Rozdział VIII: Zabij lub zgiń
Rozdział VIII
Zabij lub zgiń
Nie wiem, po co to robię. W Internecie pisali, że to powinno pomóc, chociaż tam mogę znaleźć wszystko, czego tylko zapragnę. Kiedyś w latach dwudziestych ludzie spisywali wszystko na papierze. Myślałam, że znajdzie może jeszcze jeden zeszyt w gratach Maksymilana, ale nie dokopałam się nawet do skrawka kartki. Dlatego muszę wstukiwać wszystko w komputer. Próbuję skleić myśli, ale idzie dosyć opornie. Co chwilę wstaje z krzesła, przechadzam się po mieszkaniu, jakbym oczekiwała na jakiś cud. A może właśnie tak jest? Czekam, aż problem samoistnie się rozwiąże. Pierdolona deus ex machina, która nigdy nie nadejdzie. Nie ma boga, magicznego sposobu, żeby się ich pozbyć. Są jak nawracający nowotwór. Już ci się wydaje, że ich pokonałeś, a jednak wracają. Przerzuty na kolejne organy, zjadają cię od środka, żywcem. Dzień po dniu. Chociaż są wyjątkowo cicho, są przy tym zabójczo skuteczni. Nie widać tego po ciele. Znaczy siniaki się wygoiły, trochę schudłam. Może parę kilo. Czekam od tygodnia, a oni nadal się nie zjawili. Zwykle gdy tak robią, wołają o dodatkową kasę. Oszczędzam gdzie mogę, szczególnie na jedzeniu. Lodówka znowu świeci pustkami. Nie mam honoru i odwagi, by znowu prosić Hyrama o zakupy. Czułabym się jak żebrak, a do tego nie chcę wracać. Ostatni raz jadłam coś chyba cztery dni temu? Nawet nie jestem pewna. Najważniejsze, że Frodo ma co jeść. Nie mam serca nie podać mu dziennej dawki arbuza. Teraz siedzi w szafie, słyszę, jak przeżuwa swoją ulubioną zabawkę. Wszystkie je tam schowałam, to jego nowy kącik. Nie wiem kiedy przyjdą, a nie chce, żeby stała mu się krzywda.
Boje się spać. Mój mózg jest przestawiony w tryb czuwania. Każdy najmniejszy szmer napawa mnie niepokojem, odruchowo sięgam do kabury. Przez te parę dni spałam jakieś 6 godzin, nie liczę tych, w których przysypiałam. Worki pod oczami mają już własne worki. Zasypiam na siedząco, jednocześnie nie potrafię zasnąć. Jestem jednocześnie we śnie i na jawie. Zaczynam słyszeć różne rzeczy, mój mózg zmienia się w sabotażystę. Ich śmiechy, wyzwiska. Czasami nawet pukanie do drzwi, czy o szybę. W nocy widzę kształty, ubrania na kanapie przypominają Tygersów. Neony przebijające się do mieszkania - niczym ich katany. Powoli popadam w paranoję.
Dźwięk telefonu wyrwał ją z pisania. Przetarła zmęczoną twarz dłonią, gdy zobaczyła, kto się do niej dobija. Nie miała najmniejszych chęci z nią rozmawiać. To jakby wystawić się na ugryzienie kleszcza, który spije z ciebie całą energię i jeszcze zostawi po sobie jakieś cholerstwo. Lizzy była jak pasożyt i chociaż Hyramowi udało się od niej uwolnić, to Yami jeszcze się za to nie zabrała. Mówiła mu, że z nią porozmawia, jednak czasami są ważniejsze sprawy niż natrętna znajoma.
- Halo? - Odebrała po chwili.
- Ileż mam na ciebie czekać? Stoję tu jak idiotka od jakichś 10 minut.
- O czym ty mówisz? Gdzie niby stoisz?
- Żartujesz sobie ze mnie?
Ledwo przytomna spojrzała w kalendarz. Przeklęła pod nosem i wyleciała z mieszkania. Już minutę później zmierzała do gabinetu. Lizzy wyglądała pięknie, zresztą jak zawsze. Obcisła spódnica nie sięgała nawet do połowy uda. Cekinowy top szumiał z najmniejszym ruchem. Z daleka widziała starannie dopracowany makijaż, który zaraz ulegnie zniszczeniu podczas zabiegu.
- Naprawdę nie pojmuje, co Hyram w tobie zobaczył Yami - parsknęła skanując dziewczynę od dołu do góry. Kilkudniowa, luźna koszulka, szare dresy, na których widoczna była każda najmniejsza plamka. - To tak jakby zauroczyć się...
- Przymkniesz się w końcu?
Nie miała siły na takie gadki. Towarzystwo Liz od zawsze było specyficzne. Ktoś o zdrowych zmysłach pewnie uciekłby od niej przy pierwszej okazji. Yami nie potrafiła. Tkwiła bańce, z której nie mogła, a może i nawet nie chciała uciec. Z początku znajomości uwagi i docinki były drażniące. Każde zdanie było jak szpila wbita między żebra. Z każdym kolejnym miesiącem zaczęły spływać po Yami. Nie robiły już na niej większego wrażenia. Najgorsze w tym wszystkim była jednak wizja samotności. Gdyby straciła kontakt z Liz, ciężko byłoby nawiązać nowe znajomości.
- Słucham?
- Przestań w końcu mi docinać. Mam już tego po dziurki w nosie. - Podeszła bliżej, ominęła dziewczynę i wyciągnęła kartę z kieszeni. - Jeżeli masz wchodzić to wchodź. - Otworzyła drzwi, zostawiając "przyjaciółkę" za sobą.
Rzuciła kluczami na biurko i niczym robot zaczęła wszystko przygotowywać. Nie zwracała uwagę na Liz, która odkładała swoje rzeczy na kanapę.
- A wiesz, że w piątek widziałam się z Hyramem?
- Tak? A co takiego porabialiście? - spytała, odpakowując nowe zestawy nożyków.
- Mamy za mało czasu, żeby ci wszystko opowiedzieć - westchnęła, odrzucając włosy za ramię. - Ale uwierz mi... Było bosko. - Usadziła się wygodnie na fotelu.
Yami jedynie parsknęła pod nosem. Nie potrafiła się nadziwić, jak w dalszym ciągu Lizzy brnęła we własne kłamstwa. Nie wiedziała, w jaki sposób dziewczyna nie gubi się w sieci historii, które sama stworzyła. Usiadła na taborecie, włączyła ostatnią lampę i przysunęła się bliżej.
- Jakoś cię nie widziałam na mojej kanapie. - Twarz Liz wydała się lekko drgnąć, jakby walczyła, żeby nie okazać emocji. - Co do ceny zabiegu, niestety nie naliczę ci dzisiaj zniżki.
- Co? - Poderwała się niczym poparzona z fotela. Stanęła obok siedzącej Yami i wpatrywała się w nią zszokowanym wzrokiem. - Ty chyba sobie żartujesz.
- Nie Lizzy. Nie żartuje. W aktualnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić dawanie ci zniżek.
- W jakiej sytuacji? Czy ty serio musisz się mścić?
- Mścić? Niby za co?
- Mścić? Niby za co?
- Za wszystko! - Lizz wykrzyknęła i wyrzuciła dłonie w powietrze. - Nie możesz znieść faktu, że jestem od ciebie ładniejsza, więcej zarabiam i faceci do mnie lgną. Tyle dla ciebie zrobiłam, a ty jak mi się odpłacasz? Zabierasz mi jedynego faceta na którym mi kiedykolwiek zależało!
- Ty naprawdę jesteś aż tak głupia? - Wstała powoli z taboretu. Zbliżyła się do dziewczyny, a ta zrobiła niepewny krok do tyłu. - Od kiedy tylko się znamy jestem dla ciebie jebanym dodatkiem. Zabierałaś mnie na imprezy, na posiedzenia w barze, a i tak finalnie lądowałaś w łóżku z obcym facetem. Ani razu, przez te parę lat nie wyszłyśmy razem z lokalu. - Nerwowo przetarła twarz, po czym ułożyła dłonieo na biodrach. - Byłam zawsze na twoje zawołanie. Pomagałam ci w najmniejszych pierdołach, czy to coś się stało w mieszkaniu, kran się rozjebał, auto, czy zwyczajnie potrzebowałaś nowych wszczepów. Wiesz co ci powiem? Gówno ci dały. - Na twarzy Lizz malowało się zdziwienie, zmieszane z przerażeniem gdy ton Yami zaostrzył się. - Może z wierzchu jesteś piękna, ubierasz się w markowe ciuchy, masz zadbane włosy, biżuterie za tysiące eurodolarów. Mimo to nadal jesteś zwykłą suką. Widzisz tylko czubek własnego nosa. Do kurwy nędzy nawet nie potrafisz uszanowac dezycji drugiego człowieka, tylko rzucasz w niego talerzami.
- Ale ja go kocham! - wykrzyknęła, a łzy pociekły po jej policzkach. Zaczęła wycierać je w amoku, a tusz rozmazał się po całej twarzy.
- Jego? Czy to uczucie jakie ci dawał?
Otworzyła usta, ale żadne słowo ich nie opuściło. Nawet najmniejszy dźwięk. Odwróciła się czym prędzej, zabrała rzeczy z kanapy i z trzaskiem drzwi opuściła gabinet.
Yami odetchnęła z ulgą. Czuła jak niewidzialny ciężar spadł z jej ramion. Nie wiedziała, że posiada w sobie tyle odwagi by wyrzucić z siebie te myśli i to na dodatek prosto w twarz Liz. Oparła się dłońmi o biurko, oddychała głęboko, chłonąc pierwsze chwile wolności.
Przerwało je skrzypnięcie drzwi. Już chciała powiedzieć, że nie jest widziana w jej gabinecie, że nie ma po co tu wracać. Nie zdążyła się w pełni obrócić jak mocny cios w środek twarzy posłał ją prosto na podłogę. Niemalże od razu podniosła się na nogi i spojrzała na grupkę Tygersów, widocznie zadowolonych z obrotu sytuacji.
- Musimy cię przeprosić za małe opóźnienie - zaczął jeden z nich. - Chyba masz dla nas kasę co? I to zodsetkami za dodatkowy tydzień.
Niemal odruchowo wybrała numer do Hyrama.
Pierwsz sygnał.
Trzeci.
Piąty.
Użytkownik w tej chwili nie odpowiada.
Prosimy spróbować później.
- Wiemy, że się za nami stęskniłaś, widac to po tobie. - Typ chodził w te i we wte. Yami jak najciszej mogła uchyliła szufladę biurka, sięgajac do jej wnętrza.
Pierwszy.
Trzeci.
Piąty.
Użytkownik w tej chwili nie odpowiada.
Prosimy spróbować później.
- No nie bądź taka, chyba nie chcesz żebyśmy się pogniewali.
Wyciągneła pistolet przed siebie, jeden z mężczyzn rzucił się na nią próbując wyrwać jej broń z dłoni. Szamotali się, wrzeszczeli, w przypływie gniewu Yami wycelowała lufę pistoletu w stopę Tygersa. Palec już dotykał spustu, jednak widok dziwnie znajomej twarzy na środku gabinetu sprawił, że zamarła. Ten ułaem zawahania wystarczył, żeby po sekundzie leżała już na podłodze.
Pierwszy.
Trzeci.
Piąty.
Użytkownik w tej chwili nie odpowiada.
Prosimy spróbować później.
- Tak się chcesz z nami bawić? Pożałujesz tego tępa dziwko.
Jeden z nich zaczął kopać ją po twarzy, jakby nie zasłużyła, żeby wyciągneli w jej stronę broń. Dołączył się drugi, a trzeci postanowił uhonorować przypływ jej tchórzostwa. Nie wiedziała czym uderzal, jednak za każdym razem czuła, jakby ktoś wyrywał kręgi z jej kręgosłupa. Kości gruchotały, a ona nie miała nmawet siły krzyknąć. Leżała, kasłała dławiąc się własną krwią i łzami, a gdy już skończyli, nastała głucha cisza.
Użytkownik w tej chwili nie odpowiada.
