Rozdział IV. MIŁOŚĆ
Jakiś czas temu
"Desmond, obiecuję ci, że jak wyciągniesz to z siebie, to będzie ci lepiej." - delikatny, kobiecy głos obijał się o jego myśli.
- Nie potrafię. - powiedział na głos. - Nie jestem tak utalentowany, jak ty, Akari.
Płótno przed jego oczami wciąż pozostawało puste. Patrzył z zastanowieniem na półpełne pudełka od farb. Przepełniony żalem zauważył, że opakowania z ciemnymi barwami są niemal puste, a te pełne kolorów zaczynają wysychać.
"Poprowadzę cię" - odparła ze spokojem. - "Zamknij oczy. Po prostu pomyśl o tym, co czujesz,jakie wspomnienia przewijają ci się przed oczami... A ja poprowadzę rękę."
Wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Obijające się o okno krople deszczu powoli zaczęły wciągać go w wir wspomnień i emocji.
Ból. Żal. Wyrzuty sumienia.
Widzi jej oczy, pełne nadziei i radości. Wszystkie emocje, które zaczęły tlić się w jej sercu, są wynikiem kłamstwa.
Jego kłamstwa.
Pierwszy raz ktoś go zrozumiał. Przeszedł przez to samo piekło co on.
Patrzył prosto na nią, a zamiast ulgi w jego sercu kwitnęła trwoga.
Strach przed czymś, co nie zdążyło się wydarzyć. I już zawsze pozostanie jedynie wyobrażeniem.
Dał jej złudną nadzieję na początek czegoś wielkiego. Sam znając odpowiedź od samego początku.
Uciekał od myśli, że jego serce bije szybciej tylko na jej widok.
W głębi wiedział, że...
Jej usta nigdy nie będą tak miękkie jak jej...
Nigdy nie zgubi się w jej oczach tak samo.
Jej uśmiech nigdy nie wzbudzi w nim tyle ciepła i nostalgii.
Nigdy nie będzie pragnąć jej dotyku tak bardzo, jak... jej.
Jest kłamcą.
Wykorzystał ją.
Dotykał jej ciała z myślą o ciele innej.
N̸̛̘͖͇̞̖̏̐̓͆́̀͗̍̀͝i̴̟̳̩̼̠̤͍̒͌̂͌̇̑̚e̸̻̺̭̭̯̔̀̌̄̋͆̓̑̈́̓̚̚̚ ̷̖͚̼̫̥̝̻̯̮͎͍̖́̑̂̉̒͐̊̾̀͋̂̕͝z̶̖͔͓̺̫̱̪̬̫̗̳̪̞͌̀͛̎̐̓̾̀̕͝a̷̙̥̅͊̀͝s̸̢̨̝̖̒͗ł̶̮̐̉̊ũ̶̡͇͚͔̘̑̓g̷̞̼̻͛̄̽͊͊͘̕ư̵͚̘͔̼̤͕͑͊͗̑̏̐̎̎͠͠j̶͒̒̓ͅę̶͚̹̪̮͈̥͔̰̝̼̾̓͊̃́̎͋̌̂̓̃̿͠s̶̢̬͈̭̼̠̠͇̫̟̤̭̊̒̋́͠z̷̢̛̠̻̜̫̱͈͇͍͙̘͆̈́̿̇̔̑̕͝ ̷̡̡͙̮̬̱̯̦̱͍͖̮̠͌̂̇̍̂̐̑̏ņ̸̛̂̉͐͛̍̋̚͝à̶̢̨͍̜̘̈́̐̈́̊̋̀͑̐͌̍͝ ̵͚͎̺̝͍̥̳͛̽̔̌̓͋̃̋͊̕m̸̧̝̱̪̦̞̜̣͈͍̥̃́̇̀͜͝i̵̻͇̩̳̖͕̦̳͙̙̮͙͇̅̋̓͋͑̊͂̽́̊ͅł̸̡̢̢̨̛̣͔̖̖̹̼̲̰͓̞́͒́̌ͅǫ̴̢̪͓̞̝͔̺̤̹̟̟̻̤̱̔̇̇̾ś̸̡̗̦̑ć̸̢̭̮̩͎̝̈́.̶̓̅͑͋͗̇͆͊͐͋͂̃͐͝͠
Zabawił się jej uczuciami. Dał złudną nadzieję.
Zrani jej serce.
N̴̢̡̻̞̭̖̫̻̭͙͚̝͖̰̦͉͉̝̖͙͚̅̈́̽̍ḯ̸̡̔̈́̈̎́̌͑́̈́̆̈̀̆̑͆͆́͗̚̚͝͝e̸̢̡̥͎͇̫̣͉͍̰̻̐̍͌̋̍̿̓̅͊̓̈́̃̏̉̿̒̎̆̉̃̇̋̂̂̆̚͜͝͝ ̶̧̡̛̹̰̙̳̖̮̹͓͖͈̣̇͌͑̾̒͛̈͊̃̈͗̂̇͒̅̾̓̑̈́̕͝͠ĵ̷͔̘͎̍̃̽̃̄̽̈́̄̓ȩ̴̛̲̭̩̝̐̏̑̓͊͆͋͛̈́̄̇̆́s̴̡̡̢̡̛̱̦͎̣̝̦͎̝̦̰̰̠͕̥͖̰̥͖̥̣̱̗̬̞̈̈́͛̐̓̆̄̊̓̽͊̎̋̀̎̈̐̋̀͂͗͑̂͑͜͜͝͝t̸̙̟̮̠̍͐̓̄̌͛͆̄̚̕͝ḙ̵̡͎̩̩͍̗̲̰̮͚̟̱̙͙̺̯̖͈̹͍̱̼͍͚̖̯̋͜͜ś̵̨͓͇̩̮̠̤̓͐̈́̌́̉́̄́͛͆̀̉͒̑̈́͜ͅ ̵̨̨̛̹͇̥̜̯̯̠̺̻͚̞̱͚̭̙̱̦͖̙̳͍͖̼ͅͅĭ̴̝̿̂̈́̈̆̍̑͛̽̒̀̏͛̅́͊̓̔̎̋͒͒̿̚͘̚͠͝͝͝c̴̨̹̥̳̮͎͓̱͈͉̟̬͙͈̪̓̂̆͘ḧ̵͍̮́͗̈́́͂͐̊̄̿͊̔͛̉̓͋̌͛̆̈́̄̒̀̃̅͘͘͜͝͝ ̶̡̧̡̢͖͓͚͚͓̫̯͕̙̘̙̰̫͖̘̫̹͍͈̺̬̰̭͎̠͊͂̃̊̿̊̿͊̓̈́͋͌̅̀͛̈́̌̓̀̓̕͜͝͝ẃ̸̧͓̱̜͍͂̈̀͂ͅą̴̧̛̮͍̘͈̱͉̳̩̙̟̗͇̬̱͕̻̼̣̹͎̪̌̐̓́̍͌̔̋̄̌̓̅͋̇̑͊̆̂̑̍̕͜͠ŗ̵̨̙̘͔̹̳͇̮̪̦̯͉͕̫̣͚̜̹̰̼̰̹̫̙̥̪̣͈̦̞͑̆͛̿̆̃͛̄̈̑̍̽͠͝͝ẗ̵̗͍̦̞̖͇̖͈̼̬̥̯͎͍̲̞̲͓̪̥͇͖̗͔̮̞̥̬̈́͐̏̾̍̇͐̾̔̀͋͝ͅ
Czy zasługuje na jej miłość?
Czy jest w stanie ją prawdziwie kochać?
Z̴̧̛̗̞̪̼̺̺̩͔͈͙̺͙̱̣̜̥̠̯̻̟̣̟̦̩̠̬͑͛̌͗̿͆̊̀͗̓̌̂̀̾̍̏͌͒̐͌͐́̉̽̓̍̚͝͝͠͝ȧ̶̢̡̮̠̟͙̦̯̫͓̲̹̦̝̟̠̤͉̱̲͉͎̙͓͔̦̦͕̰͓̼̝͓͉̮̑͐͛̓́̊̾̚̚͜͝ͅẘ̸̛̛͉͍̜̺͉͔̘̠͓͙͕̥̈́͊͒̋̓̒̃̈́̍̆́̍͛̈̕ͅs̷̭͖͖̝͙̙̟̙̖̠̱̯͍̞̝̪̦̝̼̭̹͙̬̭͓͓̘̫̤̈́̇̏̌̋̎̐͆̿̎̐̀̅͂̄͆̆̾̒̎̃̀̊̂͒͘͠͝͠ͅz̷̨̨̢̢̠͓̺̼̦̦̩̘̘͔̼͓̟̯̯͙͎̳̜̰̤̼̗͖̼̩̹̬̊̆́̐̇̉͑͒͑̔͋̂͗̈́̓̎̒̄̈́͒̈́͂̏̔̇͘̕͘͜͝ͅë̷̛̞̻̺͖̻͕̝̳͓̩̝͕̤̜̦̗̘́̔͒̊̓̓̿̉͒̓̽͌́́̏̏́̔̎͂̏̿͗͘̚͘͘̚͠ ̶̰̣͖̥̟̈̋̄̓͊̓̔̃͑̀̄̎̈̒͂̇́̌̍̕͘͝͝b̵̧̨̢̪̯̪̞̖̬̜̥̘͚͓̰̯̼̹̯̪̬̠̯̤̹̳̤͙̯̠͉̼̣̙̞̋́̃̍͋̀̀̈́̓̄͜͝͝ͅỳ̷̡̢͎͕̳̗͉̣̳̳̖̟͋̔̈̑̉̍͐̓̎̌̂̈́̅̏͘̚͝͝͝ł̶̧̟̲͓̱̐̐̑̇̆̍̐̏̆̊̆̕̕͝ͅȩ̸̢̧̡̠͍͍͈̼̤̥̜̟̮͍̼̮̮͔̼̭̦̀̂̏́̎̔͐̔̽͒͊̄̔̐̏̂͛̀̇̇̀̀̈̂͠͠ͅś̴̡̡̛̛̛̞͎̝͔̮̼̲̻̳̠͓̥̻̥̺͕̩̖͉͍͇̺͚̿̑͗̅̎̅́̽͛̀̃͛̌̋̎̋̓̈͆͛͌́́͊̉̿̚͘͜ͅ ̷̢̨̨̧̟͓̩̜̻̖̲̩̺͚̮̭̞̬̝͚̭̘̖̳͐̃̈̆͒̔̇͛̅͗͝i̴̡̙̬̲̟̍̈́̾̊͑̀́͆̓̈́̒͛͋̉͑̄͂̂͂̀̓̽͛̊̑̈́̀̆̿̍̀̃̿̿̀͆̚͝͝ ̸̨̡̢̛̖̯̮̰̰̱̝͍̹̙̺̼̖͉͚͉̦̠͇̦̟̥̣͕̍͆̌̍̆̀̈́́͐̔͋̄̅͆̔͗̈́̕͜͜͠b̷̢̢̢̡̳̣̞͎̮̤̙͚͖̪̺̻͓̰̩͕͖̙̹̲͔̥̰̱̹̟͇̣̖͙̰̖̗̿̔͊̌̏͂̎̊̃̌ͅę̵̧̛̛͈͈̪̲̼̯̩͇̱̠̤͚̝̊̎̾́͒̽̑̈͆̒̌̀́̇͝͝d̸̛͔͚̱̫̭̣̹͊̓̀̑́̀̍̇̾̏̇̔̍̈́͛͛͂̉́͋͗̓̂̃̋͑̽̓͗͑́̚͠͠͝͝͝z̸̨̛̪̙͕̯͚͈͍̳̩̟͙͓̬̜̙̭̱̦̰̻̭̈́͆̈́̃́͑̾̓̆͋̑̈́̍͛̊̋̅̇͆̈̚͜͠͝ͅį̶̛͇̘̮̞̼̲͈̫͎̘͎̼̞̐̿́̈̉̑̈́̅̇̓̓̀̓̋̈́̎̂͒̋̈́̒̕̚̕͜͜͝͠ͅe̷̢̧̢̡̧̧̧͈͖͈̝̯̘̫͓̫͖͉̻̟̪͇̝̱̖͍̗̲̖̦̪͊̑̓̋͑̾̏̚͘͝͠ͅͅͅs̶̢̛̺̯̖̻̩̪̼̘̪̠̣̞̮̼͇̦̯̺̦͚̻̼̠̣͚̣͌͂͒̒͌̅̌̂̅̋̆͊̄͆͊͌̄͗͌̒̊̿̽̈́̈́̓͗́͗̒̇̊͘̚͘͝͠͝z̴̛͉͈̠̠̺̫̩͕̹̻͕̭̘̱͈̀̏̑́̌̒̔̐̅̾̈́̿̿̀̓͒̂̄̉̈́̿͐̂̎̽̇̔͘̕͝͝ ̸̡͚͓͕͇̲̙̺̭̺͚͕͍̞̺̗͌̄̀́͘p̸̢̛̣̱̹͍̫̲̘̆̀̏̉̈́̋̅̒̂̀͌́̏̌̑̈́̈́͗̃̈́́̎́͑̀̒́̓̕͠ȑ̷̫͎̊͐̎̾͐̈́̀̿̈̓̓̂̊̉̀̓̀͋̈́̇̅͋͋̇̄̈́̎̿̒̎̉͗̉̾̚͘̕͝͝ọ̷͔͍̮̣̝͍̭͍͓̹̘͎̉̾̎̓͗͌̒̽̏͂̔͜ͅͅb̴̛̳͎̭͔̩̱̬̜͇͕͐͋͆̄̽̐̈͐͛͛͌͂̏̆̆̑̓̏̚͘͠l̵̛̝͇̮̣̦̲̲̖̖̯̯͛̈́̀̐̑̈̾̓̄́̌̽̈́͑͜ͅé̵̡͚͈̱͇̰̪͚͖̭̰̺̳̲̪̱̻̱̥̪̳͈̭͕͙̯̞̉̂́̏̏́̐̿́̅̽̍̃́̀̌̚͜͠m̶̨̛̗͚͕̞͚̺͚͂̏͊̏̉̀͛̐͛̄̋̾̈̔́̾͋͊̐͊̈́̐̅͌̈́͊̓̿̎̿̂̐̾̐̇̚̕͠͠ḛ̵̭̦̦̥͈̳̺̦͋͂̉̽̔̀̀̒̋͛̅͋̾̒̑̋̃̅̇̚̕m̴̡̢̫͓̩̲͕͉̦̻̩̳̥͓̼̩̞͓̻͖̩̝̥̹͈͖͙̜̙̖̣̳̹̞̳̏͗̌̐̆͛̑͜ͅ
Czy nadal ma serce...? Skoro większość mięśnia...
