi towarzyszami. To z nimi dzielę najwięcej czasu. Pomagają mi z codziennymi zadaniami. Akari uwielbia rozmawiać i przebywać wśród ludzi, gdy ja nie mam na to czasu bądź energii. Za to Aaren wolał ciszę, to on najczęściej pomaga mi z pracą i codziennymi trudnościami. 

Lyana, Noah i Lydia należą do domeny wsparcia. Są jak terapeuci, zawsze pod ręką, by móc nas wesprzeć. Lyana zawsze uspokaja mnie, gdy mam ataki paniki bądź nagłe nawroty wspomnień. Lydia jest głównym wsparciem emocjonalnym - jest jak czuła matka, której zawsze mi brakowało. Z kolei Noah traktuję jak mojego starszego brata, którego zawsze mogę się poradzić.

Cyrusa już poznałem, tajemniczego przewodnika lasu.
O reszcie postaci, jeżeli istnieją, nie mam pojęcia. Nie poznałem ich. 

Moi rodzice nie chcieli mi uwierzyć, gdy mówiłem ich o moich przyjaciołach i o lesie. 
Uważali mnie za dziwaka - mówili, że jestem chory i potrzebuję pomocy. 
Ja nie postrzegałem tego jako chorobę, tylko naturalny stan rzeczy. 
Zaprowadzali mnie do terapeutów, psychiatrów, lekarzy. 
Przepisywali mi leki, jedne za drugimi. One jednak pomagały tylko z zewnątrz - z depresją, lękami...
Terapeuta chciał wiedzieć więcej - chciał poznać moich przyjaciół. Zayden jednak mnie ostrzegł, że może wykorzystać to przeciwko nam.
Że jak ojciec się dowie, co powiedzieliśmy terapeucie, wyjawimy mu wszystkie sekrety, to będziemy mieć przez to negatywne konsekwencje. 
Więc milczałem. Zawsze milczałem, nawet jak chciałem coś powiedzieć.
Bałem się gniewu ojca. 
Bałem się, gdyby dowiedziałby się o tym, że wyjawiłem komuś nasz "sekret"... Zabiłby nas.
A Zayden musiałby znosić cały ten ból... Sam.

Gdy zapoznałem się i zaprzyjaźniłem się z paczką w obozie, Zayden pozwolił mi, bym powiedział im o naszej przypadłości.
Dziwnie to przyjęli, nie wiedzieli co powiedzieć. Rozumiałem to i nie miałem im tego za złe.
Z czasem stało się to normalną codziennością u nas. Cieszył mnie taki obrót spraw.
Ukrywanie tego przed mało znajomymi i nieznanymi osobami to jedno, jednak ukrywanie tego przed ludźmi, których widzę niemal codziennie, to drugie. Ulżyło mi, gdy zrzuciłem ten kamień z serca.
Nadal jednak nie wiedzą o mojej przeszłości. Co mam im mówić, skoro sam znam tylko skrawki wspomnień? 
Nie ma sensu o tym gadać.
Moja biologiczna rodzina i tak już nie istnieje, więc rozkopywanie przeszłości zacząłem uznawać jako bezcelowe.

Wspomnienia...
Udało mi się ułożyć parę puzzli przez te lata. Aczkolwiek wiem, że moja układanka ma daleko do bycia kompletną.
Moja matka była nieczułą kobietą, ignorowała to, co się dzieje w naszym domu. Kazała mi i mojemu rodzeństwu być cicho i nikomu o tym nie mówić.
Postać ojca wzbudza we mnie ból i strach. Wiem, że nas bił. Jednak obawiam się, że nie tylko na tym się skończyło.
Zayden nie chce nic mówić. A Casmir, gdy tylko o tym wspominam, wpada w szał.

Jednak nie to ciekawi mnie najbardziej.
W wieku 15-16 lat zapadłem w długi sen. Cały czas wędrowałem po lesie. 
Gdy chciałem wrócić do rzeczywistości, Zayden mówił, że to nie jest jeszcze mój czas.
Dziwiło mnie to, lecz postanowiłem nie kwestionować jego decyzji. 
"Obudziłem się" dopiero w obozie Węży. 
Koło mnie były dziesiątki twarzy, których nie poznawałem. Otoczenie, którego nigdy w życiu nie widziałem. 
Dowiedziałem się, że minęło kilka lat. Ledwo poznałem siebie w lustrze.
Nie wiem, co stało się z moją rodziną, z moją siostrą i bratem.
Starałem się nawiązać z nimi kontakt, lecz rozpłynęli się w powietrzu. Podobnie jak matka i ojciec.
Obóz stał się moją drugą rodziną. Ojciec Matta przygarnął mnie i zaczął traktować jak swego kolejnego syna.
Od tamtej pory się ustatkowałem, zacząłem żyć na własną rękę.
U boku moich najdroższych towarzyszy.

Drogi czytelniku...
Czy będziesz chciał towarzyszyć mi w podróży przez ten las?
Pomożesz mi ułożyć tą układankę?
Czy jak spojrzysz mi w oczy, w zwierciadło mej duszy...
Powiesz mi, kim na prawdę jestem?

─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───

Stałem w pokoju, wszędzie była krew - na ścianach, na podłodze, na mych rękach i ubraniach. W lewej dłoni trzymałem nóż.

Słyszałem krzyki mojej mamy, dobiegające z korytarza. Próbowała dobić się do drzwi, waliła w nie pięściami z całej siły. 

Jednak mnie to nie wzruszało. 

Czułem złość i ogromną nienawiść, a potem... Pustkę.

Ktoś złapał mnie za szyję. Zaczął mnie dusić.

Upadłem na podłogę. Brakowało mi powietrza. 

Ogarnęła mnie ciemność.

Lecz nagle, usłyszałem ciepły, uspokajający, kobiecy głos.

"Desmond, nie bój się. To tylko sen."

Lyana?

"Obudź się. Musisz się obudzić."
---

Desmond zerwał się z łóżka i łapczywie próbował złapać oddech - tak, jakby przed chwilą ktoś go rzeczywiście dusił przez sen. Trzymał się za bolącą klatkę piersiową, próbując wyrównać swój oddech, lecz ten cały czas "uciekał". Był za płytki, by nabrać odpowiednią ilość tlenu do oddychania.

"Desmond, wszystko jest w porządku. To był tylko sen, jesteś bezpieczny." ~ słyszał kobiecy głos w swojej głowie.

Nagle, jego ręce samoistnie oplotły się wokół jego ramion, przytulając samego siebie. Wiedział, że Lyana jest tu razem z nim i próbuje mu pomóc. Jej obecność zaczęła go uspokajać. Po paru minutach, jego oddech zaczął się wyrównywać, a obecność Lyany zanikać.
(Heloł, to ja - będę czasem dawać swoje wstawki, byście zrozumiały o co caman. Desmond miał atak paniki przez sen, więc Lyana zaczęła dzielić z Desmondem świadomość, by ten się uspokoił. To ona oplotła te ręce, a potem odpłynęła do wewnętrznego świata - lasu).

Mimo przywróconego oddechu, przeszywający ból głowy i gorączka nadal nie zelżały. Świat wirował przed jego oczami a łeb pulsował niemiłosiernie. Wiedział, że to musi być wina niedawnych ran, które otrzymał podczas ostatniej misji z Hyramem. Chłopak wiedział, że miał się zgłosić do Valentiny na zmianę opatrunku, jednak Zayden mocno stronił od tego pomysłu.