Prosimy spróbować później.
***
Westchnął ciężko i upadł na kanapę; oczy wpatrzone tępo w biały sufit. Miał złudną nadzieję, że szumiący w rogu pomieszczenia wiatrak rozpędzi kłębiące się w jego głowie myśli równie skutecznie, jak teraz rozwiewał mu włosy. Życie zaczęło tracić swój blask, a wszystkie barwy stopniowo blakły. Po tlącej się żółci pozostała nudna szarość; nawet czerwień zaczęła przyjmować rozległe odcienie czerni.
Monotonność, nuda. Przewlekłe uczucie pustki, które wchłania go od środka. Pożera każdą dawkę adrenaliny, nawet dopamina się rozpuszcza w nicość. A przelana krew, która miała być źródłem satysfakcji, wyparowuje niczym woda z garnka w kilka minut. Czuł się jak auto z padniętym akumulatorem. Szkoda tylko, że “naprawa” tego stanu nie jest tak prosta jak konserwacja auta.
Delikatny dotyk na udzie przywrócił go do rzeczywistości. Miaucząca, czarna otchłań domagała się atencji. Łagodny uśmiech wstąpił na jego twarz, gdy dłonią zaczął przeczesywać miękką sierść zwierzęcia. Myślami jednak powracał do blondwłosej kobiety, której obecność zaczęła wpływać na niego jak narkotyk. Z razu na raz potrzebował coraz więcej, by załatać drążącą jego serce pustkę. Przypominał sobie chwilę, gdy ta leżała na jego kolanach, a on błądził dłonią w jej jasnych kosmykach. Dlaczego te chwile tak szybko się ulotniły? Pragnął więcej. Potrzebował nasycić się jej obecnością, wziąć głęboki wdech jej kwiecistych perfum, poczuć ciepło jej ciała na swej skórze, miękkość jej ust na swoich wargach. Jednak teraz jego jedynym towarzyszem, oprócz mruczącej otchłani na kolanach, była ta przeklęta pustka.
Spojrzał w telefon - brak powiadomienia. Ani jednej wiadomości. Wciąż mu nie odpisała. Zaczął poważnie się zastanawiać, czy popełnił jakiś błąd. Czy zranił ją przypadkiem? A może Lizzy znów jej coś nagadała? Mogłaby przynajmniej powiedzieć mu, o co chodzi. Nigdy nie był dobry w zgadywaniu czyichś uczuć, a teraz nie było inaczej. Jednakże wszelkie próby spotkania i wyjaśnienia tej drążącej go sytuacji zostały zamiecione pod dywan. Nawet drzwi jej mieszkania tym razem pozostały dla niego zamknięte.
Przeklinał siebie w myślach. Przecież to naturalna kolej rzeczy. Każda relacja w jego życiu kiedyś gaśnie. Jednak tym razem proces ugaszania wywoływał więcej bólu i refleksji niż zazwyczaj, bo oprócz żółci ciągnął też wszystkie pozostałe barwy na dno szarości. Frustrował go fakt, że nie może nic z tym zrobić - przez jedną kobietę wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli. Za każdym razem, gdy robił krok w przód, fatum coraz ciaśniej wiązało pętlę na jego szyi.
Nagle wybrzmiał głos powiadomienia. Spojrzał na ekran - nieznany numer. Brak jakiegokolwiek kontekstu; jedynie adres i podpis na końcu: “Lisica”. Zmarszczył brwi. Od razu pomyślał, że to musi być kolejne, tajemnicze zlecenie.
Zablokował telefon i rzucił go na bok. Nie chciał myśleć o pracy, choć na jeden dzień. Jednak owijająca tę wiadomość tajemnica wzbierała jego ciekawość. Jedyne migoczące światło wśród szarości. Sięgnął ponownie po komórkę, skopiował adres z wiadomości i wpisał go do mapy. Daleka droga - przeprawa przez pół miasta. Zastanowił się.
Koniec końców, westchnął i strzyknął kośćmi karku, wstając z kanapy. Lepsze to niż wpatrywanie się w sufit. Niech to będzie ostatnie zlecenie, zanim zrobi sobie przerwę.
—
Warkot motoru ustał. Ciepły wiatr rozwiał mu włosy, gdy zdjął kask. Przed nim stał niezbyt wysoki budynek - wybite okna, pomazane graffitti ściany, zardzewiałe auta i świszczący przez puste pomieszczenia wicher. Ponownie spojrzał na mapę - nawigacja wskazywała właściwe miejsce, jednak opustoszałość tego miejsca i piętrząca się obok wejścia góra rupieci zapalały czerwoną lampkę w jego głowie. Pomyślał, że najwyraźniej nowy klient cenił sobie prywatność.
Trzymając rękę na pulsie, wszedł do środka i zaczął kierować się na dach. Schody były w rozsypce, a biel ścian została całkowicie pochłonięta przez kurz, pajęczyny i malowidła ścienne. Rozglądał się na każdym piętrze, lecz co raz odpowiadała mu jedynie cisza. Został ostatni przystanek - dach.
Wszedł po drabinie i rozejrzał się dookoła. Jego wzrok zatrzymał się na drobnej, kobiecej sylwetce siedzącej na skraju budynku, z nogami zwisającymi w ulicznej przepaści.
- Lisica? - zapytał. Stając w ostrożnej odległości od tajemniczej postaci, chwycił za pistolet w kieszeni.
- Shadow... Strasznie tandetna ksywka.
Kobieca sylwetka odwróciła się. Za dużym kapturkiem bluzy chowała się znajoma maska lisa - biała, z podświetlającymi się na niebiesko oczami i wielką szramą, przecinającą na wskroś metal. Do tego ten charakterystyczny, zmodulowany głos. Chwilę mu to zajęło, lecz w końcu skojarzył fakty. To ta sama, bipolarna kobieta, która raz rozcina mu ostrzem rękę, a raz ratuje mu życie.
Ciężko było stwierdzić, jakie uczucia żywił do tej postaci - spotkał ją może z dwa, trzy razy, po czym zniknęła z jego życia tak szybko, jak się pojawiła. Była mu względnie obojętna, jednak szala uczuć nieznacznie przechylała się w negatywną stronę - była jak irytujący komar przy uchu, gdy próbujesz zasnąć. Nie powodowała wielkich szkód, jednak jej obecność była zauważalnie frustrująca.
- Mówi to osoba, która chowa się za maską lisa i nie ma jaj, by wysłowić się swoim własnym głosem. - odparł i usiadł obok niej na krawędzi dachu. - Powinnaś wypróbować maskę Chewbacci ze Star Warsów, przynajmniej byłoby śmieszniej.
Kobieta przewróciła oczami pod maską. Postanowiła uciąć temat. Nie było sensu wykłócać się z nim o takie pierdoły.
- Już bałam się, że nie przyjdziesz. Ostatnio, gdy się widzieliśmy, o mało co nie spadłeś z tego dachu.
- I co, oczekujesz, że mam ci podziękować? - Uniósł jedną brew.
- Niezupełnie. Aczkolwiek biorąc pod uwagę, że uratowałam twój tyłek, to wypadałoby coś powiedzieć.
- Pff, haha! - zaśmiał się ironicznie. - Radziłem sobie w gorszych sytuacjach. Nie dodawaj sobie kredytów tam, gdzie nie jest to potrzebne.
- Czarujący jak zwykle.
- Przestań pierdolić i przejdź do rzeczy - rzucił zirytowany, wyjmując epapierosa z kieszeni, by po chwili wypuścić chmurę dymu z ust. - Na chuj mnie tu wezwałaś? Myślałem, że twoja fikxerka wyraziła się jasno, by nie wchodzić mi w paradę.
- Chciałam poprosić cię o pomoc.
- Moja pomoc kosztuje - odparł zwięźle.
Kobieta spojrzała na niego. Twarz, na której zwykle widniał charakterystyczny, zadziorny uśmiech, teraz pozostała nieruchoma niczym zimny kamień; była wyprana z emocji niczym grecka rzeźba z marmuru. Ciepłe odcienie skóry i przystojne, wyraziste rysy przywodzące na myśl gorące, meksykańskie słońce pozostawały jedynie pustą fasadą. Piwne oczy, zwykle roziskrzone bezczelnym urokiem, teraz przypominały dwa kawałki przydymionego bursztynu - piękne, lecz martwe. Nie zdradzały niczego, nawet gniewu ani życzliwości. Ta obojętność była gorsza od nienawiści. Kiedy zatrzymały się na niej, poczuła, jak żołądek ściska się w ciasny supeł. Gęsia skórka wstąpiła na jej ramiona. Nie była pewna, czy to zasługa wiatru, czy tego spojrzenia, które przeszywało ją na wylot, pozostawiając wrażenie, że stoi przed kimś zupełnie obcym.
Patrzył się na nią bez wyrazu - bez cienia zainteresowania, ciekawości lub jakiegokolwiek zmartwienia. Zastanawiała się, czy to wynik irytacji jej personą, czy to naturalny wyraz jego twarzy, którego pełną okazałość dostrzegła dopiero teraz.
- Czy zwykle patrzysz na innych, jakbyś chciał ich zabić, czy tylko ja jestem zaszczycona tym wzrokiem? - odparła, nerwowo przebierając palcami w rękawiczkach.
- Nie przepadam za tobą, jednak nie na tyle, by jakkolwiek się wysilać w tej sprawie. Wzruszył ramionami. - Masz kasę, czy nie?
- Nie obchodzi cię nawet, co mam do powiedzenia, tylko czy mam jak zapłacić?
- Nie.
Odwróciła twarz i ponownie spojrzała w panoramę miasta. On za to westchnął i ponownie zaciągnął się papierosem.
- Miałam głupią nadzieję, że jesteś Jezusem i pomagasz ubogim w potrzebie - odpowiedziała po chwili.
- Na moją bezinteresowną pomoc trzeba sobie zasłużyć. Jak szukasz samarytanina to nie jest dobre miejsce. - Schował papierosa do kieszeni, po czym wstał. - Możesz się odezwać, jak znajdziesz kasę. Jak nie, to nie marnuj mojego czasu.
Ruszył przed siebie, zostawiając nieznajomą za plecami. Co za marnotrawstwo czasu. A mógł siedzieć w domu i kończyć piwo. Przeklinał siebie w myślach za to, że w ogóle postanowił tu przyjechać.
- Poczekaj - odparła.
Mężczyzna stanął i obrócił się. Kobieta nadal siedziała do niego plecami. Trzęsącymi się dłońmi sięgnęłą po maskę. Metalowy brzęk rozbrzmiał, gdy ta upadła na betonową posadzkę dachu. Wzięła nerwowy wdech i zamknęła oczy.
- A nie zasłużyłam?
Do jego uszu dostał się głos, którego nie dało się pomylić. Wysoki, miękki i melodyjny. Głos, który od razu wprawił jego kamieniejące serce w nieznacznie szybsze bicie, zauważalne wyłącznie dla niego. Niemożliwe, że to ona - musiał się przesłyszeć.
Wrócił do kobiety i zwinnym ruchem zdjął kaptur narzucony na jej głowę. Niepewnie odchyliła powieki i spotkała się z nim wzrokiem. Jego serce zamarło. Te same, piękne, lśniące tęczówki w kolorze oceanu. Krótkie, aksamitne blond włosy. Miękkie, zmysłowe rysy twarzy, które za każdym razem doprowadzały go do szału. Yami.
Obserwowała, jak jego wyraz twarzy momentalnie się zmienia, gdy jej maska opadła. Kamienna obojętność zaczęła przyjmować barwy. Najpierw drgnęły mięśnie szczęki, potem napięcie ust nieznacznie zelżało. Piwne oczy, jeszcze przed chwilą zimne i nieprzeniknione, nagle rozbłysły czymś na kształt niedowierzania. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby nie ufał własnemu wzrokowi. Jego spojrzenie błądziło po jej twarzy, zachłannie wychwytując znajome rysy. Chłód ustąpił miejsca ostrożnemu rozpoznaniu, a potem czemuś jeszcze - ciepłu, które rozlało się po jego twarzy niczym pierwsze promienie słońca przebijające się przez burzowe chmury. Kącik ust drgnął lekko, niemal niezauważalnie, jakby walczył z odruchem uśmiechu.