... zastąpił metal?
Otworzył oczy. Na płótnie ujrzał czerń i chaotyczne białe linie na kształt serca.
---
Parę dni temu
Czarnowłosa azjatka nachyliła się nad nim z uśmiechem; jej usta były wyjątkowo blisko jego warg. Jednak przed oczami widział tylko jedną.
Ķ̶̗̱͙̲͖̯̪̮̫̤̠̟͚̱͎̩̖̞̻̯̰̳̲̭͈̪̩̹̈́̀͒̐̂͒̑́̐̃̋́́͌̾̿͛̔̾͑͌̿̊͘̚͜͠ ̴̢̹̮̳̹̞͕̺̘̳͐͗͛̅͜͝Ł̷̧̨͉͈̱̰͚̜̦͕̖̱̼͍̦͔̬͕̖̗̱̟͚̗͛̇̇͋͗̊͐͒͗̓̐͗̓̀̔̈́̀̾̌͒̓͋̋̎̄͛̔͐͋̽̉̄͛̚͜͠͠͝͝ͅ ̷̢̢̢͍̘̫͕͓̺͙̞͉̩̟̫͈͓̹̜̖̰̗̟̲̪͖̤̦͎̦̞͒̋̒̌͌̈́̔̋͗́̾͋͑̐̅̈́͂̏̋̒͊̀͋̈́̊̄͂͘̕̕̕̚͜͝͝͝A̷̧̨̢̡̛̗͎̞̗͔̙͔̻͈̼͛̂̈́̓͌̄̓̄̋́̐̎̑̔́̾͑́̔́̽̕̚͝͝ ̷̡̢̢̡̛̮̟̥͙̥̻͉̟͔̲̣̲̫̺͙̲̭̲̥͎̜̖͍̯͎̜̯͙̙͔͍̓̔͐͆̽̆̃̿̎̿̋̏̿̇̉͆̍̄͊́̃̃͑̚͠ͅͅM̶̼̞̫̗̈́̓́͌͆̓͋̃̌̇̆̆̈́̓̂͋͘̚̚͝ ̸̨̧̧̥̤͈͉͈͖̳͖̩̠͚̩̭͔̖͖̠̹̥̣͖̳̠̺̍́́̈́̆̅͒̿̍̊̈́͂̈͒͂̌͗̋̈́̑͐̋͑̓̄̌͛̑͐̚͘͘͠͠ͅC̸̡̛̥̊̑̂̽́̃̔̔̅̃̐̓̒̉͗̏͂͝ ̸̢̡̡̢̹̼̱̭͎̞̦͚̱͎̝̬͇͍͔̮̫̜̥̙̻̿̌̕͠͝ͅĄ̸̘͎̤̳̭̗͖̳̍̋̃͋̅̀̂͂̎̄͋̃͆̈́̓̓͒̂͌̌̌͑̏͘͠͠ͅ
K̷̡̡̡̢̢̨̡̘̗̱̯͇͈̭̯̳̖̳͎̱̣̯̺͕̳̮͎͕̩̰̇͑̇̊̈́̊͌̓̊̉̏̄͆́͂̏̄̀̃̀̔͂̇̏̎̂̇̚ ̴̡͕͍̭̯̩̥̖̼͈̫̲̀̀̂̎͋͌̈́͘ ̷̧̢̨̧̛̮̤͈̬̰̤̱̙͓̰̤̘̥͚̦̫͔͎̼̦͓̩̱͉̮̯̦̰̖͖̖̤̞̮̞̮͚̈́͋̌́͒̽̀̇̋̍̈̓̂́͗̑̇̓̇̿̍́̂̉̓̂̀͒̅͐̉̐̕̚͜͝͝͝͝͝͝ͅ ̷̘͔̩̤̠̍͋̒̾͆̒͛̏͆͐͌̍̃̈̓͗̔̄͛̃̀̔̐͂͑̓̾̉̒̀̚̚ ̵̛̹̩̹̦̟̹̭̯̼̥͈̩͙͙̱͚̣͈̫̻̭̯̮͚̲̭̥͎͔̘̭̞̣̻̻̻̖̙̻̤̗̣̒̽̇̄̾͘͜͝ͅͅ ̷̧̡̛͚͙̦̫̜̦̫͖̝̻̗̭̻͎̟͉̻̒̌́̽͆͒̀̎̚͘͜ ̷̨̝̹̺̻̱̟̗̱͙̞̱̝̩͇͚͎͍̆͋̀̌͋̈́͆͗̅̃̆͑̌̆͐̿̂̀͛̀̽͌̅̏̅̊͆̃̈́̈͗̇́̐͌͗̒̈́̔̌͒̚͠͝͝ͅͅŁ̴̧̡̨̡̧̢̛̖̻̻̯͙͖͔͔͕͎̠̰̠̹̝̞̥͇̞͕̞̯͖͇̼͎̹̪͍̫͓̂͊̇̈͗̅̽̉̀͗͊̈͆̉͛̈́́̊͊́͑̕͘͜ ̵̧̡̢̯͈̱̳̱̟̞̦̬̤̉ ̷̡̢̨̧̧̨̡̠̹̯̘̤̟̦͙̭̪͚͍̟̣̝̘̜̤̝͖̦̯͚͚͚̪̪̭̫̟͎͇̦͎̀̈̊͌̆͜ͅ ̴̧͉͎͕͔̦̙̣̙͓̼̘̜̣͇͓̘̙͍̜̋̇͋̂̈̔͗̈́͑̇̋̈́̐̃͛̐͗̇̒͋̎̾̕ ̷̧̧̢̺̭̮̙͍̦̮̰͇̰͖͔̹͈̲͎͕͖̹̣̫̰̥̲͈̞̭͊̎͊̽̊̈́͂̏̃̏͗̓͆̓̋̎̈̾̇̍̃̈́́̐̆̊͂̈́̚͘͘͘͝͝ͅ ̶̢̛̮̦̟̲̲͚̗̜̺͊̎͑̊͗̈́͐͗͒̋̀̏͊̐̃̾̊̄͊̊͠͝ ̷̖̲̌̔̌́̽̆͂̕Ą̸̢̡̛͍͖͇͇̟̮̟̙̣̗͉̝̝̖͉͕͍̫͔̞̫̟̺̰̦̺̤͔͊͆͋̎̌̑̽̾̊̂̾̈͘ ̴̨̢̗̗̱̤̙̮̹̲͓̹̼̩͔͙̙͇̹̹̰̫̼̼̗̩͙̪̜͕̬͙̝͓̣̥̮̤̞̪̊̉́̎͊̿̈̃̍̔͆̏̐̉̅́̓̉͛̉̑̒͒̈́̋̈͌͌͆̕̕͘͠͠ ̸̨̡̯̭͇̻͙͈̜̜͍̳͎̩͍̰̠̹̭͕́̆͛̿̐̾͐́̄̎͒͝ͅ ̸̛̛͔̹̺͓̤͕̥̜͍̻͗̍̔͋̅̾̈́͒͑̍͛̓̈́̀̋͂̏̌͛̏̾̉̀̎̆̉̏͂̒͘̚̕͠͝͝͝͠͠ ̵̧̡̠̝͇͎͔͉͈̔ ̴̯̯̮͎̯̩̳̏̑̆̔͌̀͐̿̈́̏ͅ ̸̧̧̛̰̳͙̯̮̩̮̺̺͙̉́̈́̉̃̀̎͒̋͂̾̆͋̾̑̋̈́̈͐̏͝͝͠M̶̬̭̰͚̟̹̭͉̼̞͉̯̦͖̲͍̼̦̳͕͙̤̣͖̗̹̤̠̯̞̉̌ͅ ̴̨̨̢̛̛̠̖̭͕͈̫͚̖͓̘͉͇̖̯̰̫̠̠̈́́̓̿̑͗͂̄́͑͐̈͛̀̃̓͆̊͒̓̋̅̏͐̏̚̚͘͠͝ͅͅ ̵̨̨̢̮̼͚̯̝̣̠̺̯͉͔̩̣̜͎͙̻̱̺̜̖͓̭͚͓́̔̊́̇̀̈́̐͒̓͛̉̈́͐͆̈́̽̈́͛̈́̃͑͗̿͛͑̀̐́̈́̈́̇̏̄̓̏͑̆͐́̓̚̚̚̚͘͜͠͝ ̷̡̢̨̛̫̰̩̲̦̣͍̻͍̰̖̞̝͕̰̲̗͈̝̫̟̼̪̩̠͉̏͒̐̈́̃̏̊̅́̐͂̋͐͌̈́̓̏̚̕͜͝͝ ̷̢̨̛̛̛͎̝̮̦̙̟͉͉̣̠̪̫͓̼̞͉̦̟̘̭̼̣̦̭͕̠̈́̒̉̃͊̄̃͂̊̔̇̈́̇̇̆̆̈́̔͂̀̌̎͊̾͋͆̋̚͘̕͜͝͝ͅͅ ̸̡̛̦̃͐̂̋͐̏̈́̈͆̽̈͑͝ ̵̡̹̘͈͍̭̝̖͋̀̃̓̅̐́̋̀̎͌̈̊͐̈́̐̇̀̓́̒͋̈́̂̅͛̇̏̆̿̍͌̌͘͘͘͝͠͝͝͠͠C̸̡̛̗̜̖̻̻͇̞̘͙̻̪̙̭̗̲͈̞̭̲̹̙̣̖͉̹͙͑̾̍̒̆̈́͐́͋̀̿̃̒̒̿̑̋̎̈̍̂͒́͋̄̌́̏̌̃̀͑̑͆̂͒̌̍́͑͌̕͜͝͝ͅ ̷̧̢̗͇̖̮̠̫̼̯̦̖͇͈̮͉̯̪̞͊͐ ̸̧̤̮͎͍̭͓͚̘͖̰̻̮͑̏͑̔͗͒ ̷̺̮̻̠͔͓͍̦̗̭̱̞̫̥̳͍̂̍̅̇̾̊ͅ ̴̡̥̺̪̭͉̹̠̟̜͉͎̦̺͙̩̟͓̄́̐͆̽ ̸̧̡̨̢̛͚͔̜̜̩͓͈͈̣̤͖̙̤̝͛̿̏̅̐̍̒̀̇̀̅̓̐͋̃̈̀̉̀̓̕͠ ̸̧̧̡̢̧͎̯̬̫̹̞͎̠͇̺͇̣̭͇̻̪̙͚̖̠͇̫͖̜̠͎͕̱̭̰͓͎͉̪̺̤̗͍͔̔́͗́̐̓̈́͊̄͒̾́̍̆̋̈́̽̚̚͠ͅÀ̵̧̨̡̧̧̛̛̞̟̮̲̥̭͍̯̙̤̜͈̞̞̪͕̠̯̰̝͓̯̖̮͕̤͈̂̿̄̀́̂͂͌̑̈́̃̀̎͑̂̔͑̐͆̀͊̿͌̍̋͂͌̃̈̕͘̕̕̕̚̚͝
Zamknął oczy. Zmarszczył brwi. Zanim jej usta zdążyły go dotknąć, zakrył je dłonią.