Zayden zawsze było ostrożny jeżeli chodzi o wszelką służbę zdrowia - działania terapeutów zawsze kwestionował, a szpitali unikał szerokim łukiem. Desmond nie do końca wiedział, dlaczego tak jest, jednak nie kwestionował decyzji Zaydena - wiedział, że musi być ku temu jakiś powód. Najprawdopodobniejszym wyjaśnieniem musiał być fakt posiadania dziwnych, nielegalnych wszczepów w ciele. Des nie miał pojęcia, skąd się one wzięły - wiedział jednak, że musiały pojawić się podczas okresu jego niepamięci zanim trafił do obozu węży. Zay wyjaśnił mu, że wszczepy są nielegalne i bardzo niebezpieczne, dlatego nikt nie ma prawa się o nich dowiedzieć, szczególnie organy publiczne. Właśnie z tego powodu szpital był zakazanym miejscem. Przeprowadzone w nim badania mogłyby wykryć istnienie wszczepów, a lekarze powiadomić o tym odpowiednie służby. To było zbyt ryzykowne. Kolejnym powodem było dawkowanie nielegalnych leków na cyberpsychozę, której objawy zaczęły pojawiać się właśnie poprzez te wszczepy. 

Desmond jednak nie wiedział, co ma zrobić - ból stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Dlatego mimo zakazu Zaydena, postanowił, że pójdzie na zmianę opatruktów. W jego rozumowaniu zagrożenie było niskie - Val zmieni mu opatrunek i przepisze mu jakieś leki i w sumie tyle. Nie ma się czego obawiać.

Des więc wstał z łóżka, ubrał się w cokolwiek i wyszedł. Nawet nie zjadł śniadania, bo samo myślenie o jedzeniu przyprawiało go o mdłości. Po parunastu minutach znalazł się w szpitalu, w którym pracowała Val. Zarejestrował się i wszedł do gabinetu kobiety, przy tym obraniając ją przed jakimś nieprzyjemnym typem. Desmond wyglądał jak wrak siebie - był blady, w poszarpanym warkoczu, z worami pod oczami przez ostatnio nieprzespane noce. Widząc stan, w jakim znajduje się chłopak, Val od razu podjęła decyzję, by położyć go na parę dni w szpitalu na obserwację. Z początku, Desmond się nie zgadzał, lecz Val była zbyt przekonująca, a on miał do niej słabość, więc koniec końców się zgodził. 

Gdy przyjęli go do szpitala z pomocą Val, po zmienieniu opatrunku na łuku brwiowym, kobieta położyła go na łóżku i dała mu silne leki przeciwbólowe oraz nasenne. Mężczyzna w kilka minut zasnął, ciesząc się brakiem całodobowego bólu w całym ciele. Des spał kilka dobrych godzin, więc dziewczyna postanowiła zrobić potrzebne badania, by labolatorium miało czas na sprawne dostarczenie wyników. Dopiero wtedy mogłaby dobrać odpowiednie leczenie.

---

Widząc wyniki Desmonda, uśmiech od razu zszedł z jej twarzy. W jego krwi wykryto nielegalną substancję. Nie były to narkotyki, lecz silny lek na objawy cyberpsychozy. Val zdziwiła się, ponieważ przyjaciel nigdy jej o tym nie wspominał. Nigdy też nie miał problemów z dragami, przynajmniej z tego, co jej się wydawało. Dlatego ta informacja ją zaskoczyła. Poza tym, Des przecież nawet nie miał tak dużo wszczepów, by zacząć chorować na cyberpsychozę. Może labolatorium pomyliło wyniki badań z innym pacjentem? Skontaktowała się więc z działem badawczym, jednak oni potwierdzili, że wyniki, które otrzymała, faktycznie należały do Desmonda.

Nie tracąc czasu, kobieta poszła do pokoju, w którym leżał mężczyzna. Na szczęście, chłopak zdążył już się obudzić, wiec postanowiła natychmast skonsultować z nim otrzymane wyniki.

- Des? Jak się trzymasz? - powiedziała z lekkim uśmiechem.
- W miarę ok. Pani Doktor przyszła na kontrolę, jak mniemam? - odpowiedział, podnosząc się do pozycji siedzącej na łóżku.
- Można tak powiedzieć. Mam twoje wyniki badań, Des. I jestem trochę zaniepokojona... - odparła, siadając na krześle obok łóżka. - Przeterminowane opatrunki wywołały infekcję, która powoli zaczęła rozprzestrzeniać się w twoim ciele. Musimy dobrać odpowiednie antybiotyki, ale najpierw muszę zadać ci pytanie... Des, od kiedy bierzesz leki na cyberpsychozę? Dlaczego nic mi wcześniej o tym nie mówiłeś? To bardzo ważna informacja, te środki są mocne, mogą tobie zaszkodzić w kontakcie z innymi lekami.
- Co... - chłopak westchnął i odwrócił wzrok; uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy. - Skąd ta hipoteza, że biorę leki na cyberpsychozę?
- Pobrałam twoją krew, gdy spałeś i wysłałam ją do labolatorium. Musiałam to zrobić, by dobrać tobie odpowiednie leczenie. - zaczęła. - Masz podwyższony poziom niektórych hormonów we krwi i obniżony poziom krwinek czerwonych. Wszystko idealnie komponuje się ze skutkami brania cyberpsychotropów.
- Może to przez inne leki, które biorę?
- Nie, żadne leki, które bierzesz nie powodują tak specyficznych skutków. Już to sprawdziłam.
- To niemożliwe. Może się pomylili?
- Skontaktowałam się już z nimi i potwierdziłam, że wyniki są twoje. - powiedziała, zmartwiona. - Des, po co bierzesz tak silne leki, skoro ich nie potrzebujesz? Muszą być one o wiele silniejsze niż te, które zwykle przypisuje pacjentom. Żaden lekarz nie powinien ich przypisywać. Skąd ty je w ogóle wytrzasnąłeś?
- Kurwa... - przeklął pod nosem, błądząc wzrokiem po podłodze. - Val, dlaczego w ogóle nic nie mówiłaś, że masz zamiar mi pobrać krew? - spojrzał na nią, trochę pretensjonalnie.
- Gdybym wiedziała, że nie chcesz żebym pobierała ci krew, to wtedy bym tego nie robiła. To jest podstawową procedura, każdy pacjent ma pobieraną krew i tyle.
- Nie mogłaś mi po prostu dać jakiś antybiotyków i tyle?
- Gdybym dała ci jakiekolwiek leki i nie spojrzała te wyniki, mogłabym cię zabić. Zawsze robimy podstawowe badania przed podaniem jakichkolwiek bardziej inwazyjnych leków. To standardowa procedura, Des. - powiedziała, ściskając dłonie na tablecie z wynikami chłopaka. - Powiedz mi w końcu, o co chodzi? Martwię się o ciebie...
- I te wyniki są teraz w bazach danych szpitala?
- Tak... - powiedziała, zdezorientowana. - Ale co to ma do rze-
- Ja pierdole... - zaczął mówić do siebie, łapiąc się za włosy. - Val, nie powinnaś o tym wiedzieć... Przychodzenie tutaj to był błąd. Dlaczego ja nigdy nie słucham się Zaydena? - kontynuował, nerowowo. - Muszę stąd wyjść... Nie mogę tu zostać.

Chwilę później, Desmond zaczął nerwowo wyrywać kable szpitalne od leków i kroplówek. Próbował wstać, lecz Valentina zdążyła go powstrzymać i ponownie posadziła go na łóżku.

- Desmond spokojnie. Nie dzieje ci się żadna krzywda. Jesteśmy tu tylko ty i ja, widzisz? Powiedz mi najpierw, o co chodzi. - powiedziała spokojnie.
- Nikt nie powinien o tym wiedzieć. Co jak ktoś to zobaczy i wyśle to do służb? Te wyniki nie mogą zostać w bazie danych. - patrzył na nią wielkimi, zaniepokojonymi oczami. - Val, nie możesz nikomu powiedzieć, słyszysz? Nikt nie może się dowiedzieć! Musisz usunąć to z bazy danych zanim ktokolwiek się dowie! - chwycił jej rękę, mocno ją ściskając.
- Ale co? Co oni takiego zobaczą, Desmond? Przecież jak ktoś spojrzy na te wyniki to nikt, kto nie siedzi w branży medycznej, nie zorientuje się, od jakich leków masz tak zawyżone wyniki. - odparła. - Porozmawiajmy o tym najpierw, dobrze?
- Nie. Te wyniki muszą zniknąć, jeżeli ty tego nie zrobisz, ja to zrobię. - powiedział zdecydowanie, wciąż mocno trzymając ją za rękę, jakby była ona ostatnią deską ratunku. - Proszę, Val... Błagam cię, musisz je usunąć... Nie spocznę, póki moje wyniki siedzą w bazie danych, do której dostęp ma cały personel szpitala... To jest zbyt niebezpieczne, dla mnie i dla ciebie również...

