Rozdział III: Otwieram wino ze swoją dziewczyną


 Rozdział III
Otwieram wino ze swoją dziewczyną

    Gdy świerszcze i inne robactwo zaczęły budzić się do życia, wiadomo już było, że obozowisko Węży właśnie kładzie się spać. Ogień w beczkach powoli dogasał, tak samo jak i główne palenisko. Nawet gwiazdy na niebie bledły, uciekając przed wschodzącym słońcem. Ludzie spali wszędzie, na ławkach, na ziemi, niektóry nawet przed swoimi kwaterami. Ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach, zbierali się do swoich łóżek.
    Valentina również należała do tych osób. Lubiła ten moment, kiedy wszyscy padali jak muchy tuż przed nadejściem dnia. Ten widok był dla niej czymś zwyczajnym, a mimo to, zawsze śmiała się pod nosem, próbując nie zdeptać śpiących znajomych. Pomagała każdemu napotkanemu na drodze pokonanemu Wężowi w dotarciu do ich kwatery. Tej nocy odprowadziła dwójkę chłopaków i trzy dziewczyny, w tym ostatnią z nich przenosiła wraz z innymi, już trzeźwymi. Gdy już uporała się z swoją robotą usiadła jeszcze na chwilę przed swoją kwaterą i odetchnęła głęboko. Odprowadzała pijanych ludzi wzrokiem, niczym strażnik pełniący wartę. Chciała dopilnować, że każdy wróci do swojego łóżka i nie trzeba będzie chodzić nad ranem po lesie w poszukiwaniu zagubionych. Ktoś mógłby powiedzieć, że mogła zwyczajnie iść spać, ale miękkie serce lekarza nie pozwalało jej na pozostawienie kompanów na lodzie.
    W głowie zliczyła, ile osób nie wróciło jeszcze do swoich kwater. Brakowało jej tylko piątki, nie licząc jej samej. Trójkę widziała przy dogasającym ognisku. Hyram dyskutował żywo z Isabelą, a między nimi siedziała nowa twarz. Yami w pierwszych sekundach wydawała się skrępowana, czego nie umknęło pilne okno Valentiny. Całe szczęście pani ripperdock szybko zaaklimatyzowała się w towarzystwie. Widok Hyrama skaczącego wokół kobiety nie był czymś zaskakującym. Tyle że tym razem, każdy widział, że coś się zmieniło. Między tą dwójką wisiały niewypowiedziane słowa, dziwne napięcie, które przyciągało ich do siebie nawzajem. Chłopak wydawał się szczęśliwy, odprężony w jej towarzystwie, co było rzadkością. Po chwili grupka rozdzieliła się, Isa ruszyła do siebie, a Hyram wraz z Yami udał się do swojej kwatery. Ten widok był na pewien sposób pocieszny.
    Usłyszała kroki, ale nie mogła zlokalizować ich źródła. Jej wzrok padł na ziemię, a w trawie dostrzegła niedopalonego papierosa. Uśmiechnęła się na jego widok i podniosła go. Był ledwo co napoczęty, zaciągnęli się z niego tylko kilka razy. Dokładnie pamiętała moment, w którym wytrąciła go z dłoni Desmonda. Byli pijani, a mimo to zapamiętała wszystko z tego wieczoru. Te ciepłe pocałunki, którymi obdarował całe jej ciało, te malinki na jej udach i resztki pomadki na jego ustach. Okłamałaby samą siebie, gdyby stwierdziła, że ta noc nic nie znaczyła. Od kiedy tylko się poznali coś ich do siebie przyciągało, jednak żadne z nich nie zrobiło pierwszego kroku. Tamten wieczór był przełomowy, a mimo to nikt nie poruszył dogłębniej tego tematu.
    Val w dalszym ciągu nie była pewna swoich uczuć co do chłopaka. Musiała przyznać, tamten wieczór był idealnym przerwaniem złej passy. Poczuła się zaopiekowana i chociaż przez chwilę nie musiała się niczym zajmować. Desmond był jej zbyt bliski, by tylko poprzestać na ewentualnej strikte seksualnej relacji. Wiadomo, chciałaby żeby nie tamta noc nie odeszła w zapomnienie i nie była ich ostatnią przygodą. Pierwszy raz od dawna pomyślała o zawiązaniu głębszej relacji. Ta myśl była kusząca, jednak na obecny moment niemożliwa przez parę względów. Przywiązana do jednorazowych nocy Val nie była przyzwyczajona do stałej relacji. Praktycznie wszystkie jej związki były krótkoterminowe i prędzej czy później kończyły się fiaskiem. Mimo wielkich nadziei, nie mogła odnaleźć wersji przyszłości, w której ona i Desmond żyliby długo i szczęśliwie.
    Z drugiej strony spróbowanie nawiązania czegoś silniejszego nie było głupim pomysłem. W końcu byli dorośli, wielokrotnie kręcili ze sobą i nie zmieniało to drastycznie ich postrzegania na siebie nawzajem.
- Zawsze można się wycofać - powiedziała sama do siebie, oglądając niedopałek.
    Uśmiechnęła się sama do siebie. Decyzja zapadła. 
    Kolejny raz usłyszała kroki, tym razem połączone ze śmiechem. Dobrze znała ten głos. Wstała z miejsca i już ruszyła przed siebie, jednak zatrzymała się w momencie, gdy ujrzała drugą sylwetkę. Wyglądali, jakby tańczyli w drodze do kwatery. Obracali się, trzymając się to za talię, to za ramiona. Robili to całkiem niesfornie, głównie przez nadmiar smakowego piwa. Wymieniali się pocałunkami i z każdym kolejnym krokiem zbliżali się do wejścia. Val nawet nie była świadoma, kiedy papieros wypadł z jej dłoni. Jak szybko się pojawili, równie szybko zniknęli, a ich śmiechy były wytłumione ścianami prowizorycznego pomieszczenia.