Kobieta spojrzała na niego, zaskoczona i zmieszana. Wiedziała, że to już nie był on. Oczy były zbyt chłodne, zbyt pewne.
- Ugh! Czy ty musisz wszystko sabotować?! - zdenerwowana, rzuciła w niego poduszką i usiadła podkulona na drugim końcu kanapy.
- Nie muszę się tobie tłumaczyć. - odparł chłodno.
- Znów zrobiłam coś nie tak?
Mężczyzna milczał.
- No powiedz coś?!
Ból w jej oczach w parę sekund zmienił się w złość. Mowa ciała przybrała zupełnie inny odcień. Kobieta zaczęła mocno okładać go poduszkami.
- Zawsze coś nie tak! Zawsze to moja wina! A ty zawsze milczysz! - krzyk poprzedził kolejne uderzenie. - Jak mam się poprawić, jak nigdy nic nie mówisz!!! Zawsze sprawiasz, że czuję się podle! Nienawidzę cię, Devon! Wszystko psujesz! - przyłożyła poduszkę do jego twarzy i docisnęła ją. - Dlaczego zawsze sprawiasz, że czuję się, jakbym była pieprzonym gwałcicielem?! Jakby Desmond tego nie chciał i się zmuszał?!
Mężczyzna złapał mocno jej nadgarstki i obrócił ją na plecy.
- Nigdy cię nie pokocha. Jesteś jedynie wypełnieniem pustki, rozumiesz? - odparł chłodno. - Nigdy nie pozwolę, by zakochał się w kimś takim, jak ty. Zawsze robisz z siebie ofiarę i podsycasz wyrzuty sumienia. Wmawiasz mu, że mówisz tyle o sobie po to, by poczuł się zrozumiany, a nigdy nie dopuszczasz go do głosu. Przerywasz każdą myśl swoim "oo, ja też", "oo, bo ja", "ja, ja, ja, ja". Wszystko zawsze musi wracać do ciebie.
Kobieta milczała; łzy piętrzyły się w jej oczach.
- Pragniesz tylko męskiej atencji. Chcesz, żeby ktoś w końcu dał ci tyle uwagi, żebyś mogła zagłuszyć i uleczyć ten cały jebany ból po gwałcie. Masz w dupie jego uczucia, jego przeszłość i jego granice. Portretujesz siebie jako wielce uciemiężoną ofiarę losu, a z niego robisz jebanego księcia z bajki, który ma cię magicznie uratować. Tylko że ty nie masz zamiaru uratować jego.
- I jeszcze jedno - dodał po chwili. - Miałem się tego nie dowiedzieć, prawda? Miało zostać twoją małą tajemnicą.
Zamilkł na moment.
- Zaczęłaś udawać DID, kiedy dowiedziałaś się, że on je ma. Nie dlatego, że chciałaś, żeby ktoś ci pomógł. Chciałaś, żeby jego cierpienie przestało być czymś, czego nie mogłaś przebić. Chciałaś, żeby pomyślał: „Ona też przez to przechodzi. Ona cierpi tak samo jak ja”. A najlepiej, żeby doszedł do wniosku, że ty cierpisz jeszcze bardziej.
- N-nie masz pojęcia, o czym mówisz.
- Mam aż za dobre pojęcie. Zrobiłaś z jego choroby jebany konkurs. Z jego bólu zrobiłaś punkt odniesienia dla własnego. Kiedy on mówił o sobie, musiałaś mieć coś, co sprawi, że twoje cierpienie będzie równie wielkie. Albo większe. Bo nawet tutaj nie potrafiłaś pozwolić mu być tym, który cierpi.
- Przestań...
- Nie. Właśnie teraz przestanę cię oszczędzać. Bo najgorsze jest to, że on naprawdę ci uwierzył. Uwierzył, że wreszcie znalazł kogoś, kto rozumie, jak to jest żyć z czymś takim. A ty wykorzystałaś jego własne cierpienie, żeby stać się dla niego jeszcze ważniejsza.
Uśmiechnął się gorzko.
- Myślałaś, że dzięki temu będziecie tacy sami. Że wreszcie będziesz mogła powiedzieć: „Rozumiem cię, bo jestem taka jak ty”. Tylko że nie jesteś. I nigdy nie będziesz.
---
Jakiś czas później
Świszczący wiatr, chłodne powietrze i nocna panorama miasta, które nigdy nie śpi. Yoshi spoglądał nieustannie na swojego przyjaciela, który tego wieczoru wydawał się bardziej nieobecny niż zazwyczaj. Jego wzrok wydawał się pusty. Nawet odbijające się w jego tęczówkach światła neonów nie mogły wymazać tego odczucia.
- No wyduś to z siebie. - Yoshi przerwał w końcu druzgocącą ciszę, nie zdejmując oczu ze swego przyjaciela.
- Co? - zapytał, zmieszany.
- Przecież widzę, że coś jest nie tak. Nie trzymaj tego w sobie.
- Czuję się źle z faktem, że... Ją wykorzystuję. - westchnął, bawiąc się własnymi palcami. - Wiedziałem wcześniej, że czuję coś do Valentiny. Ale zamiast porozmawiać z nią o tym, stchórzyłem. Skoczyłem w bok. Zaplątałem się i nie wiedziałem, jak się z tego wyplątać...
Zamilkł na chwilę.
- Z Moonhe czułem, że ktoś mnie rozumie. Ale te uczucia i te wyrzuty sumienia stawały się coraz głośniejsze. Głosy, że robię coś nie tak.
- Po prostu się zagubiłeś. Każdy czasem się gubi, Aki.
- Tak, ale... - westchnął ponownie. - Teraz zraniłem dwa serca zamiast po prostu... Być mężczyzną, choć raz spróbować być normalnym. Zamiast po prostu się skonfrontować, znowu uciekłem. Czuję się jak jebany tchórz, kłamca... Ugh.
- Sęk w tym, że nie jesteś normalny. Nigdy nie będziesz. - odpowiedział spokojnie i wsparł go dłonią na ramieniu. - Jak masz wiedzieć, jak kochać i jak to przebiega w twoim przypadku, skoro nigdy nie miałeś poprawnego wzorca.
- Ty jesteś poprawnym wzorcem. I co z tego? Nadal-
- Ja jestem tylko jeden, Aki. Nie mam kilkunastu ludzi żyjących w mojej głowie.
Desmond spojrzał w końcu w oczy przyjaciela.
- To nie jest twoja wina, że się zagubiłeś. Poza tym, Val też nie zrobiła żadnego kroku, więc... Nie zwalaj całej winy na siebie. W końcu, do tanga trzeba dwojga.
- Hah. - zaśmiał się pod nosem.
- Powiedz prawdę Moonhe. Wyznaj wszystko Val. Będzie ci lżej na sercu.
Desmond zamilkł na chwilę.
- Co, jak ona nie czuje tego samego, co ja?
- Wtedy będę tu dla ciebie. Zawsze będę, Aki.
---
Noc po pocałunku
Gdybyś tylko się nie pojawił, gdybym nie zaszła w ciążę!
Wszystko byłoby inaczej! Miałabym karierę, pieniądze... Nie byłabym uwięziona w tym cholernym domu z tym matołem!
Ale życie zawsze musi się spierdolić. Musiałam za niego wyjść. Starzy nie daliby mi spokoju. A on chciał więcej i więcej!
Teraz jestem uwięziona z waszą czwórką.! Trzy niewdzięczne mordy do wykarmienia plus ten alkoholik!
Mamo to! Mamo tamto! Widzisz, jak wygląda moje ciało przez was?!
Gdybym tylko miała pieniądze... Usunęłabym cię od razu. Kurwa, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!
Poślubiłabym faceta, którego kocham. Nie miałabym nienormalnego syna i dziwkowatej córki.
Przynajmniej najmłodszy coś sobą reprezentuje, przynajmniej uczy się dobrze i na doktora pójdzie, by hajs przynosił.. A wy?
Same problemy. Nie dość, że nie mamy co wrzucić do garka i mamy opiekę społeczną na karku, to jeszcze wymyśliłeś sobie jakichś pieprzonych "przyjaciół".
Mnie ojciec też lał, jak byłam mała, i jakoś nie wymyślam! Myślisz, że stać nas na jakichś jebanych psychologów?! Wiesz ile to kurwa kosztuje?!