Jednak on nic nie odpowiedział. Usiadł obok niej i ponownie wyciągnął papierosa, który praktycznie nie opuszczał jego ust. Dym uniósł się w powietrzu, rozwiany momentalnie przez wiatr. Potok myśli zalał jego głowę. Wszystko zaczęło nabierać sensu. Czuł, jak iskra ponownie rozpala się w jego sercu. Iskierka, która ma potencjał, by przegnać to morze pustki. Gdy ona jest obok, miasto znów nabiera barw. Nagle, żółte neony wydają się jaśniejsze, a niebo pochłonięte różową barwą zachodu słońca.
Cały czas to była ona. Czy właśnie to miała na myśli, mówiąc, że “chwyta się każdej możliwej roboty”? Dlaczego postanowiła się ukrywać? Dlaczego nic mu nie powiedziała? Dlaczego dopiero teraz? Ma do niej tyle pytań, że nie wie nawet, od którego zacząć.
- Hyram? - zapytała po chwili ciszy. - Odpowiesz mi?
Nie zdejmując z niej wzroku, ujął jej podbródek i dokładnie przeanalizował jej twarz - pełną blizn po niedawnych ranach i powoli znikających siniakach. Czerwień zaczęła przyćmiewać żółto-różowe barwy nieba. Szkarłatność krwi, która musi zostać przelana za to, co ten ktoś jej zrobił.
- Kto ci to zrobił? Tygersi? Dlaczego do mnie nie za-
Urwał nagle zdanie. Dopiero teraz połączył kropki. Przecież dzwoniła. Dzwoniła tyle razy, a on nie odebrał. Dopiero później zobaczył powiadomienia. Po tym zaczęła się ta krótka era ciszy. Zaczął przeklinać siebie za to, że jej nie pomógł, z czymkolwiek, co jej się przytrafiło. Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby spojrzał w porę w ten cholerny telefon.
- Przepraszam, Yami - odparł łagodnie; jego dłonie delikatnie gładziły jej twarz.
- Hyram, proszę… Nie wiem już, co mam robić. - Jej głos zadrżał.
- Nie musisz mnie o to prosić, Słońce. Oczywiście, że ci pomogę - odparł, zakładając kosmyk jej blond włosów za ucho. - Ale do tego muszę wiedzieć wszystko. Od A do Z. Czy to ma związek z Tygersami? Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej? Przecież jakbym wiedział, to od razu bym ich zabił.
- To niczego by nie zmieniło Hyram... Przyszliby kolejni - uprzedziła go ze smutkiem w głosie. - Nawet TY nie jesteś w stanie rozbić gangu, który panuje nad całą dzielnicą.
Spojrzała w dół ze smutkiem, oczy zeszkliły się łzami. Nerwowo zaczęła się bawić palcami ukrytymi pod skórzanymi rękawiczkami, dopóki nie ujrzała obejmującej ją, ciepłej dłoni.
- Nie wiedziałam, jak ci o tym powiedzieć. Nie chciałam zaprosić cię na herbatkę i nagle zacząć opowiadać historię swojego życia. Nie miałam odwagi, aż do teraz - westchnęła. - Odwiedzili mnie, jak co miesiąc, tylko z tygodniowym opóźnieniem. Zawsze się spóźniają, żądają więcej kasy. Próbowałam się bronić, ale nie wyszło. Nie jadłam od paru dni, nie miałam sił. Odkładałam dodatkowe pieniądze, ale im znowu było mało. Wdałam się w przepychankę, wyjęłam broń, ale widzisz, jak to się skończyło. - Uśmiechnęła się cierpko.
Poczuła, jak Hyram chciał położyć dłoń na jej plecach. Odruchowo się skuliła, a gdy napotkała jego wzrok, wiedziała, jak to się skończy. On tylko machnął głową, a ona po chwili zrzuciła z siebie bluzę i podciągnęła koszulkę, odsłaniając plecy. Całe w siniakach, a bardziej jednym wielkim. Jeden gigantyczny krwiak, który dopiero zaczynał się goić.
- Dopiero parę dni temu mogłam zacząć z powrotem swobodnie chodzić.
Jego wzrok padł na ciemne ślady znaczące jej plecy i natychmiast znieruchomiał. Przez kilka sekund patrzył bez słowa, jakby nie potrafił uwierzyć w to, co widział. Potem jego szczęka zacisnęła się tak mocno, że na policzkach zadrgały mięśnie. Dłonie powoli zacisnęły się w pięści, a knykcie pobielały od nacisku.
W piwnych oczach zapłonęło coś dzikiego. Nie był to krótki błysk irytacji ani zwykły gniew. To była furia, ciężka i gęsta, rozlewająca się pod skórą niczym trucizna. Każdy kolejny siniak zdawał się dolewać oliwy do ognia. Czuł, jak serce wali mu o żebra, a krew szumi w uszach.
Uniósł wzrok na jej twarz. W jego spojrzeniu nie było już obojętności. Była tam wściekłość tak intensywna, że aż trudna do ukrycia. Nozdrza rozszerzyły mu się przy każdym oddechu, a mięśnie karku napięły się niczym stalowe liny.
Ktoś ją skrzywdził.
Sama myśl o tym sprawiała, że coś w nim rwało się do działania. Pragnienie odnalezienia winnego było niemal namacalne. Nie chciał wyjaśnień. Nie chciał przeprosin. W tej chwili chciał tylko jednego - żeby człowiek odpowiedzialny za te ślady poczuł choć część bólu, który jej zadał. Pragnął krwi. Pragnął ujrzeć morze szkarłatnej cieczy i gasnące w niej skomlenia o łaskę.
Jednak najgorsze było to, że część tej furii była wymierzona w niego samego. Nie odebrał. Kiedy go potrzebowała, nie odebrał telefonu. Myśl o tym paliła bardziej niż sama wściekłość. Patrząc na siniaki, nie widział tylko człowieka, który ją skrzywdził. Widział również własny błąd. I nienawidził go za to.
Gdy ujrzał jej siniaki, coś w nim pękło. To to samo uczucie, gdy pierwszy raz stan swej siostry po gwałcie. Gniew doprawiony gorzkim poczuciem winy z jego własnych rąk. Bierności jego zachowania, głupiego niedopatrzenia, które miało tak dewastujące skutki. Osoba, którą kochał, ucierpiała. Znowu.
Nie obchodziło go, jak potężny jest ten gang. Jeżeli będzie trzeba, wydrze im serce od środka. Nieważne, ile czasu minie - jego zemsta jest nieunikniona.
- Chodź. - Mężczyzna wstał i podał jej rękę.
- Co, gdzie? - zapytała, zdezorientowana.
- Opowiesz mi wszystko w domu, zostajesz u mnie do odwołania. Żadnych ale.
- Hyram, ja nie wiem, czy to dobry pomysł. Mogę tylko sprowadzić na ciebie
niebezpieczeństwo, jeżeli długo mnie nie będzie.
- Żadnych. Ale. Zostajesz u mnie, koniec dyskusji - odparł stanowczo.
Wstała z jego pomocą, jednak nie odważyła się puszczać jego dłoni. On również nie miał takiego zamiaru - kurczowo trzymał jej rękę, jakby miała się zaraz ulotnić.
- Hyram, ale nie mogę zostawić Frodo, nie na-
- Pojedziemy po niego jutro. Weźmiesz swoje rzeczy. Teraz jedziemy do mnie i opowiesz mi wszystko od początku.
Zeszli na sam dół. Hyram wziął swój kask i podał go Yami. Kobieta zawahała się, więc nałożył go na jej głowę i wsiadł na motor, wyciągając rękę, by jej pomóc. Usiadła za nim i mocno objęła go rękoma. Przytuliła się do jego pleców, jak za pierwszym razem gdy porwał ją na przejażdżkę. W tle zaczęły wybrzmiewać pierwsze grzmoty, a chwilę później deszcz lunął z nieba.
***
- Zaraz dam ci cos suchego do przebrania - powiedział, przepuszczając ją w drzwiach.
Pomknął do sypialni. Yami ledwo zdążyła zdjąć buty, ten wrócił wrócił z suchymi ubraniami. Gdy tylko pozbyła się przemoczonych ciuchów, zaprowadził ją na kanapę. Była nieco oszołomiona, gdy ten otulił ją kocem i po chwili przyniósł coś ciepłego do picia.
- Teraz opowiadaj, jak to było. - Usiadł obok niej, ostrożnie obejmując ją ręką.
- No więc... - westchnęła. Tak bardzo nie chciała o tym opowiadać, chociaż dobrze wiedziała, że bez tego się nie obejdzie. - Życie na ulicy bywało dość okrutne. Nie pamiętam dokładnie jak, ale kiedyś zaczepił mnie jeden typ. Spytał czy nie chcę dorobić. Spłukana i wygłodniała zgodziłam się bez namysłu i tak się zaczęła moja przygoda z najemnictwem. Od kradzieży. Najpierw jakieś pierdoły, później coraz poważniejsze rzeczy. Drzazgi, dokumenty. Raz wybrałam się na zlecenie, ale nie skończyło się najlepiej.
Ułożyła się bokiem na kanapie, podciągnęła prawą nogę do klatki piersiowej. Zsunęła nieco materiał spodenek i wskazała palcem na dwie okrągłe ślady zdobiące tył uda. Jeden pod drugim. Hyram spojrzał na jej blizny i przytaknął, delikatnie gładząc jej skórę. Robił to bardzo ostrożnie, Yami ledwo co czuła jego dotyk.
- Ale dlaczego Tygersi zaczęli nękać akurat ciebie? Naraziłaś się im?
- Pamiętasz, gdy na festiwalu weszliśmy w jedną uliczkę? - Odpowiedział jej kiwnięciem głowy. - Leżałam tam i się wykrwawiałam. Uratował mnie Maksymilian, który wynosił śmieci - zaśmiała się. - Tygersi lubią ściągać z ludzi pieniądze. Nie ważne, czy je masz czy nie. Maksymiliana też gnębili. Gdy odszedł, przepisał gabinet na mnie.
- Tak po prostu?
- Coś ty - zaśmiała się. - Gdy Maks poskąłdał mnie do kupy chciałam się jakoś odwdzięczyć. Oddałam mu swoją drzazgę z najnowszym techem. To była jedyna wartościowa rzecz, jaką wtedy miałam. Opatentowal nowe wszczepy i bum, kasy jak lodu. Zaproponował mi współpracę, a ja ją przyjęłam. Tak zyskałam przyjaciela, dom i pracę. No więc, gdy gabinet został przepisany na mnie, zaczęli nawiedzać i mnie. Za pierwszym razem się sprzeciwiłam. Przyszli do mnie z wykrwiawiajacym się chłopakiem. - Zatrzymała się na chwilę. - To był syn Maksa, zwykły skurwieł jakich mało. Odwrócił się od swojej rodziny i został gangusem. Odmówiłam pomocy, a efektem było to. - Podniosła prawą dłoń, na której nie widziała proteza. W dalszym ciągu była zdziwiona, że udało jej się tak sprawnie zaszyć własne rany.
- Skurwiele - mruknął pod nosem, na którym pojawiły się zmarszczki. Brwi miał ściągnięte, a twarz była przepełniona narastającym gniewem.. - Zajebie ich. Zapierdole i potnę na kawałki tak, że nawet matki ich nie rozpoznają. Nie pozwolę, by ciebie tak traktowali, to musi się skończyć.
- Po tamtej sytuacji wyprowadziłam się z Westbrook. Miałam nadzieję, że uda mi się uciec, ale byłam zbyt głupia. Wytropili mnie mniej więcej w tym samym czasie, gdy się poznaliśmy. Zwykle zlecenia przestają wystarczać, Wakako nie chce mnie wysyłać na misję. Jednocześnie obawiała się, że znowu trafię na ciebie i narażę się twojemu zleceniodawcy. Inni fixerzy też nie da mną zainteresowani. Po ostatnim pobiciu znalazł mnie Victor. Uświadomił mi, że nie mogę całe życie lecieć na małych zleceniach. - Niepewnie spojrzała na Hyrama. - Ty znasz się na tym wszystkim. Chciałam cię poprosić o pomoc, czy mógłbyś mnie jakiś przygotować na cięższe zlecenia? Jakoś przeszkolić cokolwiek. Zapłacę ci, jak tylko uzbieram kasę.