    Stała zamurowana, czuła, jak jej kolana miękną. Wydawało jej się, że zaczyna się topić, jakby wpadła w ruchome piaski. Cały jej plan nagle przestał mieć jakikolwiek sens. Przecież nie mogła tam teraz wparować i wyznać Desmondowi to, co czuje. Świadomość, że tak szybko znalazł sobie zastępstwo była niecodzienna. Zwykle to ona zmieniała partnerów jak rękawiczki, skakała z kwiatka na kwiatek. Tamta noc też nie miała być zobowiązująca, a jednak efekt końcowy był odwrotny. Przynajmniej z jej strony. Poczuła się dziwnie zdradzona, jakby coś co chciała sobie przywłaszczyć, zostało ukradzione sprzed jej nosa. Zdecydowanie nie polubiła się z tym uczuciem.
    Chciała wrócić do swojego łóżka, w końcu wypełniła obowiązek i odprowadziła wszystkich do kwater. Jej nogi poniosły ją gdzieś indziej. Dobrze znała drogę do tych drzwi. Zapukała trzykrotnie i czekała cierpliwie. Gdy tylko padło na nią światło wnętrza, wyminęła Isabellę i rzuciła się twarzą na jej łóżko.
- A tobie co się stało? - spytała, patrząc na przyjaciółkę.
   Val nie odpowiedziała, leżała nieruchomo. Isa przewróciła oczami, zamknęła drzwi i usiadła na łóżku obok dziewczyny
- Val? - niepewnie położyła dłoń na jej plecach. W odpowiedzi otrzymała jedynie głośny jęk. - Czyli jest ciężko.
   Isa wstała, dając dziewczynie czas i przestrzeń do zebrania myśli. W międzyczasie wciągnęła spod małego stolika butelkę z wodą, do której wrzuciła tabletkę elektrolitów.
- Człowiek raz w życiu chce coś zmienić - odezwała się i poderwała  się z materaca, usiadła opierając się plecami o ścianę. - Wychodzi ze swojej strefy komfortu, ze swojego kokonu. Podejmuje próbę sięgnięcia po coś nowego. I co? Gdzie się nie obróci dupa z tyłu.
- A mogłabyś tak bez metafor? - zaśmiała się i podała jej butelkę.
- Desmond.
- Co on ma do tego?
- Przespaliśmy się.
   Isabela zamrugała dwa razy, opadła na łóżko i przysunęła się bliżej przyjaciółki. Przez parę sekund próbowała wydobyć z siebie jakieś słowa, ale wychodził z tego jeden bełkot.
- Co? Ale jak, w ogóle do tego doszło?
- Na ostatniej imprezie - zaczęła i wzięła szybki łyk wody. - Oboje byliśmy pijani, wylądowaliśmy u mnie w kwaterze i jakoś samo poszło. Do tej pory mam ślady na udach. - Pokręciła głową w rozbawieniu.
- Komuś się chyba spodobało - zaśmiała się.
- Jeszcze jak. Isa, ja dawno nie czułam się tak zaopiekowana przez mężczyznę. On się wszystkim zajął, nie musiałam się niczym przejmować. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi tego brakowało - westchnęła. - Pogadaliśmy o tym rano, później u mnie w szpitalu umówiliśmy się na seans filmowy, ale jak widać nic z tego nie wyjdzie.
- Myślałam, że to był jednorazowy wieczór.
- Też tak myślałam, z początku. Tyle że nie potrafiłam o tym zapomnieć, każdego dnia myślałam o tamtej nocy. Przecież to do mnie niepodobne.
- Wielka łowczyni mężczyzn nie widzi w przyjacielu zwykłej przygody, oj Val co on z tobą zrobił - zaśmiała się. - Zawsze mieliści się ku sobie, od kiedy tylko cię tu przyprowadziłam. Każdy to zauważył. Tyle razy wam o tym mówiliśmy, ale najwidoczniej sami musieliście się zejść, bez niczyjej pomocy.
  Dokładnie pamiętała tamten wieczór. Grupa już byłych studentów, wspólnie świętowała ukończone studia. Przyszli lekarze, porozrzucani po całym barze. Niektórzy już spali, inni wychodzili do domu, bo już kolejnego dnia zaczynali nową pracę. Tylko jedna Val cały czas siedziała przy barze, rozmawiała żywo z kelnerką. Jak się okazało właśnie kończyła swoją zmianę. We dwie wyszły na świeże powietrze, zapaliły wspólnego papierosa, po czym wsiadły na motor Isabeli i pognały przed siebie. Tak zaczęła się ich przyjaźń, która wywiozła je do obozu węży. Tam też trwała impreza. Valentina nie znała tych ludzi, ale gdy tylko ich zobaczyła, momentalnie poczuła się jak w domu. Przywitał ich wytatuowany chłopak, jego warkocz sięgał wtedy ledwo za ramię. Ich wzrok skrzyżował się o parę sekund za dużo i już wtedy pojawiła się między nimi mała iskierka. Od tamtej pory wielokrotnie byli popychani ku sobie. Tu akurat specjalnie usadzili ich obok siebie, tu musieli pójść we dwoje w jakieś miejsce.
- Pomogły procenty - stwierdziła. - Chciałam pójść do niego i jeszcze raz o tym porozmawiać, ale Desmond oficjalnie został zajęty przez Moonhe.
- Czyli mamy kurcze kłopot - stwierdziła. - Będziesz coś z tym robić?
- Nie - odpowiedziała niemal od razu. - Nie będę im się wcinać w relację. To byłoby mocno sukowate z mojej strony - westchnęła i zamilkła na chwilę. - Zostawię go w spokoju.
- Będzie ci ciężko. - Isa uśmiechnęła się cierpko.
- Będzie, ale widocznie kto pierwszy ten lepszy.