Wszyscy w tym domu są jebnięci, ale ty stoisz w światłach jebanych reflektorów.
Czasem nie wiem, czy patrzę na swojego syna, czy na jakiegoś obcego gnoja w twoim ciele, który zaraz mnie i ojca pozabija. Chuj wie, co ci tam chodzi po głowie.
Może ojciec ma rację. Oddać do jakiegoś wariatkowa albo zamknąć w klatce dla naszego dobra.
Pies już mi się bardziej przyda, przynajmniej domu by bronił i wody na rachunki nie zużywał..
Akihiro! Chodź tu!
Tyle na was kasy wydaje, ć̶̱̑̂ẖ̴̩̩̭̑̇̉͆͝ý̶̳̃ḃ̴̝̺̔̋̌͠a̴̯̯̝͆͌͘͜ n̷̨̨̰̠͚̹̣̥͓̙̾̌̀ą̶̜͕̘̠̠͇̣̼̹͛͜l̸̞͚͕̳̬̙͇̻̪͔̬͋̐̏̋̅̈̀͝ë̴̢̯̫̻̙̳͚͍̦̔͐͑̋͌̋ż̵̗̘͇̝͐y̸̨̛͔̫̬͉̗̤̭̟̩̆̿̐͛̒̀̒̓̓͝ͅ ̵̨̛͈͇̝̜̤̘̯́̋͐̂̋̂̆͂͜ m̷̤̮͋̾̏͂̀̆͐̈́̅̀̓͠i̶̧͕̳̠̪̰̲̳͍̩̒ͅͅ ̴̯̙̗̱̮͓̣̤̓̈͊̽͂͐̒͠ṡ̴̟̺͕̼̖͕̲̮̻̬̲̍̾̀͑̇͋̓͊͊́̌̚͜͜͠ì̵̥̼̯͍̲̬̩̖͚̫͉̲̘͑̏͐̂ͅę̴̨̻̬̹͚̘̖̟͉̉̊̍̈́̀́̄͊̂̿͘͠͠ͅ ̸͓̙̥̠̺̣̟̺͙͝c̸̢̡̲̦̥̤̗̼̮̙͖̬͕̫̑̈́̑̅̿̈́̔̓̃́̏́̀͑͠͝ͅǫ̵̧̡̧͚̞͓̼̰̝͕̣̻̝̳̙̪̺̙͋̃͑͑̈̍͌̃̿̎̈́͆̆̚ś̵͚̞̠̥̤̯͉̜̘͌̀ ǫ̸̨̧̡̩̱̟̭̞̦̭̳͍̙͙̳͚̟̼͎̤̺͕̹͔̱̱͍̭̯̲͒̔̓̿̈́͋̅͂̓̔͛̓̓̍͛̿͐̐̀̀̓͘͝͝͠ͅͅd̸̡̧̡̤͕̗͕̦̟̔͘͜ ̵̨͉̻̗̥͔̦͐́̿̑̈́̐̀̈́͂̐̓͘͘͝͝ͅẕ̵̲͔̱̦̲͎̮̹͚̱̼̺̇̇́̔̓̊̾̄̂̃̌̈́̑̋̀̔̀̎̚̕͜ͅy̸̨͓̳̟̣̼̘̖̳̰͙̻͇̗̤̰̗͖̪͙͙͚̦̖̠̰͕͔̹͉̬͂͆͑̊͘͜͜͠ͅç̷̢̡̡̛̯̙͕̜̘̬͔͍̱͔̝͔̤̱̪͉̞̮̙͍̰͔̦͕̭̝̱͛̃̿̊̑̽̑̎̚͜ͅͅͅī̸̢̧̡̨̥͈̣̠̘͓̯͈̗̱͕͚̼̭̺͚̥̙̲̪̱̩̻̘̮̹̫̪̬͒͑͊̎̉̃͊͆̑͐͜͠ą̶̢̨̧̰̟̝̪̤̞̦̜̺̭͎̬̝͎̮̫͓̤̞̗̻̣̯̏̆̇̔̒̽͑̑̃͌̈̋͌͌͛̌̿̐́̾̐͂̂̎̈́̾̈́̚͘͠͝͝ͅͅͅ?̶̧̢̨̛̛͙̥̰̥̜̠̤̖̘͕͔̭̮̀͛̆̅̾̋͊̅̅̔̀̃̇̈́̈́̎͒̊̍͗̀̇̽̕̕̕͘͜͝͝ͅͅ!̸̨̡̧̢̛̘̩̯̻͇̪̖̞̱͖͚̭̬̣̘̠̜̯̲̞̮̰̜̬͔̩̱̥͉̐̔̂̏͌̀́̃̀͒̏͐̂̓̄͑̏̂́͛̄́̇̈́̿̃̀͌̂̚̚͝͝͠ͅ
Desmond zerwał się z łóżka z zimnym potem na czole. Urywki wspomnień znów wywijały się z nieświadomości na powierzchnię. Niczym korzenie drzewa niszczyły betonową osłonę, którą budował starannie przez lata.
Przetarł twarz dłonią i wziął głęboki oddech, by się uspokoić.
"To tylko sen" - powtarzał sobie w kółko.
"Sen. To tylko sen."
Wdech. Wydech.
Kątem oka spojrzał na śpiącą Valentinę, owiniętą ciepłą kołdrą. Uśmiechnął się na widok jej rozczochranych włosów, których kosmyki odstawały w każdym możliwym kierunku. Ostrożnie wyciągnął do niej dłoń. Zawahał się na sekundę, lecz po chwili delikatnie dotknął jej policzka i odgarnął parę rudych pasm z jej twarzy.
Kochał ją. Wiedział to od dłuższego czasu, lecz nieustannie uciekał od tej myśli. Biegł jak najszybciej, wymyślając wymówki.
"Ale to moja przyjaciółka"
"Co jak ona nie czuje tego samego?"
"To zepsuje naszą przyjaźń"
"Czy inni ją zaakceptują?"
"Co jak ją skrzywdzę?"
Jednak pośród rozwścieczonej burzy słońce zawsze próbowało się przebić przez gęste, ponure chmury. Jej uśmiech wracał w jego wspomnieniach jak bumerang. Nie mógł o niej zapomnieć. Wszyscy dookoła mieli całkowitą rację - Moonhe była tylko przykrywką. Wymówką. Próbą zapomnienia i wyparcia tych uczuć z serca. Jednak Valentina już się w nim zadomowiła i nie miała zamiaru z niego zniknąć bez walki.
Po cichu wstał z łóżka i wyszedł z pokoju, przymykając drzwi bezgłośnie. Nie chciał jej budzić po tak ciężkim dniu. Zasługiwała na dobry odpoczynek.
W łazience obmył twarz lodowatą wodą. Spojrzał w lustro. Tak bardzo zmienił się z wyglądu - był już pełnoprawnym mężczyzną, a nie dzieckiem. Nawet zmienił imię, by zapomnieć o przeszłości. Jednak w środku nadal był tym samym, zagubionym chłopcem. Poszukującym miłości, akceptacji, zaufania - jednak paradoksalnie uciekającym od tego jak najdalej.
Wychodząc z łazienki, sięgnął do lodówki po zimną butelkę wody, a ze stolika w salonie zgarnął paczkę fajek z zapalniczką, by następnie skierować się na balkon. Nocne powietrze przeczyściło jego nozdrza, a wiatr rozwiał już i tak rozwalający się warkocz. Ściągnął z włosów gumkę i przeczesał je dłonią, a potem wyjął fajkę z pudełka i zapalił ją. Dym wypełnił jego płuca, a nikotyna zaczęła roznosić się po ciele, oczyszczając jego umysł z bolesnych wspomnień.
Nie zdążył ponownie zagłębić się w potoku myśli, gdy usłyszał ciche skrzepnięcie drzwi.
- Desmond? - zaspana zapytała, wstępując na balkon i przecierając oczy.
- Obudziłem cię? Przepraszam.
- Nie, i tak się przebudzałam. - odparła, opierając się na barierce obok niego. - Zły sen?
- Mhm. - mruknął.
Objęła się mocniej ramionami, chcąc nie dopuścić do siebie zimnych podmuchów wiatru. Wzdrygnęła się, gdy dreszcz przebiegł przez jej ciało.
- Chcesz powiedzieć, co ci się śniło? - Val spojrzała na niego niepewnie. Gdy nie dostała odpowiedzi, zerknęła na ekran zegarka. Było już chwilę po północy. Musieli mocno zasnąć. - Może zrobię nam coś do picia? Nie powiem, trochę pizga.
- Jasne.
Kobieta przytaknęła i weszła do środka. Po kilku minutach wróciła z bluzą i dwoma kubkami ciepłej herbaty. Desmond wypuścił dym z ust i wziął naczynie, po czym ostrożnie upił z niego łyk gorącej cieczy. Między nimi zapadła chwila ciszy.
Była ciekawa, co wytrąciło go z sennej równowagi. Desmond rzadko opowiadał o swojej przeszłości. Każdy skrawek wspomnienia lub snu pozwalał jej powoli składać układankę w całość. Puzzle niczym instrukcja, które rzekomo miały jej pomóc go zrozumieć. Jednak mimo wrodzonej ciekawości nie chciała ponownie ujrzeć na jego twarzy bólu, który towarzyszyłby wydobywaniu tych wspomnień.
Spojrzała na jego sylwetkę - zmarszczone brwi, trzęsąca się dłoń z papierosem między palcami; długie włosy powiewające na wietrze, próbujące zakryć konsternację na twarzy.
W ciszy, ułożyła dłoń na jego ramieniu, po czym przytuliła się do jego boku. Miała nadzieję, że chociaż jej znikome ciepło uśmierzy panoszący się w jego sercu i duszy chłód.
- Akihiro. - odparł po chwili przerwy. - To moje prawdziwe imię.
Odkrząknął i przełknął ślinę, prowadząc wewnętrzną walkę z władającym jego ciałem lękiem.
- Nie mówiłem ci tego wcześniej, bo... Chciałem zapomnieć. Zmieść przeszłość pod dywan. Jakiekolwiek fragmenty, które udało mi się zapamiętać.
Milczała, słuchając go uważnie, wolną ręką przeczesując czarne pasma włosów.
- Nie wiem, jak znalazłem się w obozie węży. Ale zrozumiałem szybko, że minęło kilka lat. Miałem 15 lat, mrugnąłem i nagle doganiałem 18-stki. Nie poznawałem siebie. Patrzyłem w lustro i... Widziałem obcą twarz. - zaciągnął się dymem papierosowym dla uspokojenia. - Nie wiem, skąd się wzięły wszystkie wszczepy. Nie wiem, co stało się z moją rodziną, ani czy w ogóle jeszcze żyją... Ale postanowiłem to wykorzystać. Zmieniłem imię, obrałem zupełnie inną tożsamość, by uciec przeszłości. Rozpocząć nowy rozdział... Ale ona cały czas do mnie wraca... Jak dziś.
- Chcesz wyjaśnić, co ci się śniło? - zapytała, odgarniając jego włosy tak, by mogła ujrzeć jego twarz. - Po prostu chcę zrozumieć, co teraz przeżywasz. Może, mówiąc to komuś... Poczujesz się lepiej.