- Yami... Za nic nie musisz płacić. Nawet tak nie mów. Pomogę ci, ale to zajmie czas. Więcej kasy równa się w większym ryzykiem. Będziesz musiała nauczyć się zabijać ludzi, zdajesz sobie z tego sprawę? Będziesz mieć krew na rękach. Nie każdy daje sobie z tym radę.
- Nie chce tego robić. - Niemal od razu zaprotestowała. - Nie chce odbierać ludziom życia. Chce się nauczyć rozwiązywać to w inny sposób. Nie będę zabijać ludzi.
Hyram westchnął i zastanowił się.
- Musisz być przygotowana na taką ewentualność, Yami. To jest część pracy. - odparł. - Jak tylko dojdziesz do siebie, zobaczę co potrafisz, by wiedzieć na czym stoimy. Potem postaram się ułożyć jakiś trening. Nigdy nikogo nie szkoliłem, więc wiesz. Może być różnie. Ale damy radę. - uśmiechnął się do niej. - Wszystko jakoś się ułoży. Nie martw się, zadbam o to.
- Jestem zmęczona całą sytuacją. Nie mogę normalnie funkcjonować przez tych sukinsynów. Myślałam nawet o kolejnej przeprowadzce, ale na chwilę obecną nie mam funduszy nawet na małą klitkę. - Wzięła łyk herbaty, aby chocaz trochę się rozgrzać. - To jest takie nierealistyczne. Nie chciałam cię wkręcać w to wszystko. Jednocześnie jesteś moją jedyną nadzieją. - Spojrzała na niego smutnym wzrokiem. - Na pewno nie będę sprawiać ci problemu?
- Na pewno. Znając ciebie to i tak porwałabyś się sama na coś niebezpiecznego, a tak będę wiedzieć, że jesteś bezpieczna. Poza tym, znasz mnie. Niebezpieczeństwo to moje drugie imię.
- To słowo jest nieodłączną częścią ciebie - zaśmiała się. - Czasami chciałabym się wyprowadzić z tego miasta. Gdzieś gdzie będę miała spokój i nikt nie będzie mnie prześladować.
- Rozumiem, że gdyby nie kasa, już byś spieprzyła, co? - Spytał, ostrożnie gładząc jej kark.
- Możliwe, ale teraz mam więcej powodów, żeby stąd nie wyjeżdżać.
- Na przykład? - zapytał, wpatrując się w jej błękitne oczy z delikatnym uśmiechem. - Obstawiam, że Frodo wzięłabyś ze sobą.
Z uśmiechem wyciągnęła dłoń w jego stronę. Poprawiła włosy na jego czole, przejechała dłonią tu i tam. Nie odrywając wzroku od jego twarzy, czuła jak po jej ciele rozpływa się przyjemne ciepło. Chociaż na chwilę zapomniała o Tygersach, pobiciu czy pustej lodówce.
- To bardzo poręczny jaszczur, jak dobrze się zwinie to mogę schować go do plecaka. - Wzruszyła ramionami. Ostrożnie oparła głowę o wezgłowie kanapy i uśmiechnęła się lekko do Hyrama. - Nie wyjadę bo mam tutaj ciebie. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, przyzwyczaiłam się do twojej obecności. Do twoich sprośnych żartów, do niespodziewanych odwiedzin. Do spontanicznych przejażdżek i wieczorów filmowych, żeby później napić się wina i usiąść ci na nogach. Dziwnie byłoby to wszystko porzucić tak z dnia na dzień.
Zamilkł. Nie spodziewał się tych słów. Obstawiał pracę, przyzwyczajenie, wspomnienia, może znajomi? Biorąc pod uwagę bieżącą sytuację, świadomość, że jest jedynym powodem, dla którego ona wciąż jest w tym okrutnym mieście, jest... Przytłaczająca, a zarazem bardzo komfortowa. Poczuł leżącą na jego piersi odpowiedzialność i dumę. Nie ma chyba wyższej w stopniu odznaki dla mężczyzny niż to, że kobieta, którą ceni, uważa go za swe komfortowe miejsce.
- Hyram... Czy ty się... rumienisz? - Zapytała, unosząc brwi.
- Huh? Ja... Uh... - zakłopotał się, chyba pierwszy raz aż tak w swoim życiu. - Można uznać, że... Czuję się podobnie.
Wiedziała, że nie musi nic mówić. Ostrożnie przesunęła się bliżej niego. Położyła głowę na jego ramieniu, zamknęła oczy i odetchnęła, jakby z ulgą. Czuła ciepło bijące od jego ciała, a dwa serca dudniły w nienaturalnym tempie.
- Za dobrze mi tutaj... - Mruknęła, chowając twarz w jego szyi.
- To dobrze. Zasługujesz na odpoczynek. Jesteś już bezpieczna, Słońce - odparł, delikatnie przeczesując palcami jej włosy. - Jesteś głodna? Mówiłaś, że nie jadłaś nic od jakiegoś czasu.
- Trochę... Trochę bardzo - odpowiedziała.
Czuła, jakby zaraz miała odpłynąć. Powieki zdawały się coraz cięższe, a kolejne słowa nie dochodziły do jej głowy. Walczyła z sobą, żeby nie zasnąć na jego ramieniu. Jej głowa powoli zsuwała się z ramienia Hyrama, aż nagle poderwała ją zszokowana. Przetarła dłońmi zmęczona twarz.
- Głodna i wyczerpana
- Chodź, zaniosę cię do łóżka. Zdrzemniesz się i potem zamówimy coś do jedzenia. - chwycił jej nogi i sprawnie podniósł ją z kanapy w stylu panny młodej.
Ostrożnie wszedł z nią po schodach na piętro, otworzył drzwi plecami i położył ją na swoim miękkim łóżku. Wkrótce, ciepła kołdra otuliła jej obolałe ciało. Widząc przymykające się oczy kobiety, Hyram uśmiechnął się. Ulżyło mu, że jest już bezpieczna, jednak czerwień złości nadal tlił się w jego sercu. Miał zamiar wyjść z pokoju, jednak słaby dotyk na jego nadgarstku zatrzymał go.
- Zostań ze mną... Nie chcę być sama. - wyszeptała w pół śnie.