Val wzięła głęboki oddech. Widząc jego desperację w oczach, uległa. Nigdy go nie widziała w takim stanie, więc coś musi być na rzeczy. Dlaczego tylko on jej nic wcześniej nie powiedział? Chociaż z drugiej strony, ona też ukrywa przed nim sekrety, więc zostałaby hipokrytką, gdyby teraz miała o to do niego pretensje.

- Dobrze, zrobię to. - zaczęła cicho. - Pójdę teraz usunąć te wyniki, tylko musisz mnie puścić. Obiecuję, że pójdę do laboratorium, wszystko usunę i wrócę do ciebie jak najszybciej. Dobrze?
- Dziękuję...

Desmond puścił rękę Valentiny, a ta od razu wyszła z pokoju. Gdy zamknęła za sobą drzwi, wzięła głęboki wdech, by się uspokoić, a następnie skierowała się do obszaru badawczego, by zająć się wynikami Desmonda. Mężczyzna z kolei złapał się za głowę, zatapiając się w myślach. Nie miał zielonego pojęcia, co ma teraz zrobić. Pozbycie się wyników to jedno, ale co ma powiedzieć Valentinie? Jak jej to wszystko wyjaśni? Żadne kłamstwo teraz go nie uratuje. Albo powie jej prawdę, albo będzie milczał, lecz to tylko opóźni nieuniknione. 

"Powiedz jej." ~ powiedział Aaren, słysząc i widząc całą tą sytuację.
"Ale co jeśli Zayden się o tym dowie?"
"To wytłumaczymy mu, że nie mieliśmy wyjścia. Val jest lekarzem, i to niezłym. Tylko ona może ci teraz pomóc. Musimy jej zaufać."
"Może po prostu poprosimy ją o jakieś leki i stąd pójdziemy?"
"Słyszałeś, co mówiła. To zbyt niebezpieczne. Leki na cyberpsychozę i leki na infekcję od rany mogą wywołać razem ogromne komplikacje. Możemy nawet umrzeć, Des. To jest ważniejsze niż jakieś sekrety reszty."
"Dobra, masz rację..."

Po parunastu minutach, Valentina weszła z powrotem do pokoju szpitalnego Desmonda. Mężczyzna siedział po turecku na łóżku, jednak słysząc otwierane drzwi, podniósł wzrok na kobietę.

- Val, przepraszam za wcześniej, spanikowałem. - odparł, już wyraźnie spokojniejszy. - Ja... Nawet nie wiem od czego mam zacząć.
- Des, spokojnie, to tylko ja. - szepnęła uspokajająco, siadając obok niego na łóżku i kładąc delikatnie rękę na jego ramieniu. - Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko.
- Wiem... Ale i tak musisz mi przysiąc, że nikomu o tym nie powiesz. Żadnemu koledze z pracy, nawet pozostałym z obozu. To bardzo ważne, Val. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, to musi zostać tylko między nami.
- Jeżeli taka jest twoja wola, to dobrze, zachowam to jedynie dla siebie. - kiwnęła głową na znak zrozumienia.
- Dzięki... - wziął głęboki oddech. - Więc... O Boże...

Valentina nic nie powiedziała, tylko delikatnie gładziła jego plecy. Domyślala się, że musi być to dla niego ciężkie i bardzo ważne, skoro dosłownie nikt inny o tym nie wie z ich otoczenia.

- Nie pamiętam kilku lat swojego życia. Zupełnie nie pamiętam jak znalazłem się w obozie. Nagle się obudziłem, średnio ogarniałem gdzie jestem, co się stało i... kim jestem. Jakiś czas później, zaczęły się pierwsze objawy. Zacząłem widzieć rzeczy, jakich nie ma, wszystko zaczęło mnie denerwować, miałem silne poczucie odrealnienia... Z dnia na dzień było coraz gorzej. Ojciec Matta zaprowadził mnie wtedy do znajomego ripperdocka. Okazało się, że... - przełknął ślinę. - ...że mam bardzo dużo nielegalnych, niezidentyfikowanych nawet na czarnym rynku wszczepów, bez numerów seryjnych. Są tak dobrze ukryte, że nie widać ich na pierwszy rzut oka. Mam więcej metalu wewnątrz siebie niż zwykłych organów... To przez to zaczęły się objawy cyberpsychozy. Żadne dostępne leki mi nie pomagały. Tylko te z czarnego rynku dają radę, bo mają większe dawki... - spojrzał w dół. - Nie wiem, skąd się one wzięły, ale Zayden powiedział mi-
- Zayden? - dopytała.
- To jest jeden z głównych obrońców u nas. Chyba go jeszcze nie poznałaś... Można powiedzieć, że jest takim naszym szefem. - dokończył, a Val przytaknęła.
- Zayden powiedział nam, że nie możemy wyjawić nikomu tej informacji, szczególnie policji i innym organom śledczym. Moją hipotezą jest to, że by nas zaczęli ścigać lub zabraliby do jakiś testów... Nie wiem...

Dziewczyna dokładnie wysłuchała opowieści Desmonda. Nie widziała nawet jak zareagować na to wszystko. Takie rzeczy nie przydarzają się każdemu, chociaż w Night City dzieją się różne rzeczy. 

- Nie mam ci za złe, że mi o tym nie mówiłeś. Sam nawet nie wiedziałeś, co się z tobą stało i jak do tego doszło. - westchnęła i wolna dłonią przeczesała swoje rude, kręcone włosy. - Jeżeli będziesz potrzebować jakiś leków, to mogę pomóc. Chcąc nie chcąc mam paru znajomych, którzy obracają się w tych kręgach. - dodała. - Jeżeli się zgodzisz to pomogę dobrać ci coś, co nie będzie aż tak negatywnie wpływać na twoje zdrowie. Możesz przychodzić do mnie na kontrolę i wtedy będziemy wiedzieć, na czym stoimy.
- Dzięki, Val... To dużo dla mnie znaczy. - spojrzał na nią i bardzo delikatnie się uśmiechnął. 
- Później pomyślimy o innych lekach, narazie musimy zająć się tą infekcją. Odpocznij Des, a ja pomyślę, co dalej.

Valentina ponownie się do niego uśmiechnęła, a następnie wyszła z pokoju. Musiała ochłonąć po tej ogromnej dawce informacji. Wiedziała, że Desmond musi mieć nieciekawą przeszłość, skoro choruje na tak ciężkie zaburzenie, ale tego kompletnie się nie spodziewała. Dobiło ją też to, że chłopak sam nawet nie wie, co się stało. Po prostu obudził się z tym, po paru latach nieobecności, i od tamtej pory musiał z tym żyć. Zupełnie sam... Val dobrze wiedziała, jak to jest trzymać w sobie ogromny sekret, szczególnie przed twoimi najbliższymi przyjaciółmi, więc zdaje sobie sprawę, jak ciężkie musiało to być dla Desmonda.
---
Minęło parę godzin. Val cały czas zastanawiała się i kombinowała, jak połączyć wszystkie leki, które bierze Desmond. Nie było to łatwe wyzwanie, bo oprócz leków na cyberpsychozę i potrzeby brania antybiotyków przez infekcję, mężczyzna również bierze leki przepisane od psychiatry, które mają mu pomóc w codziennym funkcjonowaniu z chorobą. Nie mogła się również nikogo poradzić i z nikim skontaktować w tej sprawie - była z tym zupełnie sama. Jednak po wielu próbach i dziesiątkach kombinacji różnych leków, udało jej się dojść do konkluzji. Nie była w stu procentach pewna, że będzie to najlepsze rozwiązanie, jednak nie miała lepszego pomysłu. Czas jej uciekał, a Desmond bardzo potrzebował leków na infekcję.