Uśmiechnął się delikatnie. Nie wiedział, jak ona to robi, lecz sama jej obecność ocieplała jego duszę. Serce zaczęło bić w zatrważającym tempie. Znów poczuł rosnącą gulę w gardle i kłucie w płucach, jakby nie mógł wziąć pełnego oddechu.
Po chwili westchnął, patrząc na parującą ciecz w kubku, jakby miała mu dodać odwagi.
"Powiedz to. Powiedz to teraz, albo już nigdy się nie odważysz" - pomyślał.
- Dziękuję, ale... Jest coś innego, co chciałbym ci powiedzieć. Czuję, że jak teraz odbiegnę od tematu to... Już nigdy się nie odważę. - zaczął.
- Tak? - odparła, pełna walczących ze sobą obaw i nadziei.
- V... Val. - przeczyścił gardło. - Ja i Moonhe nie jesteśmy razem.
Nie chciał spojrzeć jej w oczy. Kurczowo trzymał gorący kubek, mając złudną nadzieję, że ciepło wypali w nim wszelki strach.
- Nie poprawiłem cię wcześniej, bo... Myślałem... Uh. Myślałem, że tak będzie łatwiej. Że zapomnę... Że ucieknę. Ale nie potrafię. Nie potrafię przestać o tobie myśleć. Już od dłuższego czasu. Moonhe była jedynie wymówką, bo... Bałem się myśli, że naprawdę cię kocham.
Kobieta zamarła w miejscu. Pierwsza fala przyniosła szok. Szybsze bicie serca i niedowierzanie. Druga - dziwne ukłucie w sercu. Zmieszana, zawiedziona i oszukana? Trzecie - ciężkie do opisania. Ból w klatce szybko zniknął, a w jego miejscu pojawił się cień ekscytacji. Przebłysk nadziei, promyk słońca przebijający się przez szczelinę. Tak blisko, już na wyciągnięcie ręki.
Odstawiła kubek na stolik; to samo zrobiła z jego herbatą. Wróciła wzrokiem do chłopaka, szukając w jego oczach potwierdzenia. Bała się, że zaraz i ona się obudzi, a wszystko okaże się koszmarem.
- Boisz się mnie kochać? Dlaczego? - odwróciła go przodem do siebie, by mogli spojrzeć sobie prosto w oczy.
- Boję się, bo... Nie wiem, jak kochać cię... poprawnie. Boję się, że cię skrzywdzę, zranię lub-
Przerwała mu, kładąc palec na jego ustach.
- Ja też się boję, Des-... Akihiro. - poprawiła się. - Też nie wiem, jak mam cię kochać. Nikt nigdy nie dał mi twojej "instrukcji obsługi". Ale się nauczę. Jeśli będzie trzeba, sama ją stworzę. Właśnie dlatego, że cię kocham. - uśmiechnęła się ocieplająco. - Czy ty też... chcesz nauczyć się... mnie kochać?
Jego serce stanęło, by po chwili rozpędzić się jak nigdy wcześniej.
Gdy przytaknął, Valentina wpatrywała się w jego oczy w niedowierzaniu. Po chwili jednak instynktownie rzuciła się na jego usta, rozpoczynając delikatny, przepełniony emocjami pocałunek.
- Przepraszam, że... - szepnął między pocałunkami.
- Nie jestem zła. - odparła, jakby czytała mu w myślach.
Kolejny wdech rozpoczął kolejny pocałunek. Rzeczywistość dopiero zaczęła docierać do nich obu. Oczy Valentiny zaszły szklaną powłoką, podobnie jak jego niebieskie tęczówki. Jednak nie ocierali sobie łez. Pozwolili sobie przeżywać ten moment w pełni.
Nagle chwycił jej talię i przerwał pocałunek, by wyszeptać te dwa najważniejsze słowa.
- Kocham cię, Val.
Po czym przyciągnął ją i ponownie zatopił się w jej ustach. Ona otuliła jego szyję swymi ramionami i zaczęła pewniej wpijać się w jego wargi, które wczoraj wydawały się tak kruche, delikatne, niepewne. Myślała, że za chwilę znikną, a teraz... Były na wyciągnięcie jej dłoni - tylko i wyłącznie jej.
Pocałunek dobiegł końca dopiero wtedy, gdy zaczęło im brakować tchu. Ona spojrzała na niego z uśmiechem, pozwalając ostatnim łzom spłynąć po jej policzkach.
- Kocham cię, Desmond... Akihiro... Niezależnie, jakie imię będziesz nosić, ile wspomnień uleci z twojej głowy, ile osób w niej przebywa... Będę kochać ciebie, was, najlepiej jak tylko potrafię.
Jej słowa rozpłynęły się w jego sercu i otuliły je czule. Patrzył na nią z ulgą, podczas gdy z jego oczu ponownie wypłynął emocjonalny potok łez.
Tyle lat obwiniania go za samo istnienie. Tyle lat szukania, uciekania... Aż w końcu usłyszał te dwa słowa. Dwa słowa, na które czekał całe życie. Czuł się jak mały ten mały chłopiec - mały, zagubiony Aki, który w nocy śni o pięknej pani. Pani, która otrze jego łzy, ucałuje blizny i otworzy ramiona pełne ciepła.
Pani, która teraz przed nim stała. Tym razem rzeczywista, nie jako dusza ze snów.
- Aki... - szepnęła, ocierając jego twarz. - Kocham cię. I będę kochać cię w każdej wersji. Będę to powtarzać za każdym razem, każdemu. Nawet jak zapomnisz, jak się zmienisz, będę to mówić, dopóki nie będziesz zmęczony moim gadaniem.
- Nigdy mnie to nie zmęczy.
Ponownie złączył ich usta. Miękkie, lekko drgające od chłodu, z posmakiem słodzonej malinowej herbaty. Czuł ciepło jej ciała, a dotyk jej rąk utwierdzał go w przekonaniu, że rzeczywistość jest bliżej niż kiedykolwiek.
---
Po paru minutach, wrócili do ciepłego mieszkania i usadowili się na sofie. Valentina upiła łyk lekkociepłej już herbaty i zebrała się na odwagę, by zapytać:
- Des... Czy to oznacza, że my... Jesteśmy razem?
Westchnął, odkładając kubek na stolik, by chwycić jej wolną dłoń.
- Chcę mieć czyste konto, jak to zaczniemy. Muszę wyjaśnić sprawę z Moonhe i obiecuję, że po tym zapytam cię odpowiednio. Obiecuję, że... Tym razem nie ucieknę.
- Nie pozwolę ci już na to. - odparła z uśmiechem. - Jesteś już mój, czy tego chcesz, czy nie.
---
Kolejny dzień
Po powrocie do swojego mieszkania, Akihiro wziął długi, relaksujący prysznic. Gorące krople spływały po jego nagim ciele, podczas gdy w głowie przewijały się wspomnienia z Valentiną. Tym razem to nie był sen ani złudne wyobrażenie, tylko najprawdziwsza rzeczywistość.
Aczkolwiek ślady lęku nadal przebijały się w jego ciele, większość jego myśli i uczuć była zabarwiona szczęściem, nadzieją i ulgą. Czuł się dumny z siebie, że w końcu zebrał się na odwagę, by wyznać swoje uczucia. Yoshi znów miał rację - jeden wielki kamień z jego serca skruszył się i uwolnił je częściowo. Kolejnym kamieniem była Moonhe. Gdy skończy z nią sprawy i wyzna prawdę, będzie wolny. Chociaż na chwilę.
Po odświeżeniu się, chwycił z komody swój zegarek i nałożył go na nadgarstek. Całe mieszkanie zaczęło "budzić się" ze snu - rolety odsłaniać, urządzenia uruchamiać, a LED-y delikatnie podświetlać.
- Witam, Desmond. Dzisiejsza data to... - głos asystentki AI zaczął rozbrzmiewać w mieszkaniu, podczas gdy Desmond zaczął robić kawę w kuchni. - ... słońce bez chmur, 24 stopnie Celsjusza. Przypomnienie: weź poranną dawkę leków. Jakie plany na dzisiaj?
- Dziękuję, Eiko. Mam jakieś nowe wiadomości? - upił łyk kawy, po czym nalał sobie wody do szklanki, by wziąć leki.
- Zero nowych wiadomości.
- A od Moonhe? Nic?
- Kontakt: Moonhe jest nieaktywny. Ostatnia wiadomość była od ciebie o 16.
Desmond zmarszczył brwi i odstawił szklankę po popiciu leków. Miał już zamiar coś powiedzieć, jednak przed jego oczami za kuchenną wyspą zaczął pojawiać się hologram sylwetki mężczyzny.
Mężczyzna nadal pracował nad doszlifowaniem nowego systemu w swoim mieszkaniu. Dzięki wszczepom, które zainstalowano w jego ciele w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, inteligentny „zegarek” na jego nadgarstku mógł na bieżąco odczytywać dane ze wszystkich wewnętrznych urządzeń, w tym informacje dotyczące aktywności jego mózgu. W suficie rozmieścił miniaturowe projektory zdolne do wyświetlania hologramów wcześniej wgranych postaci. System łączył ich działanie z odczytywanymi procesami mózgowymi, dzięki czemu każda z jego osobowości mogła zostać przedstawiona w formie holograficznej postaci. W ten sposób Desmond był w stanie prowadzić z nimi rozmowy, jakby znajdowały się obok niego.
System nadal miał swoje niedoskonałości i glitche, jednak działał na tyle sprawnie, by móc zacząć go używać w praktyce.
- Raczej od ciebie nie odbierze.
Przed nim pojawiła się
wysoka sylwetka mężczyzny o blond włosach i niebieskich oczach. Stanął naprzeciwko niego za kuchenną wyspą, krzyżując ręce.
- Davon? - zapytał, zaskoczony, po chwili przewracając oczami. - O nie... Coś ty jej nagadał...
- Powiedziałem samą prawdę.
- Mamy chyba inną definicję tego, czym jest "prawda". - westchnął, zirytowany. - Możesz przestać wpierdalać się w moje relacje i wszystko sabotować? Moonhe to dobra kobieta. Chciałem wyjaśnić z nią wszystko pokojowo, ale jak zawsze musiałeś pojawić się... ty.
- Moonhe nie była dobrą kobietą, Desmond. - odparł chłodno.
- Zawsze tak mówisz.
- Bo zawsze mam rację. Moonhe to-
- Nie! - powiedział głośniej i wziął kubek z kawą, kierując się do pokoju z komputerami. - Nie mam zamiaru tego słuchać. Sam muszę z nią porozmawiać i-
- Moonhe nigdy nie miała DID. - przerwał mu nagle.
Desmond zamarł w miejscu. Powoli obrócił głowę, gdy hologram Davona zaczął się do niego zbliżać.
- Udawała wszystko. Nie ma żadnej osobowości, Desmond. To wszystko było kłamstwem i grą aktorską. - wyjaśnił.
- A dlaczego mam w to uwierzyć? - zleciał go wzrokiem, czując narastającą mieszankę emocji.
- Oh, czyli nadal stoimy na tym, że to ja jestem złoczyńcą i wszystko sobie wymyśliłem?
- Tak! Bo zawsze sabotujesz moje relacje, zrywasz kontakty i kłócisz się z ludźmi bez mojej wiedzy!
- Bo jesteś chujowy w wybieraniu sobie nowych znajomości!
- Kocioł przyganiał garnkowi. - wygarnął i wszedł do pokoju, stawiając kubek na biurku; hologram podążał za nim.