Westchnął. Jak mógłby odmówić takiej prośbie? Szybko wszedł obok niej pod kołdrę, a jej ciało natychmiast przylgnęło do jego piersi. Oddech uspokoił się, a ból z twarzy powoli zaczął zanikać. Cały ten czas gładził delikatnie jej włosy, a myślami wracał do planów na przyszłość.
***
Gdy słońce było już dawno na horyzontem, Yami przebudziła się samoistnie. Próbowała przewrócić się na drugi bok, jednak ból pleców na to nie pozwalał. Swoim wierceniem wybudziła ze snu i Hyrama. Mężczyzna wstał i poszedł do łazienki, jednak nie znalazł niczego, co by mogło pomóc dziewczynie z walce z bólem.
- Wrócę za parę minut, spróbuj wrócić do spania - odparł, całując ją w czubek głowy.
Zgodnie z jego radą zamknęła oczy, chcąc wrócić do krainy snów. Kręciła się jednak z boku na bok, jęcząc z bólu przy każdym ruchu. Na dodatek pełny pęcherz nie ułatwiał sytuacji. Ostrożnie wstała i zaczęła iść w stronę łazienki.
Dreszcz przebiegł przez całe jej ciało, paraliżując kończyny. Chrypiący głos wydawał się być tak bliski, niemal namacalny.
Zbliżał się, z każdym kolejnym powtórzeniem był coraz głośniejszy, a ona nadal nie potrafiła się ruszyć. Czuła jak kolana uginają się pod napływem strachu, jednocześnie stała zastygnięta niczym posąg. Żaden mięsień ani drgnął, choć chciała zerwać się do biegu, uciec przed siebie, byle by JAK NAJDALEJ OD JEGO GŁOSU.
̸̡̧̛͉͎̱͇̰̗͇̪̤̱̘̥͖̼͒̎͐͋̀̊́͂̔̇͋̈́̽̎̒̐̌̓̾̀̒̇̏̇̎͊̾̉́̊̓̆͗͑̋̈́͒̊̐͐̑̿̚̚͜͝͝͝͝͠ ̸̧̨̩͉̪̤̖̞̱̣͕̪̠͛̌̅̀̾͂͊͛̈̏̍̾̉̃͌́̈́̉̌̒̾̾̀͂́̐̈͊̚͘͘̚̚̕͜͠͝͝͠ ̵̛̛̺̩̩̻̱̩̗̞̖̥̫̳̙̬͌̈͊̎̈́̉̀̐̉͐͊̃͋̒̄̽́͛̌̓̈́̈̅͛̐̾͂͗͛̄̀̇̃̒͋̔͐͋̒̚̚͜͝͝͝ͅͅ ̵̡̡̨͙͉̹̻̦̘̱̮̝͎̮̺̼̝͙̦͍̖͕̬͆̋̃̈́͋͗̉͜͝ ̶̹̬͙͚̦͇̞̘̘̙̟͍̞̬̼̦̮͖̄̀̋̏͗̑́ ̸̨̢̨̛̛̩̺̭̠͈̮̝͍͕̳͓̺͈̣̪̤̻̜̙̣͉̟̞̬̝̺͕̞̪͚͎͉͕͕̘̺͓̤̠̈́͛͗͒̓͂̐̓̀̇̀̄͌̔̈́́͆̈͆̚͜ ̶̨̢̧̛̞̺̺͉̼̞͇̮̲̮̖̤̭̭̹̝̩̰͔̥̝̻̞̙̙̟̳̫͓̜̱̣̘̱̩̞̠̩̀̉̐̂̉̅̋̅̄͋͂̀̓́͋̓́̑̅͊͗̇͊̀̿̊͗̓͐͊̀̌͛̓̈̚̚̚͘̕̚͠͠͝͝ ̴̢̤͓̝͍̻̪̼͔̬̩̆͋́͆͗ ̶̛̻̮͌͗̅͑̐̓͐̈̾̊̃̀̎͂̈́̎́̌̿̓̄͆̔̓̀̈͒͌́̾́͂̏͂̿͐̋̋̐̎̀̍͘̕͝͠͝ ̶̢̛̛̛̞͇̲̼͕͉̰̳̰̍̊́͗̋͊̉̎͐̈͌̒͒̾̍͋̔́̐̊͂̈́̋͂͐̈͂̊̑̑͗̂̒̋̾̇͒̚̚͘̕͘ ̷̢̢̡̨̢̡̡̛̛̯͍̥̲̭͖̼̣̭̬̤̥̱̟͕̥̤̤̩̭̖͔̠͍̠͈̩̞̙͈͉͖͎̘̬̳͍̈̏̎̍́̀̒̄̎̈́̇̌̐͗́̽̓̂̉̾̈́̐̽̎̊̕̕ ̴̨̣̙͙͇͙͈̭͖̻̖͖͈͓̘͔̹̝̟͍̮̝̬͔̻̱̦̭͖͔̪̣̞̫͙̹̖̲͓̰͊̋͊̽̈́̈̅̒͛̌̑̋̓̓͌̆̑̀̑̏̕͠͝͝ͅͅ ̸̨̡̭̻̞͔̹̠͍̫̫̺͓͔̰̮̪͈̟̰̓̔̒̿̔̑͜͜ ̸̡̧̧̧̧̢̧̛̠̪̘̺̫͚͔̱̣̗͓̱̖͈̩͍̬͓͔̮̻̜̹̫͎̲̘͈̦͎̹͖͈͓̮͙̆̿͋͂̅̓̔̾̿̂̽͊͂͒́͑̆̑̑́́̿͂̋̃̇̂̔̃̊͐̉̂̀̀̀̃̏̅̔̿͋̕͝͝͠͝͠͝ͅ ̶̧̡̱̳̻̥̖̦̬̼̘̝͖͍͕̖̱̦̯̻̩͈̦̪̗̲̬̟̼͚͍͓͍̤̼̿̓̋̽́̌͝͝͠ ̶̨̛͓̤̙̱͈̝̻̘̺̤͕̻͕͇̲̟̱̗̭̟̺̙̰͓̼͓̮̝͓̥̝̳̥̟̮̣̼͈̖͎͓̖͙̙̮͋͒̈̊͂̔̈́̑̈́̄͂̚͜ͅͅͅ ̸͖̺͕̠͔̻͋͑̋̏͛̑͑̂̅̌͊̐́͗͛̈́̄̔̀̒͛͒̾̇̎͐͋̃͌́̍͊͊͌̋̀͘̚͘͠͝͝͝͝͠ ̷̢̢̧̧̢̬̱̹̦͚͎̮̮̩̣̺͍͎͚̠̠̫̹̳̼͚̟̤͉̻̜̘̹̠̜̎̇͒̋̾̈́́͗͗̈́̆̏̈́͐̒͝͠ ̵͙̣̰͔̗̯̲̺̽͂̎̉͋͋͌̓̔̍̒̔͐̔̕̕ͅ ̴̢̨̨̨̨̢̢̦̫̟͖̘̩̼̝̣̻̞̪̝͕̠͎̩̯͈̯̯̭̼̣̰͚̥̹͔̳̰̳̟͔̻̜̝́̀͋̔̀̿̋̀̈́͒̀̈̈́͗̑̈̑̓̌̒̐͐̀̏̔̏́̌͊̀̍̆̂̓̽͆̍̽̾̕͘̕͜͝͠͠͠͠ ̸̡̧̛̫̻͖͙̪̝̳̬̬̬̺̤̝̰̩̰̝̖̋̾̓͂̓̓̎̏̎͘͝Y̶̧̡̡̡̡̢̡̙̟̻̲͉̖̖͍̹̫̰̟̞̫͎͇̙͇̬͔̙̪͎͉̹͖̹̮̹̼̙̫͎̺̠͙͈̠̰̪̑̏̑͂͊͂̔̓͐͊̿̅̈́́͛͆͆̈́̈́̊̓͂̄͒̍̽̀̀͗̊͑̏͘̚̚̚͠͠͠͝ͅͅͅ ̶̨̢̛̛̪̰̼͚̗̩͕̥̼̱̹̠͈̗̙̤̗͕̗̹̗̻̖̖̳̍̌̋̃̿͂̾̔̒́̈́̾͂̑͋̑̄̋̓͂͋̋͛̆͑̃̆̇͋̄̇͛̒͐͒̃͒̌̓̚͘͘̚͜͝A̶̧̨̢̢̧̬̗̬̘͚̪̖̖̺͓̪̩͙̜̹̥͙̥̺͉̗̫̣͚̻͉̼̮̣̜̟̻̮͖̙͂̿̒͛̒̿͛͗̈́̔̽̑̑̅̈̾̾̉̈̐̔̏̔̃̆̏͘̚̕͝͝͠ ̵̧̨̨̢̧̻̳͎̲̩͖̪̹̼̝̱̤̪͔̦̼̠͕̙͎͖̘̣͈̬͈̠̗͎̮̪̩͉̘͖̪̘̥͍͈̤̪̎̔̾̽͌̓̃̏̃͂̍̔̍͘͜͝Ṃ̶̛͈͉̦̼̭̣͖͌͊̔̔̂͌̈́̓́̓͆̔̆̇̈̌̈̽̏̈͌͂͋͋́͆̀̾͋̂͠ ̸͎̖͂̓̂̄̈́̆̄̒͐͑̽͂͂͗̒̊̓͊̈́͗̿́̌̿͂͊̈̑̇́̽̈́̈́͋́̏͒͆̎̚͠͝͝Ǐ̸̢̨̢̢͕̺̩̗͖̠̠͉̭̬͖̙̞̤̟̜̦͎̩̎̋̄̎̈́͊̑̉̋̊̉̚͠ͅ ̵̨̯͈̳̻̤̘̰̳̻̩͇͛̐͂̒̒͐͑̈́ ̶̦̈́̏́̽̒͑̑͋̈̈̉͌̏̒̄̌͒͑͘̚͠ ̶̧̡̨̧̡̡̢̞͇̣͈͈͚̹̺͎̱͕̞͍͉̺͚̘̫͚͓̻̠͔͈̩̫̰͕͓̗̫̥̘̈̐̾̂͂̆ͅ ̵̡̡̢̢̡̢̡̢̢̘̪̩͇̘̜̮͍̻̟̦͈̟̯̟̥̩̘̙͓̘̱̼̯̭̝͚̣͇͉͕̹̺̮̺̯͊̐̑̂̓̌̍̉͊́̈́̓̎̀́̊̎͒͋̓̿̈́̈́̂͒̒̒̍̉͐̾̈́͆̕̕̚̚͜͝͝͝ ̵̡̢̡̢̨̡̛̱̼̝͈̞̱̙̘̱͖̲͎͍̹̤͓̗͇͔̲̠̞͉̗̖͉̥͕̥̘̲̪̝̘͓̳̩͓̮͈̲̻̒͛̓́̂͛̽̿̌͋̀̀̂̏̂̋͌͋̋̂̓͆̊̈͆͑̆̈́̉͜͜͠͠ ̴̧̧̨̢̩͖̣͔͓̥͙̘̭͇̰̯͓̳̜̮̜͎͈̟͓͇͈͔͉͖̘͍̖̭̻̺͉̦̯͕̠̏̂́̏̀͛̍̌̓͌́̅̔ͅͅ ̷̛̫̬͓̩̤͛̆̊̐͛̌̋͊̐̾͐̏́̅́͊͆̇͂̎̈́͆̃̄̃̈́͊̽̏̎̾͋́͐͊̒̈́̅̚̚̚͝͝͠͠ ̶̧̢̡̛̻̬̺̹̪͓͕͖̝͓͔̘̖̦̳̬̝̣̗̱̰̗͔͇̘̘͎̟͚̩̗̥̃̓̌͑̇͐̄̂͒̐̔͂͑͆́̀̒̄̅̓͐̃̎̓͗͛͗́̔͘̚̕͝͝͝ͅ ̴̨̢̨̢̢̡̦͕̳̹̱͇̲͖̝͓̣̳̗̝̻̩̬̺͚̩̟̺̲̼͎͇̗̩̳̠̫͔̥̞̗̯̹̰̇̈́͊̉̂̃͗̈͑̓̊͛̽̂̐̉͋͆̇̒̏̽́̔͛̍̆̉͜͝͠͝ ̴̢̛̛͕̺͖͚̲̝̫̩̩̣̖̞͖̗͚̩̣̞̱͆̉̇̈̀̓̈́͑͗̽̿̃̉͌̾͐̊͑̈̌́͌̊̊́̆̂͗̂̇̑̇̋͛̐̃́̏̀̉͘̕͘̚͜͜͠͝͝͠ ̴̡̨̢̘̹͙͍̮̗̺͔̻̮͔͈͙̫̙͕̣̞̹̮̖̭́̆͐͂͑̄͛̅̃͗̄͋̏̓̏̾͘̚͝͝ͅͅͅ ̸̧̖̬̠̲͈͚̱̀̎̌͆͝ ̶̧̨̧̨̠̳͎̤͎̳̦͈̩̗̩͎̹̰̖̭͚͎̳̤̘̗͙̻͕̺̗͕͙͉̞̬̫̗̟̞͕̹̤̀͊̏̏̽͊͂̅̉̓͌́͛̽̀̌̒̿͌̾̂͆̓̏̆̓́̅̽͒͑̈̀͗͊̈̆̄̈́͐̑̆̌̔͘͘̕̕͠ͅ ̴̧̡̧̨̧̪̬̖̬͕̦͍̪̗̳̗̳̳̘̟̫͙̮̹̝̰̙̤͉͉̬͔̖̗̩͓͇͕͔͚͓͙̟͊̉̀̿̃͌̆̀̉͑͑̌̐͑̓̑̈̃͗̀͌̌͐͂̔̄͋͗̎͘̚͘̕͘̚͜͝͠͠͝͝ͅ ̷̨̛̭̖̳̻̩͇͙̥̺̺͖́̒̀͗̔̓̽͊͛̾̒̐͂̊̈́̔̀̿̓̓̂͒́͐̍̓̑̽̀̀͗͂̕̕͝͝͝ ̷̢̧̡̛͕͉̱͇̹̟͎̩̗̺͙̗̟͈̖͇͔̲̦͇̰̬͉͎̠̫̮̪̗̖͎̩͈̪͈̮̤̭̬̦̗̮̈́̐́̈̑̉̏̂̅̏̀̑̈͠ͅͅ ̵̡̢̡̛̯̻̗̬̜̬͚̮̭̤̙͈̣̗̪̲̻̙̜̩̯̘͍͈̱̤͕̯͙̖̲̠̈̍̈́̓̀̆̇́͑͒͒͋͒́͋̈̌̎͂̈́͂̌̉̾̋̇̀̊̔̓̎͘̕͘̚̕͜͝͝ͅ ̵̧̢̛̻͖̤̟̲̬̞͙͔̞͚̥̬͓͕̰͖̙̩̜̙̟̥̦͈͓͖̝͚̦͈͇̰̄̈́̈̄̈́̀̅̒́͌̂͊̏̊̂̆̔̌̓̽͊́̈́͌̂̀̕͜͜͝͝ͅ ̶̧̡̨̗͙̼̻̘̰̪͕̩̜͖̦͓̯͕͕̮͙̭̲̣̱̦͕͈̟̝̬͓͙͎̜̣̹̑̿̓̏̓̉̐̈́̊̑͛̂̏̄́̂̈͂̀̍̿͛́̅̈́͛̀̅̿̈̄͘͘͝͠ ̴̨̠̟̪͇͖͙̝̘͆̓̒̽͌́̐͆̒̇̿̀̅̕
Nagle niewidzialna siła odpuściła, dziewczyna niemal upadła na podłogę pod nagłością tej chwili. Amortyzowała upadek dłońmi i niemal od razu obróciła się twarzą do oprawcy. Szary garnitur był nasiąknięty brunatną cieczą, odór rozkłądającego ciała był zbyt prawdziwy, żeby to mógł być sen.
- ZOSTAW MNIE, PRZECIEŻ TY NIE ZYJESZ! - wykrzyknęła, jakby chciała odstraszyć mężczyznę swoim głosem.
Postawił krok w jej stronę, a towarzyszył mu przy tym huk. Jakby kość uderzyła o coś twardego i pękła na miliony kawałków, odsłaniając mózg.