Po wezwaniu pielęgniarki, by dostarczyła do pokoju odpowiednie leki, Valentina weszła do pomieszczenia. Zastała Desmonda, leżącego na łóżku, widocznie przepełnionego bólem i pochłoniętego gorączką. Oznaczało to, że leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe albo przestały działać, albo w ogóle tym razem nie zadziałały. Kobieta podeszła do łożka i dotknęła lekko jego rozpalonego, pokrytego zimnym potem czoła. Mężczyzna wyglądał na bardzo zdezorientowanego - jego oczy i głowa wędrowały po całym pokoju, oddech był przyśpieszony i świadomość zaniżona; dopiero po chwili udało mu się dostrzec Val obok jego łóżka.

- Kim jesteś? Val? Gdzie jesteśmy? Jesteśmy w szpitalu... Dlaczego? Wszystko mnie boli... Pomóż mi, zabierz mnie stąd... - jego wzrok błądził po suficie.
(podczas gorączki, granica między osobowościami może być zaburzona, tak samo jak świadomość i orientacja w rzeczywistości) 
- Oddychaj głęboko Des. - odpowiedziała najspokojniej, jak tylko potrafiła. - Tak, jesteśmy w szpitalu ponieważ twój organizm został zakażony w wyniku rany. Leki prawdopodobnie przestały działać. Zaraz dorzucimy kolejną dawkę i wtedy poczujesz się lepiej. - Val spojrzała na kroplówkę, a jej czoło zmarszczyło się; lek został zużyty dopiero do połowy, a to oznaczało, że trzeba coś zmienić. - Leki przeciwbólowe i przeciwzapalne nie działają. Musimy je zmienić i zobaczyć, czy twój stan dalej będzie się pogarszać, ok? 

Dziewczyna zdjęła kroplówkę z wieszaka, zatkała i następnie odpięła rurę, by podać chłopakowi inne leki. Gdy to robiła, Des cały czas coś mamrotał i majaczył. Bała się o jego stan psychiczny, lecz nie za bardzo wiedziała, jak mu... a raczej im, pomóc. Gdy z powodzeniem podpięła i zamontowała na wieszaku nowe leki, usiadła obok łóżka na krześle i cały czas uważnie patrzyła na chłopaka, delikatnie gładząc jego głowę.

- Boję się... Co jak Zayden się dowie i będzie na nas zły? - zaczął. - Nie będzie zły... Co jak umrzemy? Akari przestań... 

Po chwili Desmond zamknął mocno oczy i złapał się mocno za głowę, którą rozsadzało tysiące myśli kilku różnych osobowości w tym samym czasie.

- Val, błagam, ucisz ich... Nie wytrzymam dłużej, nie wiem co mam zrobić... - zaczął cicho, a pojedyncza łza spłynęła po jego policzku.

Serce jej pękało, widząc go w takim stanie. Nie wiedziała, co ma robić - to był pierwszy raz, gdy Desmond tak się zachowywał. Próbowała zrobić szybką burzę mózgów w głowie, by wpaść na jakikolwiek pomysł. Chciała ulżyć mu w cierpieniu; próbowała również przypomnieć sobie jakiekolwiek informacje z zajęć i szkoleń dotyczące pacjentów z problemami psychicznymi i zaburzeniami świadomości, lecz nikt nigdy nie przytaczał przypadku osoby z dyssocjalnym zaburzeniem tożsamości, które ma Desmond. Postanowiła więc improwizować. 

Kobieta przesunęła go delikatnie na jedną stronę łóżka, a potem położyła się obok niego. Zaczęła delikatnie masować i gładzić jego głowę. Wiedziała, że takie zachowanie jest nieprofesjonalne w zawodzie, lecz obecnie miała to gdzieś - ważniejszy był stan jej przyjaciela. 

- Des... Wsłuchaj się w mój głos, ok? - mówiła cicho i delikatnie, by nienasilić jego bólu głowy. - Jesteście bezpieczni, cały czas tutaj jestem. Nic wam się nie stanie. Za chwilkę leki zaczną działać i poczujecie się o wiele lepiej. Cały czas tutaj jestem, zajmę się wami. 
- Przepraszam, Val, ja-...
- Shh, to nie jest twoja wina. Nic się nie stało, spokojnie. Wszystko będzie dobrze. 
- Boję się... Jest nas za dużo, to się nie uda. Nigdy się nie udaje... 

Val trochę nie wiedziała, o czym chłopak mówi. Pozostały jej jedynie domysły.

- Co ma się nie udać Des? - spytała cicho i niepewnie położyła dłoń na jego głowie.
- Jesteśmy zbyt skomplikowani... Nigdy się nie uda. Boję się... uczuć. Stracę cię, opuścisz mnie... - kolejna łza spłynęła po jego policzku, lecz Val szybko ją wytarła dłonią.
- Wygląda na to, że jesteśmy w tej kwestii bardzo podobni. - westchnęła, nie odrywając przy tym wzroku od jego twarzy. - Znamy się od wielu lat i wychodziliśmy z różnych kłopotów. Tym razem, nie będzie inaczej.
- Obiecujesz? 
- Obiecuję, Des. Damy sobie radę. Razem.
- Nawet jak... 

Najwidoczniej leki powoli zaczynały działać, bo oczy Desmonda same zaczęły się zamykać. Kilka minut później, chłopak zasnął, lecz Valentina została jeszcze trochę, by upewnić się, że na pewno śpi. Odetchnęła z ulgą, gdy jego wieczorne męki dobiegły końca. Czuła się o wiele spokojniej, widząc go w takim stanie, bezbolesnym. 
---
Ranek

Val weszła do pokoju z uśmiechem, widzac mężczyznę siedzącego na łóżku. Trochę rozbawiło ją to, jak wyglądał - zaspany, z roztrzepanymi, długimi włosami i rozwalonym warkoczem.

- Jak się miewa mój pacjent? Mam nadzieję, że dobrze spałeś? Po twoich włosach wnioskuję, że tak?
- Mhm. - mruknął, przecierając oczy. 
- Pomóc ci, z włosami?
- Nie musisz. - uśmiechnął się lekko.
- Muszę, bo zrobią ci się takie kołtuny, że trzeba je będzie ściąć. 
- Co z tego? Tak bardzo lubisz moje włosy?
- Tak, jesteś moją czarnowłosą roszpunką. - zaśmiała się i wyjęła szczotkę z szafki przy łóżku. 

Val zaczęła powoli rozplątywać jego długi, sięgający pasa warkocz, a następnie zaczęła powoli rozczesywać jego zaplątane włosy.

- W sumie to może i masz rację. Akari by mnie zabiła, jakbym je ściął. - zaczął, nadal mówiąc lekko przychrypniętym, zaspanym głosem. 
- Czemu miałaby cię zabić? Za włosy? 
- To długa historia, nie chcę cię tym męczyć. 
- Dlaczego myślisz, że męczył byś mnie tym, Des? Jesteśmy przyjaciółmi, możesz mówić mi cokolwiek chcesz. Poza tym, rzadko się otwierasz na temat swoich osobowości. Niby znam was tylę lat, jednak... Nadal trochę tego nie rozumiem. 
- Hm... - zastanowił się. - Często słyszałem komentarze od ludzi, gdy się do nich otwierałem, że ilość informacji jest przytłaczająca. Że chcą rozmawiać ze mną, a nie z nimi, więc... Przestałem o tym mówić. Nie chcę innych męczyć swoją... przypadłością. Nie jest to ich obowiązek, by o tym słuchać. 
- Ale prawdziwy przyjaciel powinien zaakceptować twoje osobiści, a co najważniejsze, chociaż spróbować zrozumieć i zaakceptować. Rzadko spotykamy takie osoby, jak ty. Dla przeciętnego człowieka może to być uciążliwe, ale dla przyjaciół powinno być fascynujące. Dla mnie takie jest.