- Desmond. Przecież robię to wszystko dla dobra nas wszystkich.
- Mam wrażenie, że nie wliczam się w tych "wszystkich".
- Desm-
- Mam dość! - krzyknął. - Mam dość twoich ingerencji, Davon! Zawsze mówisz, że "mam ci zaufać", ale nigdy nie przedstawiasz mi dowodów! Nic mi nie mówisz, a ja mam ci "zaufać na słowo", negując wszystkie dobre wspomnienia, jakie mam z tą osobą!
- Czego ty kurwa nie rozumiesz?! Bo JA pozwalam ci mieć tylko dobre wspomnienia, a sam zgarniam cały pozostały gnój! Przecież powstałem właśnie z tego powodu! Bo nie mogłeś udźwignąć zranienia i próbowałeś się zajebać!
Między nimi zapadła martwa, pusta cisza.
Krew... Żyletka... Wanna... Mgliste wspomnienia przewinęły się przez jego umysł.
- Desmond... Ja wiem, że ty chcesz ogarnąć wszystko sam. Ale to nie tak działa... - zaczął spokojniej. - Jesteśmy teamem. Zawsze byliśmy. Musimy działać razem.
- Jesteś hipokrytą. - odpowiedział cicho, wpatrując się w ciemną, drewnianą podłogę. - Mówisz, że jesteśmy drużyną, a zawsze działasz sam bez mojej wiedzy.
- Ok... Jest w tym trochę prawdy. Po prostu nie chcę... Chcę, byś był szczęśliwy, ok?
- Dlatego wszyscy traktujecie mnie jak jajko?
Desmond nie odpowiedział.
- Moonhe chciała tylko i wyłącznie atencji. Potwierdzenia, że jej cierpienie jest... Najgorsze na świecie. - kontynuował. - Czułem to, co ty. Wiem, że miałeś nadzieję, że w końcu ktoś nas zrozumie... Dlatego nie chciałem, byś się znowu zawiódł. Ale nie mogłem dłużej patrzeć, jak ona cię wykorzystuje. Nie zmyślam tego. Pomyśl o tych wszystkich razach, kiedy próbowałeś się otworzyć.
Czuł się zdradzony, oszukany. Cały ten czas obwiniał się o kłamstwa i bawienie się jej uczuciami, podczas gdy ona robiła dokładnie to samo. On chciał zrozumienia, a ona grała w walkę o to, kto ma gorzej. Dopiero jak Davon powiedział to wszystko na głos, przed jego oczami zaczęły pojawiać się urywki wspomnień - jak próbował się otworzyć, a ona raz za razem ucinała jego wypowiedź i zaczynała opowieść o sobie.
Ponownie jego rzeczywistość okazała się kłamstwem. Nie chciał wierzyć Davonowi, choć wiedział, że ma rację. Zawsze miał. I to wkurzało go najbardziej.
- Des-
- Davon. - przerwał mu. - Proszę cię o jedną rzecz. Valentina. Nie zrywaj i nie sabotuj tej relacji. Proszę... - spojrzał na niego z powagą. - Jeśli nie ona, to...
- Wiem. Wiem, że ją kochasz. Ale nie mogę siedzieć bezczynnie, jeśli coś się będzie działo.
- To masz wtedy ze mną porozmawiać. Jeśli chcesz, bym ufał tobie i twojej intuicji... Muszę wiedzieć, co myślisz.
- Ok... Spróbuję być z tobą bardziej transparentny, ale jak sprawy wymkną się spod kontroli, przejmuję stery. Zgoda?
- Zgoda. Tylko... Nie kłóć się z nią. Ona chce dobrze.
- Wiem. Przecież nie znam jej od wczoraj, Des.
---
Dzień później
Desmond stanął przed drzwiami. Już miał zadzwonić do domofonu, jednak schował rękę. Serce o mały włos i wyskoczyłoby z jego piersi.
"Mogę pomóc" - dobrze znany mu "głos" wkroczył do jego myśli, a ten próbował go rozwiać ręką niczym gadającą chmurę nad jego głową.
"Nie, sam muszę to zrobić"
Wziął głęboki wdech i szybko nacisnął dzwonek, zanim zmieni zdanie.
- Chwileczkę!! - usłyszał głos zza drzwi.
Uśmiechnął się pod nosem. Pewnie nie skończyła się malować albo sprząta na szybko mieszkanie jak zawsze. Oparł się plecami o ścianę i cierpliwie czekał na swą wybrankę.
Po paru minutach wrota otworzyły się, a w nich stanęła piękna, dobrze znana mu rudowłosa kobieta. Miała przepiękny makijaż i zabójczo seksowny strój, na który zupełnie nie był przygotowany. Patrzył na nią z otwartą buzią i rumieńcami na policzkach.
"No powiedz coś, matole!"
- Uh... - zebrał szybko myśli i wyprostował się. - Hej. Pięknie wyglądasz. - odparł z nerwowym uśmiechem i
wręczył jej bukiet.
Valentina, wniebozwięta, wpuściła go do mieszkania. Już miała zamiar powąchać kwiaty, jednak zauważyła, że zamiast roślin w bukiecie owinięte są małe buteleczki wódki i pudełeczka smakowych papierosów z naklejkami kotów na opakowaniach.
- Uznałem, że... To się lepiej sprawdzi tobie niż kwiaty... - odparł z rumieńcem, drapiąc się po karku.
- Bukiet wielozadaniowy, przyda się na różne okazje - zaśmiała się. - Rozgość się, a ja lecę nałożyć nam jedzenie.
Ruszyła w stronę kuchni. Z wazonu na blacie wyjęła stare, już zwiędnięte kwiaty i zastąpiła je nowym bukietem. Zajrzała do piekarnika, gdzie pieczeń była już gotowa do wyjęcia. Rzadko gotowała, zwykle korzystała z cateringu lub zwyczajnie jadała na mieście. Tym razem jednak chciała się nieco wykazać, a raczej "sprawdzić" w nowej sytuacji. Nałożyła im na głębokie talerze spore porcje, po czym podeszła do barku.
- Jakie wino pijemy? Czerwone czy białe? - zawołała, obracając się w stronę Desmonda.
- Czerwone! - odparł, usadawiając się w salonie.
Kobieta podeszła do stolika i położyła dwa talerze z obficie nałożoną kolacją. Desmond zdziwił się pozytywnie, podążając za nią wzrokiem. Szybko wzięła butelkę wina wraz z dwoma kieliszkami i dołączyła do niego na sofie.
- Jestem zaszczycony, że postanowiłaś odkopać swoje kulinarne umiejętności. - uśmiechnął się i wziął talerz, zaczynając wsuwać szybko jedzenie.
"Myślałem, że będzie gorsze."
Desmond parsknął i zadławił się.
Kaszląc, odstawił talerz z powrotem na stół, by nie upuścić jedzenia. Valentina spojrzała na niego ze strachem w oczach. W jej głowie kłębiło się tysiąc myśli - przesoliła? A może dała za dużo pieprzu? Nie smakuje mu? Aż takie niedobre?
- Nie-... - kaszlnął ponownie i położył dłoń na jej kolanie. - Jest dobre- Ekhem! - odchrząknął. - Jest dobre. Naprawdę. Po prostu za szybko przełknąłem.
Pokręciła głową i sama spróbowała. Spojrzała na niego spod przymkniętych powiek i zaśmiała się głośno.
- Masz szczęście. O dziwo, wyszło całkiem znośnie - przyznała, przesuwając się bardziej wgłąb kanapy. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś gotowałam. Chyba z dwa lata temu? Na urodziny Isabeli. Dopiero za trzecim razem udało mi się nie spalić ciasta. A cholera, zapomniałam przynieść korkociąg! - dodała, po czym pospiesznie wstała z miejsca i wróciła po chwili z korkociągiem w dłoni.
Desmond wziął od niej przyrząd i otworzył sprawnie butelkę, od razu nalewając im dosyć sporo wina do szklanek, po czym wrócił do jedzenia kolacji. Wsunął wszystko szybko niczym odkurzacz i odstawił talerz na blat.
Gdy Valentina skończyła swój posiłek, podał jej kieliszek z trunkiem i delikatnie przybił z nią toast.
- Za..
"Twój tyłek w tej pięknej kiecce"
Desmond westchnął z zażenowania i z powrotem odstawił kieliszek.
- Sory, daj... Daj mi chwilę. - odparł i pospiesznie wstał z kanapy.
Skierował się do jak najdalszego pokoju od salonu i zamknął drzwi.
- Możesz się zamknąć?! - szepnął.
"Myślałem, że mam być z tobą bardziej transparentny?"
- Nie to miałem na myśli!! - szepnął nieco głośniej.
"Ale musisz przyznać, że tyłek to ma zajebisty"
- Tak, ale-... Ugh!
Po paru minutach cichej kłótni, Desmond wyszedł z pokoju i ponownie usiadł obok niej.
- Sory, uh... Nie wiem, co powiedzieć. Muszę się napić. - odparł i podniósł kieliszek.
- Wszystko w porządku? - spytała, patrząc, jak ten opróżnia kieliszek. - Nie masz za co mnie przepraszać, potrzebowałeś chwili dla siebie i tyle - stwierdziła, kładąc dłoń na jego kolanie. - Mamy cały wieczór tylko dla siebie; nic nam nie ucieknie.
- Wiem, po prostu... Nie chcę niczego zepsuć i trochę się denerwuję. - uśmiechnął się delikatnie. - Val, ja...
"Dobra, oddychaj. Pomogę ci."
- Val... Nigdy tego wcześniej nie robiłem... - zaczął w końcu, mówiąc to, co podpowiada mu Davon w myślach. - Nigdy nie darzyłem kogoś tyloma uczuciami, ile darzę ciebie... Chcę być z tobą. Chcę w końcu... Nauczyć się, jak to działa. Z tobą. Ale... Nie chcę też być dla ciebie ciężarem, więc... Zrozumiem, jeśli to będzie za dużo dla ciebie. Kocham cię, ale przede wszystkim nie chcę cię skrzywdzić swoim... Sama wiesz.
Na jej twarz wstąpiła radość. Najpierw brwi powędrowały do góry, później usta wygięły się w szeroki uśmiech. Nie z powodu jego obaw, lecz z powodu tych dwóch magicznych słów.
- Oj, Des... - odłożyła ich kieliszki na stół. Ujęła jego dłonie i spojrzała w te zmartwione ślepia. - Też mam obawy. Czy dam radę dogadać się z wszystkimi, czy to wypali, czy w ogóle ma prawo zdziałać? Oboje nosimy w sobie coś, co może być z początku przerażające, ale wiem jedno. Kocham cię. I chcę z tobą być. Chcę w końcu spróbować. Koniec skakania po ludziach i odpychania od siebie tego, który tak długo się za mną uganiał.
Ciepło i radość rozlały się w jego sercu, a na twarzy wstąpił szeroki uśmiech. Ścisnął mocniej jej dłonie, po czym ucałował je parę razy. Po chwili z kieszeni wyjął małe pudełeczko i otworzył je. Oczom kobiety ukazały się złote kolczyki, pasujące do jej naszyjnika.
- Więc... Będziesz moją dziewczyną? - zapytał, oczekując na jej odpowiedź. - Pomyślałem, że... Będą pasować ci do naszyjnika...