̴̧̢̪̜̘̜̹͍̼̪͍͈͓̙̟͙͖̖̮̦̞̠̻͎͈͓͈̈́̑́͊̉̓̊̍̀̆́͆͋̓̓̏̿̿͝͝ ̷̹͚͚̬͚̺̩͉̳̜͍̠͚̭̳͈̲̲͈͓̻̬̣̏̋̎͒̐̃̋̈́̒̑̏̋̒͂ͅ ̵̛̱̘̣͓͈̯͕̘̩͙̄̓͗̋͊̈́̆͘͝ͅ ̷̢̢̥̺͖͈̬̭̩̲̹̳͍͙̟̳̮̎̍̊̈̀̔͗͆̾̋͛̓̓͂̓̈́͗͗͆̓͌̾̄̈̈́̕̕̚͠͝͠ͅ ̸̨̠̝̜̣̞̠͚͚̜̟̼̠͔̖̺͉̾̿́̊̆͆̅̈́̂̇̀̍̾͂͐̿̀̃̄̚̚͝͝ ̶̡̞̩̭̖͎͍̺̰͚̥̩̰̫̭͚͖̟̲̯̬̱͓͓̞̱͙͕̖̖̉̋̅̈́̾̅͒͂͂͊͋̏̇̋̌͑̎͊̈́̈̃̋́̏́̾̊̀̈́̚̕͘͝ ̵̖͇̲̻̣͖̄̔̋̄̈́͑̆̑̀͛̿̓̿̽͋̂̚͠ ̵̡̡̢̢̛̜͚̗̹̭̗̙̪̥̩͔͕̥̜̪̠͖̼͎̘̼̦͍̖̞̫̼̪͙͎͇̪͎̦͎͚̽̌͑̃̑̒̈́̔̿̀̈̋̈́̎͑́̔͐͋̏͘͝͝͝ͅ ̸̢̡̧̫̻̖̥͈̹͍͎̦̹̭͕̭͎̞̮̘̝͓̫͉̗̪̖̭̥̖͇̳̫͇͎͚̻̜͈͖̭̅̈͒̄̈͛̒͐̎̾̅̿́̈̈̃̀̆̊͂͑̄̽̔̿́̈́̀̋̈͛̋͛̉̍̂̒̆́̊͗̅̚̕͘͠͝͝͝͠ͅ ̵̧̛̝̟̤̼̤̣͓̣̦̦̄̾̿̉̌͛̄͊̉̇͗͆̎̐̅̆̔̎̇͘͘͘ͅ ̵̧̡̢̛̛̦̞̫̟͓̝̭͙̜̘̣̩͖̞̬͙͇̲̹̳͈̠̬̟͙̯̗͔͓͖͈̜͎̓̓́̀̂̒̓̋͑̓̏̅̓̈́̏̍̈́͑͗̎͐́̓͋͂̓̄̅̌̽͗̍̚͘̕͘̕͜͝͝͝͝͝ͅ ̴̘̊͋͆͋̾̊̈́͒̇́́͒̒̂͌̎̍̀͆͌͂̽͘̕͠ ̷̛̗̹̲͚̦̏̈́̃̅̑̀̈́̓̊̑̑͋̓̒͋͜ ̸̨̛̛̘̣̯̲̞̬̘͉̻̰̣̉͒̇̋́͐̉̊̄̀̄̌̓̇̋͌̎̏̏͗̓͐̐͊̽͐́̎̃̿̎́̒̆́̈́͂͆͆̀͆̈́̕͘͘͝͝͝ ̷̧̡̛̥͔͓̺̪̼̩̬̰̙̝̘̯̝̹̜̥̼͚̬̅̃̈́̿̆͌̿͊̊͐̊͂̌̐͗͛̐̐̎̋̒̂͒̏̑̽͗̒̋́̽̍̓̓̂̊̀̾̓̓̾̕͘̚͘͜͝ ̸̨̢̡̧̛̬̜̺̗̺̙̪͇̹̙̦̫͙͙̻̲̭̜͖̫̯̹̤͍͈̱̳̙̝̪͚͋́̊̇͂̏͂̆̑͘͜͝ ̷Ť̴̢̢̢̧̢̡̡̛͈̖̤̦̥͕̤̭͉͙̠̥͕̻͍̟̜̯͍̦̮͍͚͚̲̯̩͓͓͙̜̬̯̤̦͇̬̯͍̻͔̂́̔̋̊́͗̎̍͜͜ ̸̛̛̱̪͇̱͈̲͖̬͕̺̮͕̲͕͇̯̻͌̔͊̈́̄̅͛͌̀̓͒̈́̍̍̈͆̓͂͌́̀̌͗̈̆͐͌́̈́̾̊̕͘͘͘͝ͅỜ̶̢̧̡̢̛̺̙̞̠̜̠̣͓̺͉̯̘̥̬̘̘͍͙̪̯̥̱̜̙͓͖͎̲̝͓͍̹̖̦̬̪̖̰͎̯͓͎̬̌͂̽̋̌͆̓̈́̀̋̿̏̈͒̀̀̈́̂̅̓͌̾͆̚͘͝ ̵̧̢̧̡̪̮̦̬̦̜͗͌̋̀́́̉̔̿̏̓̉͐̄̓͗̏̈̈́̂̀̇͗͛̈́̑̽͆̿͂̊͊̀̑̈̆̕̕͠͠͝͝͝ ̸̧̛̜̪̫̥̬̝̄̔̂͑̾̉͒̓͂͆̈́̇͋̆̐̋̐̀͊͌̽̈́̐̀͋̕͘̚̚͝͝͝ ̷͕̱͎͉̼̺̼͖̈́̂́̿̏͆͘T̸̛̛͎̝͔͈̹̥̤͓̙̫̉͑́͗̊͛͑̀̃̓̃͂̐̅͆̑͆̓̈͛͊̏͊̏̄̓̍̋̾̐̄̕̚͘W̶̖̘̣͔̤̤̜̳̻̙͎̫̯͍̹̣̻͍͎̠̖͎̰̺̆͌̎̅́͐̅̏̔̽̉̈̒́̾̀͐̾̄̌̈̇̍̐͑̃̔̌̈̑̀̊̄͂͛͌̋̈̕̕̚͜͜͝͝͝ͅȌ̶̹̩̩̳̮̲͕̙̭̤͔̙̮͔̺̜̤́̆̑̉͋̈́̈́̇̍͜͝J̶̢̧̛͎̠͈͕̜̬͇͈̺̹̻̫̪̫̝̙̗̪͓̱̹̤̜̣̼͓͆̿̀͒̈́͂̒̾͆̿̌͛͑̐̀͂͐̎͂͌̈́̈̆̆̂̾͘̕̕͜͜͝͠ͅ ̶͚̱̺̖̝̲̀̏̌̿̑͆͛̽̌̑͑͛͋̾̋̀͊͛̓̅̆͒̾̕̚̚͠͠Å̶̧̢̡̢̧̩̖̫̖̞͚̻̼͓̺̹͖̜͍̺͕̯̱̞̰̠̮̫͙͙̮͖̯̻̣͋͌̓̆̀̈͆̍̇̿̊͆͂̍͒̈̓͝ ̸̢̡̲̤̩̯̤͈̮͓̠̟̜̙̬̬̩̭̟͚͙͕̞͖͓̒̊̋̋͗̿̈ͅ ̵̨̧̛̥͖͍̳̠͇̳̰̔̿͛͋̅̉͋̐̄̓̆̌́̉̆͑̅̆̀̾̚͜͝͠ ̵͙̟̦̖̝͕̺͓͚̻̰͗̄̀̋̉̑̾̐́͂͛͊̒̈̎̒̋̅͑̑̕̕͘͝ͅ ̷̡̖͍͔̯̭͇̃̋̂̓̀̊̑̊̈́Ŵ̵̥̣̜͎̮̘̣̯̪͕͓͚̘̙̪̈́̏̃̓͑̿͛̈́͊͑̌̀̊̈́̔̔̀̀͆́̀̈̿͋̽̌́̽̀͋̾̄̔̈̊͊̓̄́͌̉͑͆́̋͛͜͝ ̶̧̨̡̛͎̺̹̲̰̜̭̹̖͇̪̗̹̹͇̤͔͎͓͙̳̀̄͛̎̌̆͒̃̈̒̏̎̈́̓̄͑͆͗̍̈́̈́̿̔͐̊̏͗͂͝͠͝͝Ḭ̷̛̙̝̫̤̺͔̙̘̋͗̇̆̿͊͛͛͌̈́̆̽̂̆͛̒̒͘͜ N̸̢̛̜̬̤͚̟̩̝̭̗͕͈̟̪̬̳͈͔͎̪͖̺̗̬͕̅̾̎̉͗͋͂̏̓̈́̆̆̇̒͛͑͐̊͑̄̈́͒͛̍͜͜͝͝ ̴̛̻̥̤̣͍̰̦͙̳̦̥͕͇͓̥͉̩͇̭̾̓̂̔̇̈́͒̄̒̆̅͛̈́̀͌͂͊͊̽̉͋̂̒̊͐͂̿́̀̕̚͘͝Ā̵̧̛̳́̀̔̐̍̌̆̓̓̒̂͗̆̆̊̅̋̈͋̒͗̀͛̚͘͘͝ ̷̧̧̨̡̛͓̥̺͍͕̻̪͖̝̣̪̞̰͚̣̫̬͓̺͓͕̼̙̰̹͖̩̬͓̘̳̗̖̱͌͌̈͐͊̀̀͂̑̒̾̐̈̌͑̓̿͛͑̆̔͛̀̌͆̌́́̉̀̃̓̄͆͑͆̋̆̉̏̈́͊̐͜͜͝͝͝ ̵̢̛̬̺̘̗̰̮̘͓̰͊́́̿́̆͑̂̄̇̉͘̕̚͝ ̸̢̢̡̢̡̨̧̛̖͔͍̻̰̞͎̮̼͓̹̫͚͓̪̭̦̲̬̮̤̖͍̝͉̲̯̘̠͍̪̘̳̤̤̠͋̃̉͋̌͋̅́̎̃͂̾͊́͛͘͠ͅ ̸̧̺̭͇̥͔̿̾̍̈̉͌̃̎̑̾͗̐̀̔̿̔̂́̈́̊̊͂́̀̾̚͜͝͝ ̵̡̢̨̡̧̛̗̠̣̰͔̳̯͙͍͍̠̫͎͇̤̰̠̜̮͎͕͕͔̲̦̖̝̜͍̹̯̤̫̳̻̝͎̹̬̆͒̏͐͐̿̊̈́̕͘̚͜͜͝ͅͅ ̵̨̨̛̥̪̬̬̞̭̜͍͈̗̣̫̳̣͚̮̮̼̬̤̲͉̬̯̞̜̞͎̦̺̫̳̤͍̤̦͖̪͙͔̠̖̅̾̐͆̈́̿͒͊̈͆͐̉͛͒̔̚͜͜͝͝ ̸̮̀̽̒̋̒̀̈̈͌͒͗̄̋̀̆̿̓̂͛͋͊͘̕̕̚̕͝͠͝͝ ̶̧̢̧̥̯͓̯̲̖̤͓̺͍̤͋͋̾̑͆̾̒̿͂̅̓̒͌̀͊͋̌̓̈̊̐̍̌́̔̂̇̓̊͋̋̄̑̉̇̈́̿͑̔̀̅͋͒̚̕̚̕̕͜͝͝ ̸̨͈̺͔̖͚̝̣̤̖̳͍͎̥͔̬́̂̃ ̷̡̧̢̛̛̗̞͕̻͖̻̥̞̬̪̜͍̙͈͖̳̠̯͉͈̬̫̭̠͙̈́̀̌͋͑̎͐̓̍̋̍̈́͒͂̉̃̂͐̀̌̍͑̈́͆̐͒͑̓̋̊̈́͆͌̔̀̈̉ ̵̧̛̛͚̱͈̤̟̻̖̖͍̬̤̘̲͔̖̰͓̖̳̗̝̻̝̭̰̗̦̗͕̘̻̠͙̙̳͉̞̙̦̎̀̒̏̎̽̽̅̆͌͋̇͆͂̽̈̃́͐͛͗͆̈́̽̑̐̾̔̀̐̏̃̕͘̕͘͜͜͠ͅͅ ̶̨̢̡̢̡̢̧̦͉̪̙͈͖͓͍̞̤̠̜̺̙̭̰͇̦̪͙͔̮͎̭̠͔̲̳̱̣̭͎̯̦͕͎̖̖͈̈́͌͗́̒́̂͊͌͆̏̿̏̇̌̈́̈́̒́͑̋̋̈́̀͂͒̽̒͗́̒͆͒̓͌́͌̕͘͘̕̕͘͜͜͝͝͝ͅ ̷̧̧̨̛͖̪͍̥̖͇͓̺̹̼͇̜̳̪̰̻͇̦̲͍͖͕̺̳̭̪̾͗̎͌͌̈́̂̆̒̓̇̉̄̔̂͂͊͌̅̈́͌̌̄̔̿͂̀͌̀̀́̎͊̂̓̀͐̆̓͋̂̎̕̕̕͜͠͝ ̶̡̱̙͙̬̪̬̦̪͎̎̂̑͋̍̐̏͑̌̇̔́̑̇́̈́͌͘ͅ ̸̗̹̲͕̻̦͇̻̬͉͓͓̉ ̶̢̨̨̢͉̮͇͖͓͍̳̥͈̜̫̺̫͔̫̻̪̬̩̯̼̥̻̺̩͑́͑̂̃̆͗̓̆͌͌̑́̓͌̊̀͊͒̇͐͐͋͘͘̕͜͝ͅ
- NIE! NIE ZROBIŁAM TEGO CELOWO! TO NIE MIAŁO TAK WYJŚĆ!