***

- Co dokładnie się stało? - spytała, wpisując dane pacjenta w tablet.
- Boli mnie noga, stary uraz się odzywa.
- Złamanie?
- Udar - poprawił ją, a Valentina sprawnie obejrzała jego nogę.
   Wyglądał na zniecierpliwionego, rozglądał się po małym gabinecie. Każdy mógł tu przyjść w nagłych przypadkach. Ich przychodnia była co prawda niewielka, ale "cieszyła się powodzeniem".
- Przepiszę środki przeciwbólowe, wystarczą panu na tydzień, a w międzyczasie proszę zgłosić się do specjalisty - odpowiedziała. - Ibuprofen... - zaczęła mamrotać pod nosem wypisując lekarstwa.
- Mam uczulenie na ibuprofen - wypalił nagle.
- Ketoprofen?
- Tak samo.
    Dziewczyna wymieniła jeszcze paręnaście nazw różnorodnych środków, jednak magicznym cudem pacjent nie mógł przyjąć żadnego z nich. Nie miała już pomysłów. To był ostatni pacjent po nocnym dyżurze i akurat musiał trafić się taki przypadek
- Chciałbym Vicodin - powiedział, trzymając się za nogę.
- Nie mogę go panu przepisać. - Odłożyla tablet na biurko. - Nie przepisujemy tak silnych leków osobom, którzy nie są pacjentami naszej placówki. Musi się pan zarejestrować.
- Potrzebuję go na już! - krzyknął, uderzając otwartą dłonią w kozetkę. Dziewczyna zrobiła krok do tyłu i spojrzała na mężczyznę z uniesionym brwiami. - Przecież jest pani lekarką, powinna pani zrozumieć moją sytuację.
- Nawet gdybym chciała, to nie mogę panu przepisać tych leków. Są to odgórnie narzucone zasady i nie mam na to wpływu - odparła najspokojniej, jak tylko potrafiła.
- Pieprzona służba zdrowia - burknął wstając z kozetki. 
Chwycił laskę i z jej pomocą dokuśtykał do drzwi wyjściowych. Dosyć głośno obwieścił swoje zdanie na korytarzu, a ludzie oczekujący na swoją kolei nawet nie zwrócili na niego uwagi. 
- Zachciało się być lekarzem - powiedziała sama do siebie.
    Zabrała tablet i wyszła z pomieszczenia. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz, aż w końcu wyszła na główny hol. Sprawnie zdała raport siedzącej sekretarce, która w przeciwieństwie do Valentiny, dopiero co zaczęła swoją zmianę. Miała idealnie zrobiony makijaż, nawet a dłoni została odrobina podkładu. Pewnie wyszła w pośpiechu. Włosy zebrane w ciasny kok, a reszta starannie ulizana, głowa świeciła się od nadmiaru żelu. Po parunastu godzinach będzie wyglądać jak Val, z włosami we wszystkie strony, na powiekach zebrały się resztki tuszu. Nie miała nawet czasu poprawić pomadki, która starła się od środka ust.
- Ciężki dyżur? - zapytała Gabriela.
- Jak każdy - odpowiedziała. - Całe szczęście już koniec - dodała.
- Nie do końca. Tamci państwo pytali o ciebie. - Kiwnęła głową w stronę głównego wyjścia.
 Val obróciła się za siebie. Młode małżeństwo stało przy obrotowych drzwiach. Kobieta przeskakiwała z nogi na nogę, a mężczyzna nerwowo bawił się obrączką. Gdy tylko spojrzeli na młodą lekarkę, rozpogodzili się.
- Byliśmy umówieni, mieli podpytać o jedną rzecz. Porozmawiam z nimi u siebie.
    Podeszła do małżeństwa, przywitała się z nimi, po czym razem skierowali się do gabinetu Valentiny. Ruszyli labiryntem korytarzy, w którym każdy pacjent gubi się niejednokrotnie. W końcu dotarli do odpowiedniego skrzydła, jadąc windą na 5 piętro. 
- Bardzo dziękujemy za pomoc pani doktor. - Mężczyzna obejmował żonę. - Jesteśmy w kropce, a to jest nasze jedyne wyjście.
- Nie macie za co dziękować. - Val odtworzyła gabinet i przepuściła parę przodem. - Dajcie mi chwilkę, zaraz wszystko przyniosę.
    Wyciągnęła z kieszeni fartucha pęk kluczy i otworzyła drzwi prowadzące do dodatkowego pomieszczenia. Jedynym źródłem światła była migająca na suficie stara, brudna lampa, która zamiast abażuru miała zardzewiałą kratkę. Pokój był mały, sama Valentina nie mogła zrobić kroku w jedną czy drugą stronę, mgła jedynie obracać się w miejscu. Praktycznie całe pomieszczenie zajmowała maszyna, nie była tak stara jak lampa, mogła mieć zaledwie kilka lat. Dziewczyna otworzyła szufladę małej szafki wciśniętej w róg pokoju i zaczęła przeglądać drzazgi. Odnalezienie ich nie trwało długo, rzadko miała okazję związać dwie sztuki gumką recepturką. Trzymała w dłoni szansę na nowe życie dwójki młodych ludzi. Taki mały przedmiot mógł zaważyć ich przyszłości. Gdyby była praworządnym obywatelem pewnie nasłałaby na nich NCPD, jednak na co jej to było?
- Proszę bardzo. - Wyszła z pomieszczenia i wręczyła mężczyźnie drzazgi. - Gdy tylko je wepniecie, wyczyszczą wasze stare dane osobowe i zastąpią je nowymi. Wszystko tak jak ustalaliśmy.
- A co z małym? - kobieta odezwała się i dopiero wtedy Valentina zwróciła uwagę na jej zarysowany brzuch.
- Nie musicie się o to martwić. Jeżeli byliście u lekarza i ciąża jest zarejestrowana, a wasze dane nikną, uznadzą to jako anomalie i machną ręką. W natłoku informacji codziennie sypią im się błędy w systemie.
- Całe szczęście, nie chcielibyśmy, żeby maluch miał problemy od samych narodzin.
    Valentina przyglądała się swoim zleceniodawcom. On z kilkudniowym zarostem, z worami pod oczami, pomiętą koszulą. Wpatrywał się w swoją ukochaną, której tłuste włosy zbiły się w strączki, a dłonie dawno nie widziały się z kremem. Gładziła delikatnie swój brzuch, który w oczach dziewczyny wydawał się poruszać raz po raz, jakby maluch chciał dać znać o swojej obecności. Obrączki na ich palcach lśniły niczym nowe. Szeptali coś do siebie, mężczyzna pogładził jej policzek i starł spływającą łzę. Val nie miała serca im przerywać. Uśmiechnęła się pod nosem, patrząc z na nich z nadzieją. Trochę im zazdrościła, choć sama nie była pewna czego dokładnie.