Desmond uśmiechnął się na tą wiadomość. Trochę mu ulżyło z tego powodu. Nie pamiętał dokładnie, co stało się wczorajszej nocy, jednak zapamiętał, że ból zniknął, gdy pojawiła się Valentina. Poczuł taki błogi spokój, jak zasypiał, którego nie czuł od dawna. Bardzo tego potrzebował. Czuł, że zbliżył się tym do dziewczyny i miał wielką nadzieję, że to uczucie jest obupólne. 

- Val, jesteś cudowna, wiesz o tym? - powiedział z uśmiechem.
- Wiem. - powiedziała, pewna siebie. 
- Kontynuując... Akari miała kiedyś duże problemy z wyglądem. Nie potrafiła znieść faktu, że jest kobietą, ale żyje w ciele mężczyzny. Zaczęła mieć stany depresyjne, rzadko się pojawiała... Postanowiliśmy więc, że zachoduję włosy, by czuła się pewniej. Od tego czasu jest lepiej. To zwykle ona jest autorką moich stylizacji, bo ja to jestem w tym słaby, hah.
- Jesteś bardzo miły dla swoich osobowości. Mam wrażenie, że inni traktowali by jako balast, a ty traktujesz ich jak normalnych, żyjących ludzi. Jesteś dla nich bardo dobry, a te włosy to przykład, że idziesz na ustępstwa. Zmieniasz samego siebie, żeby innym było lepiej.
- Kiedyś tak myślałem. - kontynuował, gdy Val nadal rozczesywała jego włosy. - Ale zacząłem rozumieć, że oni też nie wybrali, by tu być, tak samo jak ja. To, że byłem tu pierwszy nie oznacza, że muszę być najważniejszy. Osobiście lubię metaforę pękniętej miski. Jeden kawałek nic nie zrobi, ale wszystkie razem nadal mogą być funkcjonalną miską. 
- Nigdy tak o tym nie myślałam. Ma to jakiś sens... A tak w ogóle, jak dowiedziałeś się, że masz wiele osobowości.
- Hm... Zawsze byłem bardzo zapominalski. Zapominałem o kartkówkach i egzaminach, który jest dzień tygodnia. Można powiedzieć, że gubiłem czas. Mama zaczęła coś podejrzewać, gdy moje preferencje zmieniały się z dnia na dzień. Raz lubiłem jedno danie, jutro go nie lubiłem, kolejnego dnia znowu je uwielbiałem. Po paru latach zabrała mnie do psychiatry. On zauważył pewne sygnały. Zaczął się mnie pytać o moje procesy myślowe. Ja myślałem, że to całkowicie normalne i każdy tak ma. Wiesz, przyjaciół w swojej głowie, którzy ci pomagają. Dopiero później dowiedziałem się, że to nie jest normalne i jest nas kilku. 
- I jak to na ciebie wpłynęło?
- Dobre pytanie. To było jedno wielkie wahadło emocjonalne. Ale z czasem uznałem, że są tu po to, by mi pomóc. 
- Mogę spytać ilu was razem jest? - zapytała niepewnie, powoli kończąc zaplatać nowy warkocz na jego włosach. 
- Nie wiem. Ja jestem świadom o istnieniu... Lydia, Noah, Akari... - zaczął wyliczać po cichu. - Ja jestem świadomy koło 9. Ale wydaje mi się, że może być ich więcej. Cyrus mówi, że nie powinienem o tym wiedzieć. 
- Kim jest Cyrus?
- Można powiedzieć, że jest takim... przewodnikiem. To on zwykle kontroluje kto i kiedy się pojawia. Jedynym wyjątkiem jest Zayden. On może pojawiać się, kiedy uza to za słuszne i potrzebne.
- Matko, trochę to skomplikowane.
- Mogę ci zrobić mały notes z informacjami kto jak się nazywa, coś w tym stylu. Jeślibyś chciała, znaczy się.
- Nie powiem, byłoby to pomocne. 

Val skończyła w końcu uplatać warkocz z włosów Desmonda i potem uśmiechnęła się, dumna z siebie. 

- Voilà! Gotowe. Co Pan myśli? 

Desmond zaczął patrzeć się na swoje włosy przez dłuższą chwilę w milczeniu, a potem się otrząsnął. Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy, jakby zobaczył coś najcudowniejszego na świecie. 

- Haa! O matko, jest piękny!! - chłopak wziął lustro z szafki i zaczął się przeglądać, podziwiając swoje nowe włosy; jego głos był widocznie wyższy i delikatniejszy. - Matko, Valentina, jesteś cudowna!! 

"Chłopak" rzucił się na nią, przytulając ją mocno do siebie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. 

- Sorki, że wczoraj tak zaczęłam tak panikować, ale tak wszystko bolało, że myślałam, że umieram! - zaczął opowiadać, żywo gestykulując. - Byłam u siebie w domu i nagle zaczęłam widzieć białe ściany i kable, słyszałam wszystko i wszystkich... Matko, koszmar! Dwóch facetów na głowie w tym samym czasie to za dużo dla mnie. Ale na szczęście się pojawiłaś! Jesteś moją wybawicielką. 
- Nie ma sprawy, Akari. Polecam się na przyszłość. - Val powiedziała z uśmiechem.
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
Koło 2 tygodnie później

Desmond wyszedł ze szpitala po tygodniu obserwacji. Okazało się, że dobrane leki przez Valentinę to był strzał w dziesiątkę. Rana na łuku brwiowym zaczęła się goić, a infekcja została zwalczona. Des zaczął również brać nowe środki na cyberpsychozę, więc teraz musiał się przyzwyczaić do efektów ubocznych.

Cały czas nie mógł zapomnieć o ich pocałunku i wieczorze w kwaterze Valentiny w obozie Węży. Nie wiedział, co dziewczyna o tym wszystkim myśli. Czy miało to dla niej jakieś głębsze znaczenie? Czy była to po prostu jednorazowa sytuacja? A może zrobiła to pod wpływem chwili, by zapomnieć o ostatnich nieudanych przygodach z innymi facetami? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Sam z resztą nie wiedział, co miał o tym wszystkim myśleć - co ma myśleć o nich

Relacja z Valentiną od zawsze była dosyć chaotyczna. Kobieta nie lubi się przywiązywać, skacze od relacji do relacji bądź bierze udział w jednorazowych przygodach. On za to bał się przywiązania - przez swoją przypadłość, przeszłość, niewyleczone rany, nieudane przypadki... Dużo by wymieniać. Zawsze, gdy zaczynał z kimś relację albo się wycofywał, by uniknąć zranienia, albo się zaczął otwierać, a osoby same odchodziły przez przytłoczenie. Desmond nie dziwił im się - życie z osobą, która ma kilkanaście innych osobowości, żyjących w tym samym ciele; z osobą, która jest totalnie zniszczona psychicznie przez przeszłość, nie jest łatwe. Sam sobie czasem z tym nie radzi i ma dość, więc nie dziwne, że inni również tak uważają. Nigdy nie winił za to swoich potencjalnych romantycznych partnerów bądź partnerek. Ciężko mu było również pokładać winę w sobie samym, bo ona również nie leżała po jego stronie. Dlatego Desmond z czasem przestał szukać długotrwałych relacji - poddał się. Przestał szukać ich na siłę i angażował się tylko w okazjonalne romanse. Sam nie wie do końca czy ze strachu, czy ze zmęczenia, a może z przewidywalności. 

Głównie z tego powodu nigdy nie zrobił kroku w stronę relacji z Valentiną. Miał kiedyś na jej punkcie crusha - w końcu Val to bardzo piękna, inteligentna, zadbana, zabawna i rozrywkowa kobieta. Na samą myśl o niej uśmiech sam pojawia się na jego twarzy. Z czasem jego mała "obsesja" zelżała. Myślał, że ma to już za sobą, że to przepracował, więc teraz są dla siebie tylko przyjaciółmi. A przynajmniej tak mu się wydawało. Ten pocałunek, tamten wieczór chyba na nowo wzniecił jakieś ukryte głęboko uczucia, które próbował pochować lata temu. Chciał myśleć, że to chwilowe, jednak część jego miała nadzieję, że może coś z tego wyniknie?