Chaotycznie cofała się po podłodze, próbując zwiększyć dystans. Im bardziej się oddalała tym szybciej on stawiał kroki. Na oślep trafiła plecami na drzwi, podniosła się i chwyciła za klamkę. Upadła chcąc znaleźć się gdzieś innej, byle by w innym pomieszczeniu.
- NIE NIE NIE NIE NIE ZBLIŻAJ SIĘ!
Czuła jak zimna ściana wyznacza koniec trasy. Dopiero w jasnym łazienkowym świetle dostrzegła jego zmarszczoną twarz. Krew spływała po jego twarzy i kapała, tworząc na ramieniu wielką kałużę.
Poczuła zimny dotyk na swoich policzkach. Z jej ust prawie wyrwał się krzyk, jednak zakrwawioną twarz rozmyła się, a na jej miejsce wstąpił Hyram. Nie wiedziała co dokładnie się wydarzyło. Jego piwne oczy skakały zmartwione po jej twarzy, próbując rozumieć co dokładnie stało się pod jego nieobecność. Próbowała coś z siebie wydukać, ale nie była w stanie, wyszedł z tego jedynie bełkot.
- Yami, halo? Co się dzieje? - zapytał, zdezorientowany.
Kobieta cała się trzęsła, była w amoku. Nie wiedział, co mogło się wydarzyć pod jego nieobecność; przecież nie było go maksymalnie 15 minut. Zastanowił się, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Próbował pomóc jej wstać, jednak wrzasnęła, gdy ponownie dotknął jej skóry.
- Kurwa... - Przeklął pod nosem.
Czuła ucisk, który z każdą kolejną sekunda coraz bardziej zgniatał jej klatkę piersiową. Oddechy przychodziły z trudem, a gardło samoistnie się zaciskało. Nie dochodziły do niej żadne dźwięki. Niepewnie podniosła wzrok i spojrzała na Hyrama. To był on. Nikt inny. Potrafiła go rozpoznać. Próbowała się uspokoić, ale ciężko przychodziło jej to samodzielnie.
Hyram wziął głęboki oddech. Musiał myśleć szybko, co ma zrobić. Przez głowę przewijały mu się dziesiątki wspomnień z jego dobrym przyjacielem - Desmondem. Próbował sobie przypomnieć, jak Valentina zachowywała się w takich chwilach, by mu pomóc wyjść z tego stanu.
- Ok... Yami, to tylko ja. Nikogo tu nie ma oprócz nas. Jesteś bezpieczna, ok? Nic ci ze mną się nie stanie. - powiedział łagodnym tonem. - Wszystko jest w porządku, Słońce... Jestem tutaj. - szepnął i kucnął do jej poziomu, tym razem trzymając ręce przy sobie.
Pokiwała dosyć energicznie głową, jednak nie miała pewności co do jednej kwestii.
- M-możesz spra..sprawdzić czy jesteśmy sa-sami? - Spytała, jąkając się co chwila. - B-bardzo cię proszę... - wzięła głęboki wdech, a powietrze ledwo przechodziło przez gardło. - I wodę... M-możesz mi przynieść wod...wode?
Hyram przytaknął i od razu się podniósł jak sprężyna. Od razu pobiegł do kuchni, wyjął z górnej szafki przezroczystą szklankę, nalał do niej zimnej wody i ponownie skierował się do łazienki.
- Proszę. - odparł, pomagając jej się napić z kubka.
- Hyram, jesteśmy... sa-sami?
- Tak, Słońce, nikogo tu nie ma, tylko my i Loki. Chodź, może pójdziemy do sypialni, co? Pomogę ci wstać. Chodź, Słoneczko...
Wzięła pierwszy łyk, a z każdym kolejnym było coraz to lepiej. Mruknęła twierdząco w odpowiedzi i z pustą szklanką w dłoni spróbowała wstać o własnych siłach. Wszelkie siły opuściły jej ciało, całe szczęście Hyram w porę ją złapał, ratując dziewczynę przed upadkiem na płytki.
- Nie mam na to wszystko kurwa żadnych sił... - powiedziała, nie oczekując żadnej odpowiedzi. - Mam dosyć... - dodała, gdy z jego pomocą wyszła z łazienki.
- Wszystko będzie dobrze. Masz mnie. Teraz już cię nie opuszczę, obiecuję.
Trzymając ją kurczowo za ręce i biodra, Hyram pomógł jej dojść do sypialni na piętrze. Gdy tylko dotarli do pomieszczenia, posadził kobietę na miękkim łóżku i usiadł obok niej.
- Spróbuj głęboko oddychać, ok? Jesteś już bezpieczna.
- Już jest lepiej... - odpowiedziała po chwili.
Wytarła spływające łzy i próbowała skupić swoją uwagę na Hyramie. Przekierowała swoją uwagę na ciepło jego dłoni, zapach perfum, które trzymały się od wczoraj. Na rozczochrane włosy i na te zamartwione oczy. Zaczęła zastanawiać się, czy pytanie o pomoc było dobrym pomysłem.
- Mam maść i leki o które prosiłaś. Zostawiłem je kurtce przy drzwiach. Mogę po nie pójść?
Yami kiwnęła głową, a po chwili Hyram wrócił z potrzebnymi rzeczami i świeżo napełnioną szklanką. Dziewczyna od razu wzięła jedną tabletkę.
- Mógłbyś posmarować mi te siniaki na plecach?
- Połóż się na brzuchu, Słońce.
Gdy Yami z bolesnym jękiem przewróciła się na brzuch, Hyram pomógł jej podsunąć koszulkę. Gdy ponownie ujrzał te ogromne siniaki, jego serce zabolało i zawrzało z wciąż gotującej się złości. Wiedział jednak, że to nie jest czas ani miejsce na rozmyślanie o tym. Ostrożnie otworzył tubkę z maścią i wycisnąć dosyć dużą ilość na jej nagie plecy. Powoli, delikatnymi okrężnymi ruchami zaczął wmasowywać zimny lek z jej skórę. Gdy skończył, odłożył tubkę na stolik nocny i spojrzał ponownie na jej siną skórę. Jego sumienie nie dawało o sobie zapomnieć. Nachylił się nad nią i złożył delikatny pocałunek na jej ramionach.
- Przepraszam, Yami... - wyszeptał.
Zimna maść niemal natychmiastowo przyniosła ulgę, poprzez samą teksturę. Z ust Yami wydostało się westchnienie pomieszane z ulgą. Słowa Hyrama sprawiły, że otworzyła oczy i spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie masz za co przepraszać Hyram.
- Gdybym tylko odebrał...
- Przestań. - przerwała mu, sięgając dłonią do jego policzka. - To nie jest twoja wina, w żadnym aspekcie. To ja powinnam cię przeprosić. W pierwszej chwili gdy to się stało, ja byłam na ciebie zła. Że nie odebrałeś. Ale gdy teraz o tym myślę, to było idiotyczne. Nie mam prawa oczekiwać, że będziesz na każde moje zawołanie.
- Sam zaproponowałem ci pomóc i nie dotrzymałem tego słowa. - odparł, wzrokiem wodząc po jej posniaczonym ciele.
Gdy Yami się podniosła, nie zwróciła uwagi na podwinięta koszulkę. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że była przed nim zupełnie odsłonięta. Już chciała się zakryć koszulką jednak on ją zatrzymał.
- Maść musi się dobrze wchłonąć... - odparł.
Oczekiwała zadziornego uśmiechu, jakiegoś tekstu, jednak jego wzrok nadal tkwił w jej oczach.
- Życie stało się takie szare bez ciebie... - szepnął, sięgając ręką do jej policzka.
Już odruchowo wtuliła policzek w jego dłoń. Zamknęła oczy i delektowała się tym rozplywajacym ciepłem.
- Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Mogłam ci powiedzieć wcześniej o tym, co się wydarzyło. Albo posłać do ciebie Victora, żeby przekazał ci wieści.
- Shh, nie przepraszaj za nic słońce.
Poprowadził jej głowę do swego ramienia i językiem ciała zachęcił, by przerzuciła całą swą wagę na niego. Jej obolałe ciało spoczęło całkowicie na nim, a ona odetchnęła z lekką ulgą.
- Mi Querida... Solecito mio... [Moja droga... Słoneczko moje...] - szeptał, delikatnie całując jej głowę.
Nie wiedziała, że potrzebuje tak mało od drugiego człowieka. Samotność która towarzyszyła jej przez całe życie, stała się nagle nijaka i taka prosta do zbicia. Ułożyła wygodnie głowę na jego ramieniu i wtulila się całym swoim ciałem w jego. Ostrożnie gładziła jego dłonie, chcąc zatrzymać go przy sobie na wszelkie sposoby.
- Nie chce teraz zostawać sama z tym wszystkim. Proszę cię, nie zostawiaj mnie Hyram...
- Spokojnie, nie zostawię cię. Będziesz tu żyć jak księżniczka. - odparł z delikatnym uśmiechem, ujmując jej dłoń i obcałowując ją aż do ramienia.
- Musim pojechac po Frodo... - odpowiedziała.
- MEOW!
- Czarna chmurka siedziała przy łóżku i wpatrywała się w swojego właściciela. Zazdrosny Loki wskoczył do nich, otarł się głową o nogę Hyrama po czym wszedł na nogi dziewczyny. Pokręcił się trochę aż w końcu ułożył się wygodnie.
- Chyba on też nie chce siedzieć sam...
***
3 tygodnie później - Obozowisko węży
Gdy tylko ciało Yami wróciło do pełni sił, para postanowiła nie tracić ani sekundy dłużej. Obozowisko Węży stało się ich polem do wszelakich ćwiczeń. Tych z użyciem broni palnej, walki wręcz. Okazało się, że Węże nie lubią siedzieć bezczynnie. Po paru dniach Desmond pomógł Yami zagłębić się w techniki nettrunnerkie. Całe szczęście Hyram bezproblemowo zakończył każdą wyprawę do jej gabinetu i powracam z potrzebnymi częściami. Dziewczyny natomiast często gotowały im dodatkowe posiłki, dzięki czemu Yami mogła przybierać na sile. Wraz z Mattem odwiedzała małą siłownie urządzoną na tyłach obozu.
Po paru długich tygodniach nie mogła wyjśc z podziwu. Nie miała z nimi głębokich relacji, prawdę mówiąc, ledwo ich znała. Mimo to każdy pomógł jak tylko potrafił, bez żadnego zapytania Po co to wszystko robicie?. Bezinteresowna pomoc ponownie zdała się być złudna. Chcąc odwdzięczyć się chociaż w minimalnycm stopniu, Yami została asystentką Val w sytuacjach krytycznych. Zszywała rany, pomagała zranionym obozowiczom. W międzyczasie montowała nowe wszczepy i pomagała w magazynowaniu broni. Chociaż tak mogła się przydać.
Dzisiejszy trening wydawał się nie mieć końca. Podczas dwóch godzin walki wręcz z Hyramem, hipotetycznie zginęła przynajmniej dziesięć razy.
- Jeszcze raz - odparł i stanął na swoim miejscu.
Wymieniali cios za ciosem, a Yami ledwo nadążała blokować nadchodzące ataki. Pot spływał jej po twarzy, jakby ktoś wylał na nią wiadro wody. Oddychanie stawało się nie do zniesienia. Między gradem ataków zauważyła okno, gdy Hyram na ułamek sekundy się odsłonił. Wyciągnęła nóż i pewnym ruchem wycelowała. Tak się się przynajmniej zdawało. Mężczyzna bezproblemowo złapał jej rękę, wykręcił i teraz to ona stała z ostrzem parę milimetrów przed gardłem.