Przez chwilę w jej oczach można było zobaczyć cień paniki. Dopiero po otwarciu pudełeczka na twarz wstąpiła wyraźna ulga.
- Des one są... Powiedzieć, że są przepiękne, to jak nic nie powiedzieć. - oderwała wzrok od błyskotek. - Będę, będę twoją kobietą, Desmond - uśmiechnęła się.
Przysunęła się bliżej, ignorując podarunek, i złożyła na jego ustach ciepły i długi pocałunek. Z początku nieśmiały, z kolejną minutą stawał się coraz bardziej zaborczy. Desmond zamknął pudełko i rzucił je na stół, a Valentina z odwagą usiadła na jego udach.
Paleta nowych emocji zaczęła budzić się w jego sercu. Żądza, pożądanie, nieusatysfakcjonowany głód, który był usypiany od miesięcy. Najwidoczniej Davon wziął sobie do serca tę obietnicę "transparentności".
"Czekałem na to zbyt długo."
Valentina jeszcze parę dni temu nie wpadłaby na to, że jej życie ulegnie tak diametralnej zmianie. Zmianie, której potrzebowała, za którą próbowała rzucić się w pogoń. Z początku bezskutecznie, a im bliżej mety była, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ktoś inny przerwie taśmę i zostanie zwycięzcą. Znalazł się mały przebłysk nadziei, który okazał się zmyłką. Ostatnie pożegnanie przed rozstaniem. Zjedzenie okruszków z talerza i delektowanie się nimi, zanim nadejdzie koniec. Jednakże los miał inne plany; nie pozwolił Valentinie zająć drugiego miejsca. Po okruszkach znalazł się kolejny kawałek, a meta magicznie została przekroczona. To było takie proste, tak niedużo było trzeba.
Desmond ułożył dłonie na jej biodrach i zaczął całować ją coraz odważniej i zachłanniej. Była nieco zaskoczona, lecz podobała jej się jego pewność siebie. Jego pocałunki, które zdążyła poznać do tej pory, były delikatne i bardziej na nieśmiałej stronie. Jednak teraz czuła coraz większą nostalgię do tamtej nocy w obozie.
Po długich chwilach obściskiwania się, oderwali się od siebie, by zaczerpnąć tchu.
"Jest równie dobra, co jej cycki."
Wzrok mężczyzny latał niespokojnie po jej ciele - odsłoniętym dekolcie; ramiączku od koszulki, które się osunęło na dół, krótkiej spódnicy i nagich udach. Im dłużej patrzył, tym bardziej czuł, jak jego spodnie stają się ciaśniejsze w kroczu. Valentina, czując jego podniecenie, uśmiechnęła się kątem ust i specjalnie zaczęła się wiercić na jego nogach. Desmond odetchnął i mruknął, czując rozlewającą się przyjemność w dolnych częściach ciała.
- Czekaj... Mmh. - mruknął ponownie, odchylając głowę na oparcie kanapy.
- Hm? Zrobiłam coś nie ta-.... - lekka panika wstąpiła na jej twarz.
- Nie... Nie. - podniósł na nią wzrok. - Po prostu pomyślałem, że... Powinnaś wiedzieć, zanim kontynuujemy.
"Nie mów jej."
- Muszę. Nie chcę jej oszukiwać. - odparł na głos.
- Des? Co się dzieje?
- Davon, on... Zwykle pomaga mi w relacjach. Szczególnie w... takich sytuacjach. - zaczął. - Nie będziesz miała nic przeciwko? Nie chcę, byś czuła się przez to niekomfortowo.
Valentina już miała zamiar coś mówić, gdy zauważyła zmianę w wyrazie twarzy mężczyzny - brew się uniosła, a pewny siebie uśmiech wstąpił na jego usta. Ponadto miała wrażenie, że w jego oczach coś się zmieniło. Niby były te same, a jednak inne.
- To ma być moje przedstawienie się? Pff. - przewrócił oczami. - Valentine... Moje uszanowanie. - chwycił jej dłoń i ją ucałował. - Nie miałaś okazji mnie poznać. Jestem Davon. Moim zadaniem jest, byście oboje mieli znakomity czas. Mam nadzieję, że nie uznasz tego za problem.
- Miałam parę razy widownię podczas seksu, więc nie będzie mi przeszkadzać twoja obecność - stwierdziła wręcz dumnie. Doświadczenie w takich sytuacjach w końcu się na coś przydało. - Będziesz dziś zastępować Desmonda, czy będziesz tylko cichym obserwatorem? Chciałabym wiedzieć, kiedy będziecie się zmieniać, tak dla samej jasności.
Uniósł brwi. Spodziewał się innej reakcji, jednak kobieta pozytywnie go zaskoczyła. Val obserwowała, jak uśmiech delikatnie znika z jego twarzy, a jego oczy wracają "do normalności".
- Będzie tylko obserwował. Mam nadzieję... Czasem pewnie powie coś głupiego. Uh... Nie wiem. To pierwszy raz w takiej sytuacji, gdy jest tu ze mną tak... blisko. - zaczerwienił się nieco. - Dziękuję, Val... To dużo dla mnie znaczy.
- W takim razie postaram się nie brać wszystkiego do siebie, chyba że przegnie pałę, to wtedy co innego - stwierdziła, kładąc dłonie na jego szyi. - Czyli do tej pory tylko obserwował i nie wtrącał się aż do takiego stopnia? Chyba czuje się zaszczycona - zaśmiała cię i złożyła czuły pocałunek na czubku jego głowy. - Nie dziękuj, mów, gdyby coś było nie tak, Des. Zawsze możemy przerwać, gdy poczujesz się nie tak.
Desmond przytaknął, patrząc prosto w jej oczy. Widząc jego wzrok - pełen miłości, oddania, jednak błagający o więcej - wzbudził w niej masę uczuć, których nawet nie potrafiła nazwać, niczym motyle w brzuchu. Uśmiech Valentiny z czułego zaczął zakrzywiać się przy kąciku. Trzymając dłoń na jego szyi, ponownie zaczęła poruszać biodrami.
Nie zdejmując z niej wzroku, próbował powstrzymywać jęki i pomruki przyjemności, które powoli zaczęły uciekać z jego ust. Jego dłonie zacisnęły się na jej udach, próbując przejąć kontrolę.
Po kolejnych paru minutach bezceremonialnego obściskiwania się, Val oderwała się od jego ust.
- Chyba będziesz musiał mi trochę pomóc, wiesz?
Ułożyła jego dłonie na swoim dekolcie, jęknęła cicho, po czym przesunęła je niżej. Razem zaczęli powoli rozpinać guziki koszuli, która chwilę później wylądowała na podłodze. Gdy Des sięgnął do zapięcia od stanika, ta wstała skocznie i pokręciła palcem.
- Do tego przejdziemy za moment.
Stanęła przed nim i powoli, jakby chciała sprawić mu cierpienie, rozsuwała zamek od spódnicy. Trwało to wieczność, zanim jej tyłek w końcu znalazł się na wolności. Jeździła dłońmi po swoich udach, biodrach i biuście. Kręciła biodrami niczym tancerka.
"O mój Boże... Tą lubię najbardziej, Des."
Nie wytrzymał. Wstał i złapał ją za nogi, by posadzić ją na kuchennym blacie. Zanim przeszedł do pocałunku, ściągnął swoją koszulkę i rzucił ją na ziemię, po czym wpił się w jej miękkie, delikatnie spuchnięte usta. Obiema rękoma rozsunął jej nogi i przysunął się bliżej, zaciskając dłonie na jej udach.
- Jesteś taka piękna, Val... I seksowna... Nie chcesz się podzielić? - szepnął, schodząc pocałunkami do jej szyi.
- Musisz sobie najpierw zasłużyć. Nie oddam ci się tak łatwo.
Naparła dłońmi na jego klatę, a gdy ten się nieco odsunął,
ułożyła stopę na jego brzuchu. Uśmiechnęła się cwaniacko, jeżdżąc stopą po jego skórze.
- Jeżeli myślisz, że tak bezproblemowo mnie zdobędziesz, to grubo się mylisz... - zjechała nieco niżej i bez żadnych skrupułów zahaczała o jego krocze. - Musisz się trochę wykazać, a jak dobrze się spiszesz, to może uda ci się dziś mnie posiąść... I to w całości...
Czuł, jak świadomość Davona zlewa się z nim - jak jego emocje i żądza przelewają się na niego, integrując się z nim. Jeden chciał ją kochać, a drugi chciał ją posiąść.
- Co więc mam zrobić? Hime? - zapytał, łapiąc jej kostkę i walcząc z jej stopą, która próbowała zsunąć zamek rozporka w dół.
Skonfundowana, patrzyła na niego. Usłyszała głos Desmonda, jednak wzrok widocznie należał do tego drugiego.
- Kombinuj, spróbuj się wykazać. Zaskocz mnie. Jest tyle pokoi i mebli do wykorzystania. - w dalszym ciągu siłowała się z nim, jednak Desmond miał silniejszy chwyt niż się spodziewała. - Jeżeli potrzebujesz jakiegoś wsparcia, to mam całą szafę różnych różności...
Zastanawiał się chwilę, lecz koniec końców nachylił się i pocałował ją czule. Ona od razu odzajemniła pocałunek, bijąc się z nim językiem o prowadzenie. Wolną ręką chwycił po cichu za dużą, kuchenną łyżkę, która leżała obok na blacie, obrócił ją i przyłożył zaokrągloną, podłużną część do jej czułego miejsca. Valentina chciała coś powiedzieć, lecz nie pozwolił jej oderwać się od pocałunku, gdy powoli zaczął wsadzać rączkę łyżki między jej nogi.
Poczuła, jak coś zimnego powoli wsuwa się między jej nogi. Wiele rzeczy do siebie przyjmowała, ale z tym jeszcze się nie spotkała. Nie potrafiła nawet opisać tego uczucia, chociaż musiała przyznać, że z każdym kolejnym ruchem stawało się ono dziwnie przyjemne. Mruczała coś w jego usta, ale sama nie wiedziała, co chce przez to przekazać.
- Dobrze Des... tyle na razie wystarczy... - powiedziała po chwili. Gdy ten wyciągnął metalowy przedmiot, pokręciła głową. - Przyznaję, tego się nie spodziewałam, ale następnym razem trzeba coś bardziej... Higienicznego.
- Chciałaś zaskoczenia. A to było pod ręką. - zaśmiał się i wrzucił łyżkę do zlewu.
- To był twój czy jego pomysł?
- Guess. - szepnął w jej usta. - Dobrze, skarbie. Skoro chciałaś coś bardziej... Higienicznego... - odparł i podniósł ją na ręce.
Plecami otworzył drzwi do łazienki i postawił ją z powrotem na nogach.
- Zamawiała Pani prysznic? - złapał ją w talii, patrząc na nią z uśmiechem. - Zawsze chciałem zobaczyć cię... Nie. - kiwnął głową, zatrzymując lecący żenujący tekst, zanim było za późno.
- Chyba czytasz mi w myślach... Ale najpierw muszę się pozbyć paru rzeczy.
Bez czekania na jego reakcję dokończyła rozpinanie rozporka. Uklękła i wraz ze spodniami pozbyła się jego bielizny. Z uśmiechem przytuliła policzek do jego uda. Desmond musiał zachować czujność. Oblicza Valentiny zmieniały się bez zapowiedzi i w każdej chwili mogła zrobić coś nieprzewidywalnego.