Chciał o tym z nią porozmawiać - o tym wieczorze. Jednak unikał tematu jak wlezie, wypierał tą myśl, przekładał rozmowę na inny dzień. Val sama z siebie też nie zaczęła tematu. Może też się bała? Może już o tym zapomniała? W każdym razie, Desmond uznał, że nie ma co rozpalać na nowo dawno zgaszonego już ogniska. Może samo rozejdzie się po kościach i oboje o tym zapomną? 

Desmond, jak to miał już w zwyczaju, postanowił zapytać się swojego najlepszego przyjaciela, Yoshiego, o radę - co według niego powinien z tym zrobić. Yoshi, stabilna psychicznie, zdrowo myśląca osoba, będąc od lat w szczęśliwym związku, powiedział mu wprost, że powinien z nią o tym porozmawiać. Desmondowi oczywiście nie spodobała się ta odpowiedź. Co więc zrobił? Zignorował radę i nadal nie poruszył tematu. Yoshi spodziewał się takiego obrotu akcji. Des czasem jest jak niezdecydowana kobieta - pyta się, która sukienka wygląda lepiej, mówisz jej że ta czerwona, to ona i tak zrobi swoje i wybierze czarną. Tak już z nim było. 

Jednak nagle pojawiło się małe światełko w tunelu - Moonhe do niego napisała z prośbą o spotkanie. Hwa Moonhe to urocza kobieta, którą poznał podczas pobytu w szpitalu. Od razu znaleźli między sobą mnóstwo zainteresowań i tematów do rozmowy. Desmondowi bardzo podobała się rozmowa z kobietą, do tego stopnia, że wymienili się numerami, by pisać ze sobą ze swoich sal (gdy oboje musieli z jakiegoś powodu zostać w łóżkach). Z początku mężczyzna myślał o tej relacji jako przelotnej - pewnie kontakt się urwie, gdy oboje wyjdą ze szpitala i na tym by się zakończyła ich znajomość. Jednak kobieta wciąż do niego pisała. Poprawiło mu to nastrój i pomogło zapomnieć o "jednorazowej" przygodzie z Valentiną. Des uznał Moonhe za dobrą "dysrakcję", jednak im dłużej o tym myślał, tym bardziej kobieta mu się podobała. Moonhe była koreanko-japonką, o pięknych długich, czarnych włosach i równie pięknych brązowo-szarych oczach. Z tego, co się dowiedział, jej rodzice przeprowadzili się do stanów ze względów finansowych i postanowili osiedlić się tu na stałe. Łączyło ich dużo rzeczy - japońskie pochodzenie, pasja do informatyki, netrunnerstwa i gier komputerowych.
---
Desmond zgodził się na spotkanie z Moonhe. Uznał to za casualową randkę, więc by zrobić na sobie dobre wrażenie, zaproponował dziewczynie kawę i podarował jej kwiaty. Uradowana dziewczyna podziękowała mu pięknym uśmiechem i oboje skierowali się do kawiarni. Po wypiciu kaw, zjedzeniu kawałka ciasta i długiej rozmowie oboje postanowili, by przejść się na jakiś spacer po Night City. Koniec końców wylądowali w pobliskim parku i usiedli na ławce, by trochę odpocząć. 

Desmond wziął głęboki wdech - wiedział, że ten moment kiedyś musi nadejść, więc lepiej mieć to już za sobą. Prędzej czy później kobieta dowie się o jego osobowościach, więc by oszczędzić im dwojgu bólu "rozstania", gdy się bardziej do siebie przywiążą, woli to zrobić teraz.

- Moonhe, muszę ci coś powiedzieć. - Desmond westchnął i spojrzał na nią z poważnym wyrazem twarzy.
- Tak? - odpowiedziała z uśmiechem podczas, gdy wiatr rozwiał jej włosy.
- Jesteś przepiękną, przeuroczą dziewczyną, bardzo cię polubiłem przez te ostatnie tygodnie...
- O nie, dlaczego to brzmi jakbyś miał zaraz powiedzieć "to się nie uda". - odparła, zmartwiona.
- Nie, spokojnie, nie to miałem na myśli. W pewnym sensie... - chrząknął. - Chciałem, byś o czymś wiedziała zanim nasza relacja pójdzie dalej. - zrobił pauzę na chwilę i wziął głęboki wdech. - Moon, mam zaburzenie, które nazywa się "dyssocjalne zaburzenie tożsamości"... Oznacza to, że mam kilka osobowości i-
- Żartujesz. - spojrzała na niego z ciężkim do rozgryzienia wyrazem twarzy.
- Uh... Jeżeli uznasz, że to dla ciebie za dużo, to kompletnie to rozumiem.
- Desmond. - złapała go za rękę, patrząc mu prosto w oczy. - Ja też.
- Co?
- Też mam kilka osobowości. Też choruje na to. 

Mężczyzna spojrzał na nią z szokiem wymalowanym na twarzy - Desmond.exe przestał działać. Miał w głowie setki scenariuszy, ale tego to się nie spodziewał. Pierwszy raz poznał kogoś, kto ma to samo, co on.

- Boże, jak mi ulżyło! Nie wiedziałam, jak mam ci to powiedzieć. Strasznie się bałam, że będziesz chciał zakończyć relację. - kontynuowała. - Matko, nawet nie wiesz jak-.... Des, wszystko w porządku?
- Tak, tylko... Jestem w szoku. - w końcu się do niej uśmiechnął. - Może w końcu ktoś będzie w stanie mnie zrozumieć. Matko, totalnie się tego nie spodziewałem. 
- Uwierz mi, ja też nie.
- Chcesz może wpaść do mnie i porozmawiać o tym? W trochę bardziej odosobnionym miejscu. - zaproponował.
- Z miłą chęcią!

Oboje potem skierowali się do zaparkowanego przy kawiarni motoru Desmonda i pojechali nim do jego mieszkania.
---
Parę godzin później, para nadal rozmawiała o swoich przypadłościach przy lampce wina. Żartowali z tego, opowiadali swoje trudności, jak ludzie na to reagowali i tak dalej. Desmond po raz pierwszy w życiu poczuł się przez kogoś dogłębnie zrozumiany. Nie musiał jej nawet nic tłumaczyć, bo Moonhe od razu rozumiała, o czym on mówi. Kolejna cecha, która ich łączy. 

- Mam w głowie bardzo niebezpieczną, impulsywną myśl. - Moonhe powiedziała z uśmiechem i rumieńcem, będąc wstawiona od kilku lampek wina, podobnie jak Desmond.
- To znaczy jaką?

Kobieta przygryzła wargę nieśmiało, zastanawiając się, czy powinna to powiedzieć. Jednak alkohol zrobił swoje.

- Mam ochotę cię pocałować...
- Phew. - gwizdnął z uśmiechem, trochę zmniejszając dystans między nimi. - Może nawet ci na to pozwolę. - szepnął, gładząc jej policzek i odgarniając kosmyk włosów za jej ucho.
- Taak?

Po chwili, dystans między ich twarzami zmniejszył się do minimum, a ich usta zostały złączone w pocałunku. Z początku, całus był nieśmiały, ostrożny. Jednak im dłużej trwał, tym bardziej przybierał na agresji i desperacji. Chłopak nachylił się bardziej nad dziewczyną, a ona ukradkiem zaczęła powoli rozpinać jego koszulę. Mężczyzna czuł się bezpiecznie, interwencja Davona nie była obecnie potrzebna, jednak ten wciąż czekał na posterunku w razie potrzeby, gdyby coś poszło nie tak. Davon zawsze był obecny w takich sytuacjach. Co prawda, praktycznie nigdy się nie ujawniał, by nie psuć nastroju, lecz zawsze ukradkiem starał się chronić swojego towarzysza w głowie. 
---
Nastał ranek. Moonhe obudziła się w łóżku Desmonda. Oboje byli w samej bieliźnie. Dokładnie pamiętała wszystko z tej nocy. Na samą myśl o tym, co się działo, uśmiech wkardł się na jej usta. Mężczyzna jeszcze spał, więc ta postanowiła zrobić mu małą niespodziankę. Cicho wymknęła się z pokoju i poszła do kuchni, by przygotować im obojgu śniadanie. Paręnaście minut później, do kuchni wszedł Desmond - zaspany, z rozwalonym warkoczem, jednak na widok Moonhe uśmiechnął się szeroko.