Wymieniali cios za ciosem, a Yami ledwo nadążała blokować nadchodzące ataki. Pot spływał jej po twarzy, jakby ktoś wylał na nią wiadro wody. Oddychanie stawało się nie do zniesienia. Między gradem ataków zauważyła okno, gdy Hyram na ułamek sekundy się odsłonił. Wyciągnęła nóż i pewnym ruchem wycelowała. Tak się się przynajmniej zdawało. Mężczyzna bezproblemowo złapał jej rękę, wykręcił i teraz to ona stała z ostrzem parę milimetrów przed gardłem.
- I znowu nie żyjesz - zaśmiał się i zabrał nóż.
- Kurwa mać! - Wrzasnęła i podeszła do sterty, na której leżał jej ręcznik.
- Nie możesz się tak wahać. Na misji będzie cię to kosztować życie señorita.
- Nie możesz się tak wahać. Na misji będzie cię to kosztować życie señorita.
- Wiem wiem, przecież wiem... - mruknęła w ręcznik.
- Dobra, może zróbmy sobie przerwę, co? - Odparł, siadając na pniu obok, wycierając swoją twarz. - Całkiem dobrze ci szło, ale zawsze przed ciosem masz lukę, jakbyś miała laga mózgu.
Trafił w samo sedno. Problemem nie był brak techniki, siły czy odwagi. Znajdowała idealny moment i wyprowadzała cios z całej siły. Jednak im bliżej skóry znajdowała się broń, tym bardziej zwalniała. Jakby jakaś niewidzialna siła łapała ją za dłoń, chcąc powstrzymać rozlew krwi. Próbowała z tym walczyć, ale efekt zawsze był ten sam. Przez chwilę zastanawiała się, czy problem leży w partnerze do ćwiczeń. Próbowali nawet zmienić przeciwnika. Niezależnie czy znała tę osobę czy nie, cios nigdy nie dosięgał celu.
- Nie potrafię doprowadzić ciosu do końca. Jak bardzo bym nie chciała zwyczajnie nie potrafię. - Usiadła na ziemi i sięgnęła po butelkę z wodą. - Nie umiem nawet tego opisać. Zwyczajnie nie mogę skrzywdzić w taki sposób drugiej osoby i tyle. Serio nie możesz nauczyć mnie czegoś mniej brutalnego?
- Mogę, ale to będzie zdecydowanie mniej skuteczne. Inni nie będą się z tobą patyczkować. W tym mieście albo ty zabijasz, albo zostajesz zabita. - wzruszył ramionami i wziął butelkę wody.
- Zaczynam tracić wiarę, że to co robimy ma jakikolwiek sens. Jeżeli nie przełamie tej bariery to nic z tego nie wyjdzie. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żebym wyrządziła komuś taką krzywdę. Jak ja nawet Tygersowi nie potrafię strzelić w stopę do cholery - westchnęła i odłożyła butelkę.
Spojrzała na swoje dłonie, pełne odcisków i zarysowań. Wizja lepszej przyszłości była coraz bardziej rozmyta. Oddalała się z każdym kolejnym oddechem, z każdą przegraną potyczką. Śmierć natomiast stawała się namacalna. Wzdrygała się na każdy zimny powiew na karku. Nie wiedziała już czy to halucynacje, czy naprawdę ktoś lub coś po nią idzie.
- Nie wiem, czy dam radę Hyram.
- Na pewno dasz. Wierzę w ciebie, seniorita. Wyciągniemy ci kija z dupy i będzie cacy - obrócił się do niej i uśmiechnął się szeroko. - Skąd w ogóle wzięła się u ciebie tą blokada?
Spojrzała na niego niepewnie. Wydawał się taki beztroski gdy o tym mówił. Wiedziała, że zabijanie to dla niego chleb powszedni, jednak czasami nie potrafiła tego pojąć. Za Hyramem stał mężczyzna. Dalej był zakrwawiony, może nawet bardziej niż ostatnio. Jego twarz pobladła, skóra straciła elastyczność, jakby nie miała siły aby trzymać się na miejscu. Nad jego głową latały muchy, a po ramionach pełzło robactwo. Wszystko pędziło do tego jednego miejsca, z którego uchodziło z niego życie. Mężczyzna wpatrywał się w nią, tym razem bez agresji. Jego wzrok był dziwnie neutralny, aż yami nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedyś go takiego widziała.
- Raz już kogoś zabiłam - odparła nie odrywając wzroku od postaci. Jej głos był blisko załamania. - Do tej pory to pamiętam, jakby to było dzisiaj. Pamiętam dokładnie jego twarz, co się stało, chociaż tak bardzo chciałabym zapomnieć o tamtym popołudniu... Nie mogę. Czasem mam sny, że robię to ponownie. Mój mózg stale mi o tym przypomina, szczególnie w ostatnim czasie.
- Czaję... Rzadko mam wyrzuty sumienia, więc nie wiem, co mam ci powiedzieć. To był wypadek? Czy ten ktoś zasługiwał na to? - Gdy nie odpowiadała, złapał ją pewnie za dłonie i uśmiechnął się ciepło. - Wiesz że możesz mi powiedzieć. Ze mną wszystkie twoje sekrety są bezpieczne słońce.
Spojrzała na Hyrama i uśmiechnęła się lekko. Mężczyzna za nim wydawał się zbliżać, wyciągał ręce lecz nie do niej, a do niego. Westchnęła głośno, próbując zebrać myśli kłębiące się w jej głowie. Nie wiedziała na które pytanie odpowiedzieć najpierw, od czego zacząć, co pominąć.
- Czaję... Rzadko mam wyrzuty sumienia, więc nie wiem, co mam ci powiedzieć. To był wypadek? Czy ten ktoś zasługiwał na to? - Gdy nie odpowiadała, złapał ją pewnie za dłonie i uśmiechnął się ciepło. - Wiesz że możesz mi powiedzieć. Ze mną wszystkie twoje sekrety są bezpieczne słońce.
Spojrzała na Hyrama i uśmiechnęła się lekko. Mężczyzna za nim wydawał się zbliżać, wyciągał ręce lecz nie do niej, a do niego. Westchnęła głośno, próbując zebrać myśli kłębiące się w jej głowie. Nie wiedziała na które pytanie odpowiedzieć najpierw, od czego zacząć, co pominąć.
- Tak, to był wypadek, przynajmniej w moich oczach... Niechcąco zabiłam własnego ojca. - zamilkła na chwilkę, nie odrywając wzrok od potencjalnego zagrożenia. - Był biznesmenem przemocowcą. Gdy tylko w pracy coś szło nie tak, to wyżywał się na nas psychicznie, na mnie i na mamie. Tyle że ją czasami ją bił... Chociaż "czasami" to złe określenie.
- To znaczy, że na to zasługiwał, więc... Nie masz się o co obwiniać.
- To znaczy, że na to zasługiwał, więc... Nie masz się o co obwiniać.
Zakończył swą inspirującą wypowiedź z uśmiechem. Dopiero po chwili zrozumiał, że smutek i wyrzuty z twarzy Yami nadal nie zniknął.
- Ej, seniorita... Zrobiłaś to, by ochronić siebie i swoją mamę. Nie ma w tym nic złego. Przynajmniej ja nic nie widzę. - Pogładził wierzch jej dłoni. - Nie zmuszę cię do zabijania. Po prostu chcę, byś zapamiętała, że lepiej zabić niż gnić i wąchać kwiatki od spodu. Nadal jesteś dobrym człowiekiem, Yami. Do mnie ci naprawdę dużo brakuje.
- Hah, to jest akurat pewne - przytaknęła. - Miałam z trzynaście lat jak to się stało. Wróciłam wcześniej ze szkoły, robiłam coś w swoim pokoju. Gdy przyszedł do domu był wściekły, coś zadziało się w pracy, nic nowego. Patrzyłam przez szparę między drzwiami jak rozmawia z mamą - odparła i westchnęła. Bała się, że kolejne słowa nie przejdą jej przez gardło. - Widziałam tylko jak podniósł rękę, a moje ciało samo zadziało. Wybiegłam z pokoju i go popchnęłam. Pech lub nie pech chciał że się przewrócił. Przywalił głową o kant blatu kuchennego. Matka była tak oszołomiona tym co się stało, że sama musiałam opowiedzieć Trauma Team. Potknął się i tyle. A jak już wyszli, to matka złapała mnie za włosy i wyrzuciła za próg.
- Hah, to jest akurat pewne - przytaknęła. - Miałam z trzynaście lat jak to się stało. Wróciłam wcześniej ze szkoły, robiłam coś w swoim pokoju. Gdy przyszedł do domu był wściekły, coś zadziało się w pracy, nic nowego. Patrzyłam przez szparę między drzwiami jak rozmawia z mamą - odparła i westchnęła. Bała się, że kolejne słowa nie przejdą jej przez gardło. - Widziałam tylko jak podniósł rękę, a moje ciało samo zadziało. Wybiegłam z pokoju i go popchnęłam. Pech lub nie pech chciał że się przewrócił. Przywalił głową o kant blatu kuchennego. Matka była tak oszołomiona tym co się stało, że sama musiałam opowiedzieć Trauma Team. Potknął się i tyle. A jak już wyszli, to matka złapała mnie za włosy i wyrzuciła za próg.
Dokładnie pamiętała ten ostatni moment w mieszkaniu. Ratownicy wyszli, nie minęła nawet minuta jak matka chwyciła jej długie blond włosy. Ciągnęła ją siłą do drzwi wyjściowych, a mała Yami próbowała chwycić się czegokolwiek. Kobieta rzuciła ją za próg jak szmatką, nie pozostawiając niczego. Butelki wody, okruszka po obiedzie, czy jakichkolwiek oszczędności.
- Historia powoli zaczyna sklejać się w całość. - szepnął do siebie. - To był wypadek, Yami, nic innego. Co się stało, to się nie odstanie. W moich oczach na to zasługiwał... I chuj. - wzruszył ramionami. - Wyrzuty nie znikną z dnia na dzień. Zawsze gdzieś tam będą. Po prostu z czasem uczysz się je uciszać, ignorować, racjonalizować. Takie jest życie najemnika w Night City.
- Wiesz co Hyram? Teraz jak tak o tym myślę... - Nie odrywała wzroku od mężczyzny. Wydawałoby się, że zawiesił dłonie w powietrzu. Czekał, aż Yami wypowie kolejne słowa, które mogły okazać się jego końcem. Postać ojca zaczęła migotać, jakby ktoś zmieniał przejrzystość jego ciała. Uśmiechnęła się pod nosem. - Gdybym wtedy tego nie zrobiła, gdybym wtedy nie doprowadziła do jego zgonu, nie siedzielibyśmy tu teraz razem. Skurwiel na to zasługiwał, jak nikt inny. Tyle lat uprzykszał mi życie, a gdy w końcu zniknął, musiałam nauczyć się żyć sama. - Wszystkie te słowa kierowała wprosto do niego. Wypluwała je z nadzieją, że to ostatnie zdania, jakie kiedykolwiek wypowie o tym człowieku. - Może gdyby żył nie miałabym Tygersów na karku, długów i tak dalej, ale wtedy też nie miałabym ciebie.
- No widzisz. I co byś zrobiła bez mej niesamowitej osoby? Twoje życie było by tak nudne... Życie w korpo, meh... - uśmiechnął się i trącił ją w ramie. - Damy radę ze wszystkim, Yami. Tak cię wytrenuję, że twoje uda będą mogły zgnieść mi twarz. Mhm...
- Przynajmniej w taki sposób będę mogła się odwdzięczyć - zaśmiała się i żywo wstała z miejsca. Postać rozpłynęła się w powietrzu, nie pozostawiając za sobą śladu. Przestał być namacalnym zmartwieniem, stał się jedynie wspomnieniem. Nie negatywnym czy pozytywnym. W głowie Yami pozostał neutralny, bo może właśnie tak miało się to wszystko potoczyć. - To co, koniec przerwy?


Komentarze
Prześlij komentarz