***

Weszła do szatni i już na progu zaczęła zdejmować z siebie kitel. Podeszła do swojej szafki i czym prędzej odłożyła go na haczyk.
- Ciężka noc co? - wysoki głosik zmusił Valentine do obrocenia glowy w stronę drzwi.
Tanya była całkiem wysoka jak na damskie standardy. Przewyższała Val o pół głowy. Dziewczyna dopiero co przyszła na swoją zmianę, a afro było w pełni okiełznane żelem do stylizacji, żaden włosek nie był w stanie uciec. Jej skóra przypominała kolorem taliczkę mlecznej czekolady, która kontrastowała z jasnym płaszczem.
- Jakiś stary zgred rzucał mi się w gabinecie, zachciało mu się Vicodinu na śniadanie.
- Czyli klasyczne zakończenie nocnej zmiany. U mnie też był całkiem ciekawy poranek - ciągnęła otwiwrając swoją szafkę.
- Dzieciaki dały ci w kość? - zaśmiała się, siadajac na ławce, żeby zmienić buty.
- Tylko Tony, wstałam lewą nogą, przypaliłam śniadanie i z tego całego zdenerowania trochę sie na niego uniosłam - westchnęła.
- Rozrzucił wszystkie zabawki po całym mieszkaniu?
- Ależ skąd, nauczyłam go, że należy sprzątać po zabawie. Wczoraj w szkole mieli bal przebierańców - tematyczny. Dziewczynki przebierały się za chłopców i na odwrót. Mój genialny mąż stwierdził, że świetnym pomysłem będzie ubranie go za księżniczkę. Oboje byli z siebie bardzo zadowoleni. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że rano Tony oświadczył mi, ze od wczoraj jest dziewczynką o imieniu Tamara.
    Wnętrzności Val zaczęły dawać o sobie znać. Nieprzyjemne skurcze sprawiały, że miała ochotę zgiąć się w pół. Nieświadomie przykryzła policzek, mając nadzieje, że zaraz nie zrobi się czerwona na twarzy.
- I dlatego się na niego uniosłaś? - spytała zdejmując robocze obuwie. - Dzieciaki mówią różne rzeczy.
- Właśnie on brzmiał w tym wszystkim strasznie poważnie. Na dodatek byłam w biegu żeby zdążyć na metro, więc krzyknęłam, żeby dal sobie spokój z takimi durnotami bo jest chłopcem.
- Wiesz, wydaje mi się, że jeśli wrócisz do domu i wszystko mu wytłumaczysz to będzie dobrze. Takie maluchy jeszcze nie mają na tyle wybudowanej świadomości, że chcą świadomie zmieniać płeć. - dodała, zakładając czarne szpilki. 
- A co jak zaraz zacznie bawić się lalkami, ubierać spódniczki i zapuści włosy?
- Kwestia wyglądu nie będzie go definiować jako człowieka. Wiadomo, teraz ty odpowiadasz za to jak się ubiera i tak dalej, ale popatrz na to z innej strony. Niektórzy modele noszą sukienki, chodzą w makijażu i to nie robi z nich kobiet, prawda?
- To trochę inny przypadek.
- Właśnie nie - westchnęła, nie chcąc doprowadzić do niepotrzebnej kłótni. - Wytłumacz mu, co i jak. Jeżeli za paręnaście lat, dalej będzie chciał ubierać się jak dziewczyna, to zwyczajnie pozwól mu poeksperymentować. Teraz nie jest świadomy swoich słów i tego, co czuje. Jest maluchem, który dopiero co odkrywa świat. Jeżeli będzie chciał się bawić lalkami, pozwól mu, to tylko zabawki. - Wstała i ruszyła do szafki, aby odłożyć buty. - Bądź wyrozumiała, wytłumacz i zobaczysz co będzie się działo. - Narzuciła na siebie futrzastą kurtkę w brązowo-czarne łaty i zamknęła szafkę. - I kochaj go niezależnie od jego decyzji. Dziecko czuje takie rzeczy.
    Tanya zamilkła, poprawiając swój świeżo wyprasowany kitel. Wpatrywała się przez chwilę w podłogę, po czym zaczęła gdzieś dzwonić.
- Daj mi małego. - powiedziała niemal od razu, a Val skierowała się powoli do wyjścia. - Cześć skarbie, przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam rano... - powiedziała miękkim, skruszonym głosem.
    Valentina uśmiechnęła się pod nosem na jej słowa. Pomachała do kobiety na pożegnanie i wyszła z szatni. 
- I takie poranki lubię najbardziej. - mruknęła sama do siebie.

***

    Mimo zmęczenia szła dosyć szybkim tempem. Chciała w trybie nagłym znaleźć się w domu, przebrać się w coś wygodnego i odpocząć po nocnym dyżurze. Praca z ludźmi jest specyficzna, tym bardziej jeżeli ma się do czynienia z chorymi jednostkami. Większość z nich nie leczyła się regularnie, w przekonaniu, iż im się to nie opłaca. W końcu w każdej chwili mogą zginąć w okolicznej strzelaninie, więc po co dbać o zdrowie?
- No szybciej. - przestępowała z nogi na nogę, w oczekiwaniu na zielone światło.
Rozejrzała się i widząc, że żaden pojazd nie nadciąga, pewnym krokiem ruszyła na przejście. Pociągnęła za sobą tłum pieszych, którzy zapewne jak i ona, wracali po nocnych zmianach z pracy.
- Widzę, że za nic masz moje rady, zresztą jak zwykle.
Wszędzie rozpozna ten chropowaty głos. Przewróciła oczami i spojrzała na kobietę, stojącą po drugiej stronie przejścia. Patrzyła na młodą lekarkę z podniesioną głową, mimo iż była niższa od Valentiny o parę dobrych centymetrów.
- A ty jak zwykle zapominasz, że nie jestem dzieckiem. - Stanęła obok kobiety i owinęła się ciaśniej kurtką. - Lecisz do pracy?
- A gdzie indziej bym mogła iść o tej porze? - uniosła brew i niezręcznie objęła dziewczynę. - Zmizerniałaś, jesteś jakaś blada - dodała, przypatrując się jej twarzy.
- Jestem po nocnym dyżurze z męczącymi pacjentami, podkład mi się zważył, a na dodatek spotkałam ciebie. Jak miałabym wyglądać w takiej sytuacji?
- Zapominasz chyba do kogo się odzywasz.
- Jak ja konwersacja ma przebiegać dalej w taki sposób, to dziękuję. Nie mam czasu na pogawędki. - Ruszła przed siebie, wymijając kobietę.
Ta jednak nie miała zamiaru pozwolić jej odejść. Złapała ją za nadgarstek, zrobiła to w zadziwiająco delikatny sposób.
- Przepraszam Walentyno, nie powinnam być dla ciebie taka oschła. - Jej ton nagle złagodniał, już nie był tak pretensjonalny jak przed chwilą. Dziewczyna westchnęła i spojrzała na nią z politowaniem. - Może ci to jakoś wynagrodzę, na przykład obiadem?
    Nie wiedziała co powiedzieć, więc zamilkła. Nie widziały się od dawna i to lekko powiedziane. Ostatnim raz był prawdopodobnie przed świętami. Wydawało jej się, że przez ten czas kobieta postarzała się o parę lat. Może zwyczajnie wcześniej nie zwracała uwagi na takie rzeczy? Wokół jej oczu pojawiły się zmarszczki, w gąszczu czarnych, kręconych włosów pojawiały się już siwe fragmenty. Nawet jej dłoń wydawała się  jakaś taka słabsza, drobniejsza, jakby ulatywało z niej życie. Nie spędzały razem dużo czasu, a ten uciekał nie wiadomo kiedy. Jednocześnie dobrze znała powód, przez który tak rzadko się spotykały. Wciąż jednak nie potrafiła całkowicie odciąć się od kobiety. Valentina westchnęła i wymusiła uśmiech.
- Okej, niech będzie i obiad.
- Wspaniale! - kobieta nagle się ożywiła i ponowie objęła dziewczynę, tym razem mocniej. - To co, jutro u mnie o 15?
- Pasuje, mam akurat wolne i żadnych planów. - kiwnęła głową i poprawiła torebkę na ramieniu.
- Wyślę ci adres.
- Przecież pamiętam gdzie mieszkasz. - Val przewróciła oczami.
- Oj nie wiem nie wiem, tak dawno mnie nie odwiedzałaś.
    Dziewczyna postanowiła nie odpowiadać na ostatni komentarz. Pośpiesznie pożegnała się, wykręcając się zmęczeniem i bólem głowy. Ruszyła w stronę mieszkania z myślą, że dzisiejszy poranek to dopiero przedsmak jutrzejszej katastrofy.

***

    Wpatrywała się we własne odbicie, poszukując w nim jakiegokolwiek powodu, dla którego matka mogłaby się przyczepić. Jej twarz rozmywały przemijające za szybą budynki. 

    Ostatni raz spojrzała na interfejs chatu. Pisanie z nim wydawało się takie naturalne, jednak z tyłu głowy cały czas wisiała myśl on już nie jest twój.