Jej lśniące oczy zbiły go z tropu. Mrugnął i dziewczyna już zaczęła bawić się jego przyrodzeniem. Zaskoczony oparł się dłońmi o kant umywalki.
- Val... Mmh. - jęknął z przyjemności, gdy kobieta wzięła jego członka do ust.
Zacisnął dłoń na blacie, gdy poczuł, jak jej usta i język otulają go czule. Lecz to widok jej klęczącej tuż pod nim, patrzącej prosto w jego oczy, gdy zajmowała się jego przyrodzeniem, sprawiał mu o wiele większą przyjemność niż sama ta akcja. Czuł zbliżający się orgazm, gdy kobieta nagle odsunęła się i wstała z uśmiechem na nogi.
- To jak? Wchodzimy? - odparła niewinnie, zdejmując swój stanik.
- Ty ruda... - szepnął, gdy ta wciągnęła go pod prysznic. - Jesteś niemożliwa. Val... Nie rób mi tego. - odparł, przysysając się do jej szyi, drugą ręką zaczynając masować jej pierś.
- Czego mam nie robić, Des?
- Tego... Nie zostawiaj mnie w takim stanie...
Z satysfakcją ujęła jego podbródek. Uniosła go nieznacznie, żeby lepiej przyjrzeć się jego twarzy. Nie mogła oderwać się od tych lśniących, błagających o więcej tęczówek. To był w końcu ich pierwszy wspólny raz; nie chciała się aż tak zapędzać.
- Myślę, że zasłużyłeś na co nieco...
Odkręciła kran, a z deszczowni zaczął spływać strumień gorącej wody. Całą kabinę wypełniła para. Val obróciła się do chłopaka plecami i bez ostrzeżenia wypięła biodra w jego stronę. Ułożyła wygodnie dłonie na wnęce w ścianie, a
pośladkami zaczepiała krocze Desmonda, zachęcając go do kolejnych kroków.
- Teraz to ty mi tego nie rób... Nie zostawiaj mnie tak...
Czuł się jak we śnie. Ten widok zaparł dech w jego piersi. Szybko jednak się otrząsnął i powoli wsunął w nią swe przyrodzenie. Ciepłe, otulające go uczucie powróciło i przybrało na sile, gdy zaczął się w niej poruszać.
- Szy-szybciej... - wymamrotała między jękami.
Nie musiała mu drugi raz powtarzać. Jego ruchy przybrały na sile i szybkości, a Valentina poczuła się jak w siódmym niebie. Całą kabinę wypełniły ich pojękiwania, jednak to kobieta wygrywała w głośności. Sąsiedzi musieli mieć naprawdę ciekawą noc.
- O Boże... - odparł, gdy czuł zbliżający się orgazm.
W porę wyjął członka i doszedł na jej plecy. Nie chciał zostawiać jej jednak w takim stanie. Szybko wsadził w nią dwa palce, kolejnym dodatkowo krążąc wokół jej czułego miejsca.
Po chwili Valentina jęknęła głośno, lecz on nie przestawał. Skończył dopiero, gdy jej nogi zaczęły się trząść, po czym ją złapał i wspierał, by nie upadła.
- Jesteś niesamowita... - szepął, trzymając ją mocno i składając delikatne pocałunki na jej ramionach.
Powoli osunęła się na płytki. Dopiero z jego pomocą udało jej się wstać. Była otumaniona, jej wzrok był zamglony, włosy przyklejały się do każdego skrawka jej twarzy. Mimo to uśmiechnęła się i pozwalała się wycałować.
- I kto to mówi... Ledwo co stoję - zaśmiała się. - Było cudownie... Jesteś... A już słów mi brakuje. - pokręciła głową i oparła czoło o jego ramię. - Następnym razem możesz spokojnie kończyć w środku... - dodała między próbami złapania oddechu.
- Hm? - zmarszczył brwi.
- Cóż... - westchnęła. - Nie mogę mieć dzieci. Taka już moja uroda. Przynajmniej nie musisz się obawiać, że złapię cię na dziecko. - uśmiechnęła się, krążąc palcami po jego klatce piersiowej.
Desmond przytaknął. Zaskoczył go ten fakt, lecz nie zrobił na nim większego wrażenia - w końcu sam nie chciał i nie planował mieć dzieci w przyszłości.
Patrzył na nią z miłością wypełniającą jego oczy, podczas gdy woda z deszczownicy kapała na ich ciała. Valentina zdjęła gumkę z mokrego warkocza mężczyzny i rozplątała go, a gęste, czarne kosmyki włosów zaczęły przylepiać się do jego skóry. On za to wycisnął trochę mydła na dłoń i zaczął masować jej ramiona, powoli przechodząc w dół do jej piersi.
Nie trzeba było żadnych słów - wystarczył wzrok, szerokie uśmiechy, nagie ciała i setki mokrych pocałunków.
---
Po umyciu się, wysuszeniu i nałożeniu ubrań, para wróciła do salonu. Byli już po kolejnej lampce wina - praktycznie kończyli pierwszą butelkę. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, podczas gdy cicha, romantyczna muzyka dodawała scenie atmosfery.
Desmond odchylił głowę na oparcie kanapy i wziął głęboki oddech, przymykając oczy.
- A Pan to już do spania? - zapytała, uśmiechając się pod nosem.
- Nie... Po prostu cieszę się ciszą w głowie.
- Davon... Dobrze zapamiętałam? Poszedł już?
- Mhm. Chyba przeszłaś pierwszy test.
- Mm... Jestem zaszczycona. - odparła, opierając się o jego ramię.
- To było... Dziwne przeżycie. Wcześniej miałem tak tylko z Akari, ale Davon to inna bajka. On... Lubi się wtrącać i ingerować. Czasem czułem się jak w poligamii.
- Ale chyba nie było aż tak złe, co? - spytała zaczepiając go paznokciem o klatkę. - Wydaje mi się, że nie wtrącał się dziś aż tak, jakbym się tego spodziewała. Robiłeś kiedyś to bez jego obecności? Tak kompletnie?
- Nie wiem... Myślę, że zawsze czuwa, ale stara się nie wtrącać. Dzisiaj... Cóż. Powiedzmy, że założyliśmy umowę. - westchnął, obejmując ją ramieniem. - Chciałem usprawnić naszą komunikację... By mówił mi, zanim zacznie coś robić. Los chciał, bym użył słowa "transparentny" i chyba... Wziął to sobie do serca. Myślę, że mu się spodobałaś i dlatego tak wyszło.
- Muszę przyznać, że cię podziwiam, Des.
- W jakim sensie?
- Podziwiam cię, że mimo głosów innych w głowie w dalszym ciągu potrafisz się skupić na chwili. - odpowiedziała. - Ja jestem strasznie ckliwa. Czasami mała pierdoła może mnie kompletnie wybić z nastroju.
- Wiesz... Nie powiedziałbym, że to jest jak "głos" w głowie. - zastanowił się. - To są po prostu myśli... Ale, hm... Jakby każdy z nich miał inny "wydźwięk" i charakter, więc... Po czasie zaczynasz je rozróżniać od swoich. Gorsze jest to, kiedy siedzi tu razem ze mną i mam wrażenie czasem, jakby moje ciało poruszało się samoistnie.
- Czyli parę osobowości może mieć kontrolę nad ciałem jednocześnie? - zapytała.
- Tak. Rzadko, ale... Czasem się to zdarza. - odparł. - A co?
- Tylko zapytałam z ciekawości. - cmoknęła go w policzek i objęła dłońmi jego biceps. - Wolę o coś dopytać niż żyć w nieświadomości. Chcę was jak najlepiej poznać i zrozumieć, dlatego mogę zadawać więcej pytań niż zwykle.
- Cieszę się z tego, Hime...
---
Poranek
Mężczyzna wstał z łóżka ze zmrużonymi oczami. Otworzył drzwi od sypialni i wyszedł do salonu, gdzie światło uderzyło mu w oczy. Przetarł twarz dłonią w zastanowieniu.
- Des? - nagle, usłyszał kobiecy głos za sobą.
- AAAAAAAAAAA! - krzyk o wyższym niż zwykle tonie uciekł z jego gardła. - Valentina? Co ty-... AA! Czemu jesteś nago?!! - krzyknął ponownie, zasłaniając oczy dłonią.
- Zdajesz sobie sprawę, że ty też nie masz spodni... ani majtek... prawda? - zapytała z uniesioną brwią.
- Co?! - spojrzał w dół i ujrzał sflaczałego członka. - EWWWW!!!!!!!!!!!!!!
Valentina westchnęła i kiwnęła głową. Miała dodatkową rozrywkę już od samego rana. Złapała go za dłoń i poprowadziła do sypialni. Z cały czas zasłoniętymi oczami, podążał za nią. Gdy ujrzał na podłodze coś, co wyglądało na jego bieliznę i spodnie, zaczął się ubierać w szybkim tempie i wręcz wybiegł z pokoju.
- Boże... Bleh. - otrząsnął się i swoje ręce w dosyć kobiecym stylu. - Obrzydliwe. O-brzy-dli-we! Nie chcę na to więcej patrzeć! Wygląda jak sflaczała tromba. Ew!
- Po tylu latach nigdy wcześniej go nie widziałaś? - spytała nieco zdziwiona, ubierając bieliznę.
- Zawsze zamykam oczy, jak muszę iść do łazienki. - odparła.
Skierowała się do łazienki, a tam narzuciła na siebie satynowy szlafrok. Wyszła do salonu, gdzie Akari stała już zakryta od stóp do głów.
- Jeżeli ci to przeszkadza, to mogę się całkowicie ubrać - zaproponowała wskazując na swój strój.
- Nie, nie. Jest ok. - odetchnęła, siadając na sofę. - O mój Boże... Co... To jest. - spojrzała na włosy, pochłonięte w chaosie.
- To ja może... Zrobię kawę. - westchnęła, kierując się do kuchni.
Po chwili, Valentina wróciła do salonu z dwoma kubkami ciepłej kawy. Postawiła je na stolik i zaczęła obserwować, jak Akari próbuje rozczesać kołtuny we włosach.
- Dziękuję, kochana. Ah... - westchnęła, zaczynając na nowo zaplatać warkocz. - Więc... Według moich obserwacji... Uprawialiście seks. Mhm... Nie ma mnie parę dni i znowu nie wiem, o co chodzi. Eh... Oby to wyszło na dobre. Mam dość rysowania czarnych obrazków. Pora na trochę kolorów, no! - przewróciła oczami.
- Jeżeli chcesz umyć włosy albo je ogarnąć, to możesz iść śmiało do łazienki. Powinnaś tam znaleźć wszystko, czego potrzebujesz - zaproponowała i upiła łyk kawy. - Obrazy? Malujesz coś nie coś?
- Oh, dziękuję. Jakbym zaczęła swoją rutynę to siedziałabym tam kilka godzin. - machnęła ręką. - Taak. Ostatnio pomagałam Desmondowi wyrzucić z siebie całe to... Mroczne coś, co trzymał w sobie. Eh, mówię mu, by się nie obwiniał o wszystko, ale on przecież wie lepiej. Ale... Skoro między wami coś zaszło... - zawinęła gumkę wokół włosów i wzięła kubek z kawą, zakładając nogę na nogę. - Opowiadaj, jak było? Co się stało? Chcę wiedzieć wszystko!!
Komentarze
Prześlij komentarz