- Mm, co tak pięknie pachnie? - przytulił ją od tyłu i spojrzał na patelnię z jedzeniem. 
- Robię tamagoyaki (japoński omlet)!
- O matko nie jadłem tego wieki. 
- Serio? Ja go sobie robię prawie codziennie na śniadanie.
- Dobra, ocenimy twoje kuchenne skille. 
- Uważaj tylko. - powiedziała z uśmiechem, celując w niego trzymanym przez siebie nożem. - Ma ci się spodobać, bo inaczej skończysz marnie.
- Tak jest, madam. - odpowiedział z podniesionymi rękoma do góry. 
─── ⋆⋅☆⋅⋆ ───
Parę dni później

Nadszedł czas kolejnej imprezy w obozie. Wszyscy się dobrze bawili, oczywiście w towarzystwie muzyki i piwa. Grupa przyjaciół jak zwykle spędzała czas ze sobą, grając w karty, śmiejąc się i opowiadając, co się wydarzyło przez minione tygodnie. Desmond jednak często zerkał do telefonu i uśmiechał się ukradniem, co nie uszło uwadze Hyrama.

- A królewna to co się tak szczerzy dzisiaj do tego telefonu, co? - zapytał z uniesioną brwią, biorąc łyk piwa.
- Że ja? - zaśmiał się. - Nic szczególnego. 
- Hipoteza pierwsza, zobaczył newsy o jakiejś nowej grze. - zaczął Matt. - Hipoteza druga, japoniec z kimś pisze. 
- Pff, Desmond, poznać kogoś? Minęły wieki od kiedy coś się u niego działo w życiu romantycznym. - zażartowała Dayshia. 
- To jak, powiesz w końcu?
- Eh. - westchnął i odłożył telefon. - Ale macie we mnie wiarę. Kochani jesteście.
- Wiadomo, teraz gadaj! - ponaglił Hyram.
- O dziwo, tak, poznałem kogoś. - zaczął z uśmiechem. - Nazywa się Moonhe.
- O matko, ale ładne imię. - odparła Dayshia.
- Poznaliśmy się, jak leżałem w szpitalu. - zerknął na Val z uśmiechem. 
- Okej, stawiam na miesiąc. - oznajmił Hyram. 
- Trochę długo. Dwa tygodnie. - dodał Niram, a Desmond tylko przewrócił oczami. 

Val przysłuchiwała się konwersacji swoich przyjaciół, jednocześnie nie odrywając wzroku od Desmonda. Nie widziała, żeby w szpitalu ktoś go odwiedzał, ani żeby on specjalnie wędrował po korytarzach, w ramach poszukiwań. Wiadomość, że Des poznał kogoś nowego, wprawiło Val w szok, osłupienie i to nie w negatywnym sensie. Po pierwsze, w końcu jej przyjaciel spotkał się z kimś z poza obozowiska. Druga sprawa, Val wiedziała już dokładnie na czym stoi. Mogła teraz spokojnie wrócić do swojego miłosnego trybu życia. Była to jedna noc i nic więcej. Dziewczyna uśmiechnęła się, gdy przyjaciel obdarzył ją uśmiechem. Uniosła więc butelkę z piwem i głośno oznajmiła: 

- Wznoszę więc toast za życie miłosne naszego kochanego Desmonda! Tylko zabezpieczające się dzieci! - dodała "grożąc" palcem.
- Haha, dziękuję "mamo", już wdrożyliśmy tą radę w życie. - zaśmiał się i przybił toast z Valentiną.
- CO. - krzyknął Matt, a Hyram opluł się piwem.
- KURWA NIE WIERZĘ W TO! - krzyknął Hyram. - japoniec później kogoś poznał niż ja i wcześniej zaruchał ode mnie. Jaaaaa... Mierda, chyba tracę swoje pazury.
- No, Hyram, opierdalasz się. - wytknął Niram. 
- Czyli wykorzystujesz okazję póki nie dowie się o DID? - zapytała Isabella.
- Nie, Moonhe już wie. - oznajmił Desmond dumnie.
- I jest z tym na ok? - zapytała ponownie Isa. 
- Otóż, proszę państwa, tu jest mały zwrot akcji. - oparł łokcie o stół i spojrzał na wszystkich. - Moonhe też ma DID. 

Wszyscy siedzieli w szoku - nikt się tego nie spodziewał.

- Yo, dwoje pojebów, razem, ruchających się PRZEDE MNĄ. Bruh... - Hyram oparł się o ławkę, patrząc się w niebo.
- Hyram, a ty po cholerę się tak burzysz? - Val spytała, po czym wzięła spory łyk piwa.
- No popatrz na niego. - Hyram wstał ze swojego miejsca i złapał Desmonda za twarz. - Czy on ci wygląda na zawodowego ruchacza?
- A czy ty sam nie mówiłeś, że nie chcesz od razu iść z nią do łóżka, bo chcesz ją lepiej poznać? - zaśmiała się i odłożyła butelkę na stół. - Oj Hyram Hyram, uwierz mi, że gdybyś nie był taki jebniety to sama bym ci wskoczyła do łóżka.
- Chciałabyś się przespać z Hyramem? - Isabela spojrzała się na przyjaciółkę z wymalowanym obrzydzeniem na twarzy.
- Kiedyś tak! Nawet z czystej ciekawości. Ale po latach znajomości stwierdziłam, że to zbyt duże ryzyko chorób wenerycznych.
- Odezwała się cnotka. - Hyram podbił twarz Desmonda i sięgnął po swoją butelkę.
- Przynajmniej robię to z głową i nie rucham wszystkiego co popadnie.
- A spierdalaj. Ja jestem bardzo rozsądny w swych przygodach. 
- Jakbyście się przespali, to ja skaczę z mostu. - odparł Desmond.
- Trzymam za słowo. - dodał Niram.
- O ty szmato, taki jesteś przyjaciel?
- Dobra, morda. - przerwał w końcu Matt. - Dzisiaj nie ma starego w obozie. Wiecie co to oznacza?
- Że twoja stara jest wolna? - odparł Niram.
- Kurwa, wara od mojej matki! Oznacza, że mamy samowolkę. Zapraszajta te baby wasze, będzie śmieszniej. - dodał Matt.
- O kurwa. - Hyram się zaśmiał. - Tylko jak Yami się rzeczywiście zgodzi to proszę o cywilizowane teksty o mnie. 
- Pff, jeszcze czego. - prychnął Desmond. - Będziesz grał takiego super gentlemana? 
- Zawsze jestem gentlemanem. 
- Z której strony? - dopytała Isa. 
- A spierdalajcie, jesteście hejterami.
- Jesteśmy po prostu obiektywni.
- Dobra, dobra, nie zesrajcie się już. 

Chwilę później Hyram zadzwonił do Yami, a Desmond spytał Moonhe, czy chciałaby wpaść do obozu i poznać jego przyjaciół. Dziewczyna zareagowała z entuzjazmem i oznajmiła, że od razu idzie się szykować. Ucieszony Des zrobił jej screena mapy i namalował drogę, dzięki której łatwiej jej będzie trafić do obozu. 

Parędziesiąt minut później, dziewczynie udało się dojechać do obozu. Yami jeszcze nie było, ponieważ dziewczyna mieszkała trochę dalej niż Moonhe. Des wyszedł od razu na przywitanie i zaprowadził swoją "wybrankę" do stolika, przy którym siedziała grupa przyjaciół. 