Przystanek: Corpo Plaza

    Na miękkich nogach wyszła z wagonu metra, wyjęła z kieszeni okulary przeciwsłoneczne. Założyła je chociaż wiedziała, że zaraz będzie się wkurwiać za każdym razem jak spadną z nosa. Nie miała dużo do przejścia, raptem pięć minut i już znajdowała się pod wieżowcem. Z bólem brzucha jechała windą na szóste piętro. Przeszła przez długi korytarz i stanęła przed drzwiami. Już uniosła dłoń żeby zadzwonić domofonem. Myślała, że całość pójdzie miarę sprawnie. Przyjdzie, zje obiad i wróci do domu. Mózg jednak wiedział swoje, wysyłał sygnały do całego ciała. Dłoń od razu powędrowała do ust, aby zęby mogły zdeformować palce i odsłonić mięso. Druga ręka bawiła się skrawkiem czarnej, jeansowej spódnicy. Jej nogi prowadziły ją w te i we wte po korytarzu, próbując rozchodzić narastający stres. Stanęła przed jednym z luster, które ozdabiały korytarz. Dłońmi przeczesała włosy, które miejscami zdążyły się splątać w jeden kołtun. Poprawiła bordowy, koronkowy top tak, aby trochę bardziej zasłaniał jej biust, a mogła go złapać agrafką, chociaż o tym pomyślała już w metrze. Przetrzepała spódnicę z niewidzialnego kurzu i spojrzała na nogi ozdobione kabaretkami. Wieloletnie glany nadal trzymały się w perfekcyjnym stanie, nie licząc paru zadrapań.
- I na chuj ja się zgadzałam - powiedziała ze zrezygnowaniem sama do siebie i momentalnie ruszyła do drzwi.
    Zadzwoniła i czekała, aż jej kat wpuści ją do środka. Był dziś ubrany w czarny, wełniany golf, eleganckie spodnie. Jego uszy zdobiły złote kolczyki, a usta były wykrzywione w nienaturalne dziwnym uśmiechu. 
- W końcu jesteś, już myślałam, że się spóźnisz. - Przepuściła dziewczynę do środka.
- Wiesz jak wygląda podróż metrem, różne rzeczy dzieją się po drodze - odpowiedziała i ściągnęła skórzaną kurtkę, która wylądowała na wieszaku.
    Kobieta wyszczerzyła oczy, wpatrując się w odsłonięte ramiona dziewczyny. 
- Czyś ty zdrurniała już całkowicie? - spytała podniesionym głosem, wskazując na córkę. - Jak ty wyglądasz. Zaraz się rozchorujesz, jak będziesz się tak rozbierać.
- Mamo, jest początek maja, przecież jest ciepło.
    Val próbowała z całych sił nie dać wyprowadzić się z równowagi. Ledwo co przekroczyła próg i już się zaczęło. Relacja z matką właśnie tak wyglądała. Próbowała ją kontrolować, dziewczyna się buntowała, po czym i tak przychodziła z nadzieją, że może coś się zmieni. 
- Pomóc ci z obiadem? - spytała. czując zapach gulaszu.
- Nie trzeba, już będę nakładać. Siadaj do stołu. - powiedziała i ruszyła do kuchni. - Co to za moda... Nie tak ją ubierałam - mamrotała pod nosem.
    Val usiadła przy małym stoliku z ciemnego drewna. Poznawała tę kwiatową wystawę, miski, sztućce, talerze. Nie spodziewała się, że zabierze prezent ślubny do nowego mieszkania, chociaż ciężko było stwierdzić, czy jest nowe. Kobieta co chwilę zmieniała mieszkania, w salonie stały nierozpakowane pudełka, a kanapa w dalszym ciągu była owinięta folią. 
- Dlaczego dalej się nie rozpakowałaś? Nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty, a to już prawie rok.
- Nie mam czasu na takie rzeczy, wiesz jak to jest gdy praca pochłania całe twoje życie - odpowiedziała idąc do stolika z garnkiem i chochlą. - Banki to strasznie zapracowane środowisko. Zresztą u ciebie jest podobnie.
- Zależy od dnia, niektórzy wolą leczyć się u ripperdocków.
- I dobrze! Nie da się czasem u was załatwić jednej prostej rzeczy - burknęła nalewając gulasz do misek.
- Gdyby ludzie nie robili nam awantur, szanowali swój czas jak i lekarzy to nie byłoby problemów.
- A co ty tam wiesz. - Machnęła ręką.
- Przecież tam pracuje - parsknęła śmiechem. - Ale ty oczywiście wiesz lepiej, prawda?
- Walentyno...
- Ile razy cię prosiłam, żebyś tak do mnie nie mówiła.
    Nie doczekała się odpowiedzi. Kobieta zasiadła do stołu i razem zabrały się za jedzenie obiadu. Rozmowa spłynęła na jakieś pomniejsze sprawy, jak przeprowadzka, dobór mebli i tak dalej. Val nie czuła się komfortowo w tej sytuacji. Wiedziała, że zmusza się do siedzenia z matką, a jej postać tylko pogarszała sprawę. Po zjedzeniu obie ruszyły do kuchni, aby nieco pozmywać.
- Kiedy sobie w końcu kogoś znajdziesz hm? - Zoella przekazała dziewczynie kolejny widelec do wytarcia.
- Skąd w ogóle to pytanie?
- Nie jesteś już młoda, zaraz dobijesz trzydziestki, a ty nadal jesteś sama, jak palec.
- Dobrze mi z tym. - Kłamstwo.
- Mogłabyś się wreszcie ustatkować, założyć rodzinę. Może kiedyś sprezentujesz mi wnuczkę, co?
- Mamo. - Val odłożyła widelec do szuflady, rzuciła szmatką na blat i oparła się o niego rękoma. - Przecież wiesz, że nigdy nie będę miała dzieci.
- Oj tam oj tam, technologia idzie do przodu i może kiedyś będziesz w stanie. - Popatrzyła na dziewczynę od góry do dołu. - Chociaż jak dalej będziesz się ubierać jak prostytutka, to nikt cię nie będzie szanować.
    Val spojrzała na matkę szerokimi oczami. Od zawsze sterowała jej życiem, w czasach szkoły średniej nie mogła wyjść z domu, jeśli była nieodpowiednio ubrana. Przetrzepywanie plecaka w poszukiwaniu dodatkowych ciuchów było normą. Zawsze były niezgodne w tej kwestii, ale nie sądziła, że matka patrzy na nią w ten sposób.
- Ty naprawdę sądzisz, że masz coś do powiedzenia w tej kwestii? - Val odbiła się od blatu. - To jest moja sprawa jak się ubieram i czy mam kogoś, czy też nie. Nic ci do tego.
- Jestem twoją matką. - Podniosła głos i spojrzała na córkę. - I ja wiem, co jest dla ciebie najlepsze.
- Gówno prawda, niczego nie wiesz! - Dała się sprowokować, to fakt, ale nie miała już siły, na przekomarzania. - Kontrolowałaś moje całe życie i dalej próbujesz to ciągnąć. Nawet nie wiesz, jak się czułam, gdy nie mogłam się ubrać w to co chciałam. Czułam się jak ptak w pierdolonej klatce. Nawet znajomych mi dobierałaś do cholery. A teraz mimo upływu lat, nadal nic do ciebie nie dotarło? Że może zjebałaś wychowanie córki? - Wszystko ulatywało z niej jak powietrze z balonika.
- Ojciec ci czegoś nagadał prawda? - spytała sięgając do jednej z szafek. Od razu otworzyła wino i nalała sobie pełny kieliszek. - Znowu cię nastawia przeciwko mnie, sukinsyn - mruknęła do sbardziej do siebie niż do córki.
- Nie wytrzymam, nawet nie mogę tego pojąć. Rozwiodłaś się z nim ponad dziesięć lat temu, a ty dalej uważasz, że to wszystko jego wina? Nawet nie potrafisz przyznać się do błędu. - Val pokręciła głową, spoglądając na matkę. - Nie mam słów. Ostatni raz przekroczyłam próg twojego mieszkania. Nawet nie myśl się ze mną kontaktować.
    Ruszyła pędem do przedpokoju, pośpiesznie zaczęła sznurować buty, jednak trzęsące się ręce uniemożliwiały sprawę.
- Myślisz, że jak zrobisz szopkę, to będziesz dorosła? - Zoella stanęła w przedpokoju i wpatrywała się w córkę.
- Na pewno doroślejsza od ciebie.

***

    Nie wiedziała jak i kiedy dostała się do swojego mieszkania. Nie wiedziała, że wyciszyła wszystkie powiadomienia i nikt nie mógł się z nią kontaktować. Zrobiła to, co obserwowała od wielu lat. Kiedy tylko coś zaczyna się sypać, alkohol był idealnym rozwiązaniem. W końcu skądś wzięło się powiedzenie, jaka matka taka córka. Zrzuciła z siebie kurtkę, a buty leżały na środku apartamentu. Od razu zajrzała do barku, a po chwili stolik przy kanapie zapełniony był różnymi winami. Jeden kieliszek, zmieniała się jedynie zawartość. Usadowiła się w swoim ulubionym fotelu. Miał wysokie podłokietniki i w pełni zabudowane oparcie. Czuła się w nim bezpiecznie, jak larwa w kokonie.
    Świat nieustannie wirował. Nie potrafiła zliczyć, ile butelek stoi na stoliku. Sama to wszystko wypiła? Czy dopiero czekały na swoją kolej? Nieistotne. Ważny był kieliszek pełny czerwonego, wytrawnego wina. Specjalnie trzymała je na takie czarne godziny. Wtedy wchodziły jeszcze lepiej. Nie zwracała uwagi na godzinę, chociaż powinna zauważyć, że od dawna jest ciemno za oknami.
    Rozległo się dzwonienie do drzwi. Nawet gdyby chciała wstać i otworzyć, to nie była w stanie. Poprawiła się więc w fotelu, opierając głowę o zagłówek. Pewnie Isabella zamartwia się jej stanem. Nie liczyła, że będzie to ktoś inny. Ku jej zaskoczeniu po chwili usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i znajomy głos. 
- Val? Val gdzie jesteś?
    Przyszedł. Mimo tego wszystkiego co ostatnio się działo, on przyszedł do niej. Podniosła głowę, rozejrzała się w poszukiwaniu swojego wybawiciela. No tak, przecież miała się odezwać.
- W salonie! - Zawołała nadto donośnie, po czym opróźniła kolejny kieliszek.
    Podciągnęła nogi do klatki piersiowej i czekała, aż Desmond wynurzy się zza kanapy. Uśmiechnęła się cierpko w jego stronę.
- Wybacz, że nie dałam znać, nie miałam ochoty na rozmowy - wytłumaczyła się od razu. Mówiła powoli, starając się nie pokazać, jak długo już pije.
    Chłopak westchnął ciężko, widząc puste butelki po winie walające się po kontach salonu. Stan dziewczyny również to potwierdzał - czerwone policzki; nieszczery, krzywy uśmiech na twarzy... 
- Val... - szepnął, siadając obok niej. - Co się stało? Strasznie się o ciebie martwiłem, w ogóle nie odbierałaś telefonu, bałem się, że mogłaś sobie coś zrobić...
    Parsknęła śmiechem na jego słowa.
- Ja zrobić coś sobie? - spytała zdziwiona. - Desmond przeceniasz mnie, nie jestem na tyle odważna. - Pokręciła głową, wpatrując się w pusty kieliszek. - Obiad przebiegł w sposób klasyczny. Ona się mnie czepiała, ja się denerwowałam. Tylko że tym razem już nie wytrzymałam. Naubliżałam jej po czym wyszłam z domu. Nawet nie wiem, jak tu dotarłam.
    Nie trawił matki Val całym sercem, lecz sam nie potrafił do końca stwierdzić, dlaczego. Wydawało mu się, że to przez pogarszający się humor Valentiny po każdym ich spotkaniu. Jej liczne, rzewne łzy i łamiący się głos od płaczu, które żłobiły trwale piętno w jego sercu. 
- Val... - odparł, chwytając kieliszek z jej dłoni, by postawić go na stole. - Chcesz o tym porozmawiać? Wiesz, że jestem tu dla ciebie, prawda?
    Nawet nie miała siły siłować się o kieliszek. Jej dłoń swobodnie opadła na kolano. Popatrzyła się na Desmonda i nie odezwała się ani słowem. Wpatrywała się te jasne oczy, w te potargane czarne włosy. Wydawał się być tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Ostrożnie wyciągnęła dłoń ku jego twarzy, jednak gdy tylko musnęła czarne pasemko, zabrała rękę niczym poparzona. Nie mogła tak robić, obiecała sobie, że nie będzie się wtrącać i mieszać.
- Ja przepraszam, sama nie wiem co robię.
    Zaczęła grzebać po kieszeniach, az w końcu znalazła papierosy i zapalniczkę. Desmond ujął ostrożnie jej dłoń, a ta spojrzała na niego. Chciała zatrzymać ten obraz w głowie, żeby nie uleciał tak szybko. 
- Nie palimy w mieszkaniu. To twoja zasada, pamiętasz?
    Kiwnęła głową przyznając mu rację. Bez większego ostrzeżenia wstała na równe nogi i chwiejnym krokiem udała się na balkon. Nie wiadomo, jak doszła tam sama. Stanęła przy balustradzie i oddychała głęboko, mając nadzieję, że świeże powietrze trochę oczyści jej umysł.
    Desmond przymknął za nimi balkon i odetchnął świeżym, nocnym powietrzem. Valentina zaoferowała mu papierosa ze swojej paczki, którego przyjął bez większych namów. Zapalniczka, wdech i dym, który rozległ się po płucach, powoli uciekając z jego ciała przez nos. Nieustannie siłowała się ze swoją zapalniczką. Z każdą próbą irytowała się coraz bardziej, chociaż przed chwilą odpaliła jego papierosa bez problemów.
- Wiesz, że nie musisz mi nic mówić... Nie oczekuję od ciebie żadnych wyjaśnień. Po prostu chcę, byś wiedziała, że jestem tu dla ciebie. Wiem, że to może być niewiele, ale jak ty tak mówisz, zawsze mi to pomaga... - odparł i przeniósł wzrok na nią, lekko się uśmiechając. - Hi-me.