- Poznajcie Moonhe. Moonhe, ci debile to moi przyjaciele. - zaczął przedstawiać ich po kolei.
- Cześć wszystkim! - odpowiedziała z uśmiechem. - Przyniosłam wam ciastka, które robiłam wczoraj.
- O matko, ciastka!! - Isabela klasnęła w ręce, ucieszona. 
- Stanął mi. - oznajmił nagle Hyram, a wszyscy się sporzeli na niego. - Powiedziałem to na głos? Sory.
- To jest... Sposób Hyrama, by powiedzieć ci, że wyglądasz pięknie, Moon. - doprecyzował Des.
- Haha, dzięki! Nigdy nie otrzymałam tak... oryginalnego komplementu. 
- Cała przyjemność po mojej stronie. 
- Des? - zapytała na ucho Moonhe. - Oni wiedzą...?
- Tak, powiedziałem im. - odparł.
- Uff! - odetchnęła i usiadła obok Desmonda na ławce. - Ty musisz być Val, prawda? Dużo o tobie słyszałam. I widziałam cię w szpitalu! Miło poznać. - wyciągnęła do niej rękę na przywitanie.

Val uśmiechnęła się w stronę nowej znajomej, wyciągnęła rękę na przywitanie i uścisnęła jej dłoń. 

- Już się boję co takiego nasz Desmond naopowiadał na mój temat. Miło mi. - zaśmiała się i wstała z miejsca. - Jak się poznaliście dokładnie? - spytała podchodząc do skrzynki z piwem; otworzyła sprawnie butelkę, podważając kapsel o ławkę i podała dziewczynie trunek.
- Dziękuję. A jakoś przypadkiem na korytarzu się zapoznaliśmy. - odpowiedziała.

Paręnaście minut później, do obozu przyjechała również Yami. Hyram dumnie oprowadził ją po głównym placu i następnie skierowali się do stolika, gdzie siedziała cała grupa. Mężczyzna nie mógł się napatrzeć na dziewczynę, wyglądała niesamowicie pięknie i seksownie. Hyram skomplementował ją parę razy, a Yami przewróciła oczami, lecz na koniec i tak się uśmiechnęła.

- Poznajcie najwspanialszą Panią Ripperdock na świecie, Yami. Yami, poznaj moich idiotów. - przedstawił ich pokolei.
- Dlaczego wszyscy referują o nas jako debilach lub idiotach. - zapytał Matt.
- Bo ty tu jesteś. - odparła Isa.
- Wiesz co, myślałem, że jesteśmy po tej samej stronie.

Hyram tylko kiwnął głową i zaprosił Yami na siedzenie obok niego, a następnie wyjął piwo ze skrzynki i podał je dziewczynie.

- Cześć! Też jestem tu nowa, miło poznać! - powiedziała radośnie Moonhe.
- Miło poznać. - odpowiedziała blondynka.
- Co, znowu tobie stanął? - odparł Matt do najlepszego przyjaciela, a Desmond zaśmiał się głośno, podobnie jak reszta.
- Wiecie co... Tacy z was przyjaciele. A chuj wam w dupe. - machnął ręką, upijając łyk piwa. - Skoro jesteś taki ciekawy, złamasie. Tak, stanął mi. Na szczęście Yami tego nie zauważyła. 
- Masz tak małego, że nie widać? - zapytała Val.
- Chcesz się przekonać? - oparł się łokciami o stolik. - Przedstawiacie mnie w złym świetle. A tak się starałem wywrzeć dobre wrażenie. Jak ucieknie, to zwalę to na was, kurwibąki.
- Jak zwykle wszystko nasza wina, my tylko przedstawiamy rzetelne fakty na twój temat. - Matt uniósł palec i poprawił swoje niewidzialne okulary, niczym klasowy kujon. 

Między Mattem, a Hyramem rozwinęła się dyskusja, przepełniona przekleństwami i wyzwiskami. Yami siedziała obok Hyrama nieco skrępowana, spięta. Co chwilę popierała dłonią swoje ramię, jakby próbowała się uspokoić. 

- Wszystko w porządku? - Val rzuciła do dziewczyny. 
- Hm? Tak, chyba tak. - odpowiedziała niepewnie, wpatrując się tępo w butelkę z piwem. Chłopaki w pewnym momencie poderwali się z miejsc i zaczęli się siłować gdzieś niedaleko stolika. 
- Oni tak zawsze? - kiwnęła głową w ich stronę. 
- Normalne, wieczór jak wieczór. - Isa wzruszyła ramionami. - Właśnie! Moonhe, czym dokładnie się zajmujesz? - spytała i usiadła na ławce bokiem, aby lepiej widzieć nowa znajomą.
- Oh! Szkolę netrunnerów i zajmuję się informatyką. - odparła z uśmiechem.
- A się dobrali. - odparł Niram. 
- Przynajmniej teraz ktoś będzie rozumieć moje żarty. - rzekł Desmond.
- Yami, a ty? Czym się zajmujesz? - zapytała Moonhe.
- Jestem ripperdockiem. 
- O! Brzmi ciekawie. Słuchaj...

Desmond zaczął przypatrywać się dziewczynie - wyglądała trochę znajomo. Nie mógł tylko sobie przypomnieć skąd ją kojarzył. Po chwili jednak w końcu coś mu się przypomniało.

- A ty co się tak patrzysz, co? - odparła Val.
- Próbowałem sobie przypomnieć skąd kojarzę Yami. Ty byłaś uczennicą Maxa, co nie? - zapytał.
- Uczennicą to chyba troszkę za dużo powiedziane. - zaśmiała się cicho, po czym westchnęła; jej barki opadły, a ciało rozluźniło się. - Uratował mnie w krytycznym momencie mojego życia, a później wziął pod swoje szydła i zaczął mnie szkolić. Można by powiedzieć, że spłacałam niewypowiedzony dług.
- Rozumiem. To stąd cię kojarzę. Max był kiedyś moim ripperdockiem. Dobry był z niego chłop.
- Chodziłeś do ripperdocka? - zapytała Moonhe.
- Ta... - odparł, lecz później kiwnął porozumiewawczo głową, że nie chce drążyć tego tematu. 
- To w sumie wy jesteście razem? - zapytał nagle Niram.
- Uspokój się kowboju, daj nam czas. - odpowiedział Desmond.
- Pff, na co czekać. 
- No tak, według Nirama to trzeba się spiknąć już pierwszego dnia. - wytknęła Isabella. 
- Oj tam, od razu pierwszego. Po prostu nie ma co marnować czasu.
- Nie uznaję tego jako marnowanie czasu. - dodała Moonhe. - Raczej przyzwyczajanie się do siebie. 
- Aż taki skomplikowany jestem, że musisz się do mnie przyzwyczajać?
- No, w sumie to tak. Nadal próbuję ogarnąć twój system. Mój jest o wiele mniejszy i prostszy.
- To był komplement czy obelga?
- Domyśl się. - zażartowała. - Zawsze chciałam tego użyć, hah.
---
Parę godzin później, impreza w obozie dobiegła końca i wszyscy rozeszli się do swoich kwater. Moonhe oczywiście poszła z Desmondem. Teraz, po przebraniu się i ogarnięciu do spania, dwójka leżała spokojnie w łóżku, rozmawiając i trochę trzeźwiejąc.

- Twoi przyjaciele są bardzo zabawni, Des. - zaczęła Moonhe.
- No. Taka banda zabawnych idiotów.
- Myślisz, że mnie dobrze przyjęli? 
- Na pewno, nie martw się o to. Myślę, że dziewczyny ciebie bardzo polubiły.
- To dobrze. - uśmiechnęła się. - Cieszę się, że cię poznałam, Desmond.
- Ja ciebie też, Moon. - odparł z uśmiechem i spojrzał na dziewczynę, która leżała na jego ramieniu. 

Komentarze

Popularne posty