H I M E

    To słowo zaczęło dzwonić w jej głowie niczym syrena. Jak czerwony przycisk, który po włączeniu odpala kaskadę wspomnień. Te pierwsze próby nieudolnych podrywów. Wspólne wieczory na kanapie i wspólna noc w obozie. A później ona. Zatracenie wszelkich szans na wspólną przyszłość. Tak długo się skradała i w końcu ktoś ją ubiegł. Nie zwróciła uwagi, kiedy dłoń z zapalniczką zaczęła się niekontrolowanie trząść. Zagryzła wargi, powstrzymując napływające łzy. Wiedziała, że zaraz coś powie.  Odwróciła się do niego plecami, kucnęła zasłaniając usta dłonią, w której nadal trzymała papierosa.
    Desmond uśmiechnął się lekko i zbliżył się, kładąc zimną dłoń na jej ramieniu. Drugą ręką złapał zapalniczkę i odpalił ją, ostrożnie zapalając papierosa w jej ustach. Valentina wzięła drżący wdech i po chwili wypuściła chmurę dymu. Nie wiedział, co ma zrobić - ma ją przytulić, pocieszyć, powiedzieć coś? A może po prostu być tu przy niej? Która opcja była tą "poprawną"? "Najlepszą"?
- Hime... - szepnął, chwytając jej trzęsącą się dłoń. - Proszę, powiedz coś. Daj mi jakiś znak... Co mam zrobić, byś poczuła się lepiej?
    Niepewnie spojrzała w bok, był przerażająco blisko jej twarzy. Mogła teraz rzucić mu się na ramiona i całować do rana. Później obudzić się naga w łóżku tuż obok niego, żeby potem zamówić pizzę. Ta wizja była na wyciągnięcie ręki, ale tak krucha, tak łatwa do zepsucia. Brała coraz bardziej drżące wdechy, ale w takiej chwili nie potrafiła się poprawnie zaciągnąć.
- Desmond, nie możesz zrobić nic, co bym chciała. Obiecałam sobie, że nie będę psuć tego, co wybudowałeś. Nawet nie wiem, czy powinieneś być tu teraz ze mną.
- O czym ty mówisz, Val? - zapytał.
    Widząc jej drżące dłonie, przechwycił papierosa z jej ręki przytrzymał przy jej ustach, by mogła się porządnie zaciągnąć. Ich ciała niemalże przylegały do siebie, będąc jedynym źródłem ciepła podczas tej chłodnej nocy. 
- Przestań mówić zagadkami. Powiedz, co czujesz. Przecież nie znamy się od wczoraj.
    Nawet porządne zaciągnięcie się nie pomogło. Czuła się jak tykająca bomba, z każdą sekunda coraz bliżej wybuchu.
- Co chcesz usłyszeć? To że mi się podobasz i nie mogę kurwa o tobie zapomnieć od tamtej nocy? - wypaliła samoistnie. Dopiero po chwili zorientowała się, jakie słowa opuściły jej usta, a dym poniósł je w miasto. - Zbierałam się, żeby ci o tym powiedzieć, ale ktoś mnie uprzedził. Teraz to już nie ma znaczenia. Zostałeś mi tylko w tej przyjacielskiej formie.
    Przez dłuższą chwilę Desmond nie wiedział, co ma powiedzieć. Jego uczucia były jak kłębek poplątanej wełny, którego za nic nie mógł rozplątać. 
- Ja też... Ale, może tak będzie lepiej? - odparł, sam nie do końca wierząc w te słowa. - Jestem zbyt skomplikowany, Val. Nie chcę obciążać cię tym całym balastem. Moonhe... Jest w stanie mnie zrozumieć. Sama przez to przechodzi, więc myślałem, że będzie nam łatwiej. Ah... - westchnął, zaciągając się papierosem. - Ale z biegiem czasu to sam już nie wiem. Chyba nie jestem spisany na relacje. A myślę, że ty z łatwością kogoś znajdziesz. Jesteś przepiękną, bardzo uzdolnioną kobietą... Wiele mężczyzn chciało by cię mieć w swoim życiu.
    Usiadła na zimnej podłodze, opierając się plecami o balustradę. Zaśmiała się na jego ostatnie zdanie. Pokręciła głową i schowała twarz w dłoniach.
- Matka twierdzi że i tak nikt mnie nie zechce bo ubieram się jak dziwka, więc nie liczę na nic - zaśmiała się. - Ale ja ich wszystkich nie chce do cholery. Chcę ciebie Desmond. Szkoda że uświadomiłam sobie to za późno - pociągnęła nosem i ponownie zaciągnęła się papierosem. - Oparła głowę o balustradę i zamknęła oczy. Chciała zasnąć i mieć ten dzień za sobą.
    Desmond spojrzał na nią - kompletnie załamaną, trzęsącą się, z łzami w oczach. Nie mógł wyzbyć się scen z tamtej nocy - jej dotyku, jej ciepła i uśmiechu, za którym tęsknił...

"To złe..." - pomyśłał
"Jednak pragniesz tego."
"Idź za głosem serca, Desmond"

    Tak wiele myśli w głowie, która jest poprawna?
- Val... - szepnął, patrząc na nią, skonsternowany. - Hime...
    Gdy w końcu spojrzała na niego, on kucnął przy niej i pogładził jej policzek. Chwilę wpatrywał się w jej piękne, załzawione oczy. Myśli buzowały, przeplatały się między sobą, jednak wszystkie zniknęły, gdy zbliżył do niej swoje usta. Znajome, ciepłe, miękkie wargi po długim czasie opatuliły jego usta w miękkim pocałunku. Tego, za którym tak tęsknił, którego tak ponownie pragnął. 
    Nie ważne, co stanie się jutro. Liczy się chwila... To, co jest teraz. Liczy się... ona.
    A ona? Chciała się odsunąć już w momencie, gdy dotknął jej policzka. Jednak nie potrafiła. Tak bardzo tęskniła za tymi ustami, które tamtej nocy wprawiły ją w rollercoaster doznań. 

Poddała się i zrobiła to z wielką chęcią. 

    Niedopałek upadł na podłogę, a ona zatopiła palce w jego włosach. Osunęła się z balustrady, praktycznie już leżeli jedno na drugim na zimnym podłożu. Było jej lżej z myślą, że to on zainicjował pocałunek. Może w dalszym ciągu są jakieś szanse? Desmond zawisł nad nią, opierając się dłońmi o chłodne, balkonowe płytki. Nie mógł oderwać od niej ust. Wiedział, że to złe, jednak jakaś cząstka niego nie pozwalała mu się od niej odsunąć. Krótkie oddechy, zimny wiatr rozwiewający ich włosy i miękkie wargi tańczące ze sobą jakby miało nie być jutra. 
- Val... - wyszeptał między pocałunkami. - To złe, ale... Nie mogę...
- Jutro będziemy się tłumaczyć - mruknęła prosto w jego usta. - Teraz mam to gdzieś,
    Z powrotem wpiła się w jego usta. Uwielbiała je i nie zamierzała się nimi dzielić. Już nie. 
- Des... Zimno - dodała po chwili, chcąc przenieść się do środka.
    Mimo iż ich ciała były wręcz gorące, to w dalszym ciągu natura przeganiała ich z balkonu. Desmond mruknął między pocałunkami i niechętnie odsunął od jej usta. Szybko i zwinnie podniósł się z chłodnych płytek i pomógł wstać Valentinie, która od razu wskoczyła mu w ramiona. Chłodny wiatr został za przesuwanymi, oszklonymi drzwiami balkonu, a oni ponownie zostali otuleni ciepłem mieszkania. Mężczyzna położył rudowłosą na kanapę i ponownie zawisł nad nią. Ich usta znów przyległy do siebie. Jej dłoń wplątała się w jego powoli rozplątujący się warkocz, zakręcając coraz większe kręgi wokół uwalniających się, czarnych kosmyków. Na chwilę oderwała się od niego, żeby zaczerpnąć powietrza. Powoli dochodziło do niej, co tak na prawdę wyrabiają. Bawiła się jego kosmykiem, który parę minut temu sparzył jej palce.
- Des, jeżeli ty nie jesteś tego pewny możemy przestać w każdej chwili. Nie chcę, żebyś po tym czuł się źle - powiedziała. - Cholera co ja gadam. Raz mówię tak, drugi raz co innego. - Przyłożyła dłonie do twarzy. - Chyba serio za dużo wypiłam...Po prostu nie chcę, żebyś tego żałował.
    Desmond zaśmiał się delikatnie, widząc kosternację na jej twarzy. 
- I tak już się przelizaliśmy... - szepnął. - Zabrzmi to baardzo źle, ale... Nikt nie musi się dowiedzieć... Prawda? Nie wiem, to nie jest dobry czas, by rozmawiać o uczuciach. Moonhe i ja i tak... Uh. To skomplikowane. Ale jak mam powiedzieć nie, jeżeli jest to to, czego pragnąłem od dawna? Czuję, jakby to wszystko to był długi sen... - odparł, wycierając jej wargi z resztek śliny.
- Może wyjdę na hipokrytkę, ale czemu nie zagadałeś mnie wcześniej? Gdyby jedno z nas odważyło się powiedzieć drugiej osobie to co myśli, może nie byłoby takiego zamieszania.
- Nie wiem, bałem się, że wyjdę na idiotę. Że dla ciebie to był tylko jeden raz, a ja fantazjuję po nocach o tym. Zapadłbym się wtedy chyba pod ziemię. - Zarumienił się.
- Z początku myślałam, że tak było. Że to jednorazowy skok i o tym zapominamy, ale ja nie dałam rady. Zbyt często śniłam o tym po nocach, żeby to miała być drobnostka. - Zatrzymała się na chwilę. Desmond nie wiedział. Nie wiedział a ona nie była pewna, co zrobi, gdy się dowie. Nie chciała  tym rozmawiać, jednocześnie nie mogła tego odwlekać. - Des, jest jedna rzecz, o której nie wiesz.
- Co dokładnie Hime? - spytał, gładząc jej policzek.
- Nie jestem w stanie ci o tym powiedzieć. Chodzi o to, że jeżeli my... Pójdziemy z tym wszystkim dalej, to nie wiem czy ta informacja nie zmieni tego, jak na mnie patrzysz - powiedziała zaniepokojonym głosem.
- Nic na tym świecie nie byłoby w stanie przekonać mnie, bym zmienił o tobie zdanie... Z resztą, o czym my mówimy... Mam "milion" osobowości, więc... Chyba wychodzi i tak po równo. - uśmiechnął się. - Będziemy się martwić jutrem, jutro, Hime... Tyle rzeczy już przetrwaliśmy razem... Co niby mogłoby nas zatrzymać?
- Tylko my sami - odpowiedziała.
    Wielki kamień spadł z jej serca, przynajmniej na tamten moment.  Pierwszy raz dzisiaj uśmiechnęła się szczerze, nawet nie poczuła tej pojedynczej łzy, spływającej po policzku. Rozłożyła szeorko ręce, zapraszając Desmonda do wielkiego ścisku. Gdy ten połozył się na jej klatce, przyjemne ciepło rozlało się po jej ciele. W końcu go miała. Trzymała go w dłoniach, chociaż nadal obawiała się, że stłucze się w najmniej spodziewanym momencie. Desmond wtulił się w jej klatkę piersiową i przymknął oczy, przy wydechu wyrzucając z siebie cały ciężar. 
- Oboje jesteśmy nieźle popierdoleni - odparł i odsunął się nieznacznie, by spojrzeć ponownie w jej piękne oczy, z których po policzku zaczęła spływać łza. - Czujesz się już lepiej, Val?
    Kiwnęła pewnie głową i nadgarstkiem przetrała łzę. 
- Lepiej, tylko nadal trochę pijana. Z chęcią położyłabym się już do łóżka - odparła, a Desmond uniósł znacząco brew. - To musimy przełożyć na inny dzień - zaśmiała się. - Teraz na prawdę  potrzebuje się położyć.
- Twe życzenie jest mym rozkazem... - szepnął i wstał z kanapy.
    Valentina wyciągnęła do niego ręce, a on niezwłocznie wziął ją w ramiona. Plecami otworzył drzwi do sypialni i położył ją delikatnie na łóżku, okrywając ją kołdrą, a następnie sam zdjął koszulkę i położył się obok niej. Sama szybko zrzuciła z siebie spódnicę, została jedynie w topie i dolnej bieliźnie. Od razu przytuliła się do chłopaka, wdychając jego zapach.
- Tu jest mi tak dobrze, że nie mam zamiaru się stąd ruszyć. Nie oddam cię nikomu...
- Hm. - uśmiechnął się, przymykając oczy. - Nawet gdy jest kilkanaście wersji "mnie"? Jesteś pewna, na co się piszesz? To nie jest łatwe zadanie. Nie chce, byś przez to ucierpiała.
- Jutro... Wszystko jutro... - odpowiedziała cicho i nie wiedząc kiedy, zasnęła.

Komentarze

Popularne posty